• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Miłość do próchna i rdzy

    Justyna Liptak

    |

    Gość Gdański 42/2017

    dodane 19.10.2017 00:00

    Są wyjątkowe i klimatyczne. Mają za sobą niejedną daleką podróż i ciekawą historię do „opowiedzenia”. Po raz 9. drewniane i stalowe jednostki spotkały się na wodach Zatoki Gdańskiej.

    Zlot Jachtów z Duszą „Próchno i Rdza” wpisał się na stałe do żeglarskiego kalendarza wielu załóg. Spotykają się w październiku, który nie zawsze gwarantuje piękną pogodę. Czasami przychodzi im mierzyć się z kaprysami Bałtyku – porywistym wiatrem i sporą falą, przed którymi chroni ich jedynie „próchno i rdza”. Początkowo zlot miał być przeznaczony wyłącznie dla miłośników stalowych kadłubów. – Spotkałem się z kilkoma zapaleńcami – zwolennikami jednostek J-80, czyli tzw. jotek, i wspólnie doszliśmy do wniosku, że świetnie by było, gdyby udało się zorganizować zlot właśnie takich łodzi – wspomina kpt. Maciej Sodkiewicz, pomysłodawca i organizator Zlotów Jachtów z Duszą „Próchno i Rdza”.

    Jak postanowili, tak też zrobili. Do portu w Helu zawinęło wówczas kilka stalowych jachtów i jeden mahoniowy opal „Jagiellonia”. – Nie wiem skąd, ale załoga dowiedziała się, że zorganizowaliśmy zlot „jotek”. Doszli do wniosku, że to fajna inicjatywa i zupełnie nie przeszkadzało im, że opal ma drewnianą konstrukcję. Bo przywieźli ze sobą tyle folii aluminiowej, że podobno miało starczyć na owinięcie całego kadłuba, gdybyśmy się nie zgodzili na ich udział w imprezie – uśmiecha się M. Sodkiewicz. Opal uczestniczył w zlocie, a wraz z nim jeszcze trzy jednostki tego typu. Teraz wystarczyło już tylko zmienić nazwę wydarzenia. – Nowa powstała bardzo spontanicznie. Czekaliśmy na wpłynięcie trzech jednostek, które cały czas informowały, że na każdej coś wysiadło – tu padł sterociąg, tam żagle się porwały, w kolejnej przewód się przepalił. Pamiętam, że rzuciłem wtedy bardzo zdenerwowany: „Jakie żelazo? Zwykłe próchno i rdza” i tak już zostało – wspomina organizator.

    W helskiej marinie zacumowało już ok. 20 jachtów. To nie wszyscy uczestnicy tegorocznego zlotu. Na zatoce wiatr hulał z siłą 8 st. w skali Beauforta. To zdecydowanie utrudniało spokojne wejście do portu i mniejsze jednostki najprawdopodobniej dotrą na drugi dzień zlotu do Gdyni. – To nie są superzwrotne jachty. Nie możemy zapominać, że większość z nich powstała kilkadziesiąt lat temu. W środku brakuje wygód i nowoczesnych gadżetów. Jest za to dusza – mówi Ryszard Kozłowski, kapitan „Mestwina”. Jacht został zbudowany w 1967 r. specjalnie na planowaną przez kpt. Dariusza Boguckiego (żeglarza polarnika, który jako pierwszy na jachcie dopłynął do zachodniej Grenlandii i powyżej 80 st. szerokości geograficznej od Spitsbergenu) wyprawę do archipelagu Svalbard, zrealizowaną w 1970 r. Dwa lata później „Mestwin” wyruszył na północ i, zgodnie z planem, zdołał dotrzeć na Spitsbergen, po drodze zawijając na zagubioną na północnym Atlantyku wysepkę Jan Mayen. Za ten rejs została przyznana nagroda Rejs Roku 1972 i srebrny Sekstant. – To wspaniała łódź, która wybacza wiele błędów. Jest surowa – nie gwarantuje zbędnych wygód. Odbiega wzornictwem od nowoczesnych laminatów, ale z nią żaden sztorm nie jest mi straszny – mówi kapitan.

    Takich perełek jest tu więcej. – Tam cumuje „Legia”, ta sama, którą płk Ryszard Kukliński zabrał na rejs do portów Europy Zachodniej, gdzie po raz pierwszy nawiązał kontakt z wywiadem amerykańskim – wyjaśnia M. Sodkiewicz. Organizator wskazuje również „Chief One”, czyli prawie 24-metrową łódź, która właśnie przygotowywana jest do samotnej wyprawy dookoła świata. To najdłuższa jednostka tego zlotu. Obok niej kolejna „rdza” – „Barlovento II”. – Przez 4 lata eksplorowaliśmy nią Arktykę, pływając na Grenlandię, Spitsbergen, Ziemię Franciszka Józefa. Ta łódka do dziś jest rekordzistką świata w sportowej żegludze na północ bez wmarzania w lód. Duża, stalowa, pancerna, bardzo siermiężna i spartańska, bez współczesnych wygód – nie ma nawet ogrzewania – mówi M. Sodkiewicz, kapitan.

    Brak wygód charakteryzuje każdą ze zlotowych łodzi. – My jesteśmy prawdziwymi żeglarzami, a nie yachtsmenami w stylu amerykańskim, którzy łodzie prowadzą za pomocą autopilota, a sami „łapią heban” na pokładzie – mówi Marek Jarmosz, który w zlotach bierze udział od początku. Pasję do żeglowania odziedziczył po dziadku. Mimo kilku podróży w różne zakątki świata, najbardziej lubi pływać po Bałtyku. – To wymagające morze, które potrafi dać w kość – mówi. Jacht to również załoga. – Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy wychodziliśmy z tego portu na 14-metrowej „Syrence”. Nagle stanął silnik, a nas zaczęło spychać na skały. Reakcja załogi była błyskawiczna – postawili żagle, a chwilę później udało się uruchomić motor – wspomina M. Jarmosz. I dodaje, że żeglarstwo to pasja, z której nie można się wyleczyć. – Mój kolega komandor cały czas powtarzał: „Miała matka dwóch synów – jeden był żeglarz, drugi tyż głupi”. Pływamy na „próchnie i rdzy”, bo mimo wieku te łodzie zbudowane zostały tak, aby sprostać każdym warunkom pogodowym, dostarczając emocji i wspaniałych wspomnień – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół