• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Nie zależy mi na efekcie „hi, hi”

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 45/2017

    dodane 09.11.2017 00:00

    O aniołach i diabłach, nocnych pomysłach i politycznej poprawności opowiada Zbigniew Jujka, rysownik satyryczny.

    Jan Hlebowicz: Niedawno do naszej redakcji przyszedł taki list: „Nasz 8-letni syn Bartek jest ogromnym miłośnikiem, a może już fanem twórczości pana Jujki. Z wielkim zainteresowaniem śledzi każdy rysunek w kolejnych numerach Gościa Niedzielnego”. Miło słyszeć?

    Zbigniew Jujka: Tego typu listy to miód na moje serce, bo świadczą o tym, że chociaż ja sam się starzeję, to moje rysunki nie bardzo. Jeśli są zrozumiałe dla 8-letniego chłopca, to znaczy, że zawarta w nich refleksja jest „strawna” także dla najmłodszego pokolenia.

    W swoich rysunkach opisuje Pan rzeczywistość polityczną, społeczną, etyczną. Inspiracje na pewno nie płyną z internetu i telewizji, bo ich Pan nie używa...

    Kiedyś córka kupiła mi komputer. Powiedziała, że to świetne narzędzie i źródło wiedzy. Po tygodniu poprosiłem, by zabrała go z powrotem, bo tylko stoi i się kurzy. Telewizji właściwie też nie oglądam. Robię jedynie wyjątek dla Tadeusza Sznuka i jego programu „Jeden z dziesięciu”. Skąd więc czerpię inspiracje? Przede wszystkim z radia, którego jestem wielkim fanem. Muszę przyznać, że słucham bardzo różnych rozgłośni – od lewa do prawa.

    No dobrze. Słucha Pan radia, pojawia się jakaś myśl i wtedy przenosi ją Pan na papier?

    Nie do końca. Pomysł na rysunek nie pojawia się na bieżąco, tylko po pewnym czasie. Zazwyczaj w nocy.

    Wtedy to się raczej śpi...

    Zasadniczo tak, ale ze mną jest inaczej. Śpię dość płytko. W pewnym momencie do mojej głowy puka jakaś myśl. Rozbudzam się. Chwytam za dyktafon i nagrywam jak najszybciej, żeby mi nie umknęła. Czasami udaje mi się przez jedną noc „złapać” kilkanaście pomysłów. Potem odsypiam w ciągu dnia.

    Bywa Pan zmęczony takim trybem pracy?

    Absolutnie nie. Zacząłem rysować jako dziecko. Pierwsze rysunki do gazet robiłem jeszcze przed rozpoczęciem studiów. Do dziś żyję całą dobę rysowaniem. To wciąż żywa pasja, która dodaje mi siły i energii do działania. Nigdy przez moją głowę nie przeszła myśl: „To już nie dla mnie”. I za to codziennie dziękuję Bogu.

    Co jest dla Pana najważniejsze w satyrze? Pobudzenie do refleksji czy wywołanie śmiechu?

    Zdecydowanie to pierwsze. Nie zależy mi na efekcie „hi, hi”. Swoimi rysunkami staram się zmusić ludzi do myślenia, a także, nie ukrywam tego, przekonać ich do mojej wizji świata.

    A jaka to wizja?

    Zostałem wychowany w duchu katolickim i patriotycznym. A to zobowiązuje, by żyć w prawdzie, zgodnie ze swoim sumieniem, nikogo nie krzywdzić. Nauczyli mnie tego rodzice. Mój ojciec Franciszek Jujka w okresie międzywojennym był działaczem społeczno-oświatowym, organizatorem polskiego szkolnictwa w Niemczech. W trakcie II wojny światowej za swoją patriotyczną działalność został aresztowany i zamordowany przez hitlerowców. Mama została sama z czwórką dzieci. Do dziś zastanawiam się nad jej heroizmem – jak udało jej się przeżyć, skąd czerpała siłę?

    Walczy Pan z polityczną poprawnością...

    To prawda, ale zawsze staram się wymierzać „satyryczne razy” jednej, jak i drugiej stronie politycznego sporu. Bo błędy, różnego rodzaju głupoty, lapsusy językowe popełniają zarówno ludzie prawicy, jak i lewicy. Hipokryzja, nienawiść, nieodpowiedzialność, zawiść – cóż, cała scena polityczna jest nimi skażona.

    Potrafi być Pan obiektywny?

    Obiektywizm, tak myślę, przychodzi mi dość łatwo. Przez całe życie byłem bezpartyjny i nigdy nie sympatyzowałem wyłącznie z jedną opcją polityczną. W życiu kieruję się zasadą: Quidquid agis, prudenter agas et respice finem, czyli „Cokolwiek czynisz, czyń roztropnie i patrz końca”. Polecam wszystkim.

    Mężczyzna siedzi w fotelu, kartkuje Biblię i myśli: „30 srebrników, ile by to było w euro...”. Nierzadko wyśmiewa Pan również powierzchowną religijność.

    Mam nieodparte wrażenie, że ludzie deklarujący się jako katolicy zbyt rzadko żyją na co dzień Ewangelią. Nigdy nie wskazuję na konkretne osoby, ale opowiadam o zjawiskach. Jeśli ktoś mówi o sobie „chrześcijanin”, powinien żyć nauką Chrystusową. Niestety, często deklaracje nie pokrywają się z rzeczywistością.

    Oprócz realnych postaci na Pańskich rysunkach pojawiają się anioły i diabły.

    Dzięki nim „robiłem w konia” PRL-owską cenzurę. Wymyśliłem serię „My i oni”, w której głównymi bohaterami są anioł i diabeł, czyli dobro i zło. Ludzie odczytali kwestie wypowiadane przez obie postacie bezbłędnie – zło utożsamiając z komunistyczną władzą, a dobro – ze społeczeństwem. Udawało mi się przez około 8 lat wodzić za nos cenzorów. W końcu komitet wojewódzki się zreflektował. Jeden z sekretarzy propagandy przyniósł moje rysunki i pokazał towarzyszom: „Przecież on nam się śmieje w twarz”. Następnego dnia mój cykl został zdjęty. Po 1989 roku anioły i demony przestały mi być potrzebne. Dziś nikt moich rysunków nie cenzuruje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół