Nowy numer 16/2018 Archiwum

Strzał był z ręki Polaka

− Kruczoczarne włosy mojej mamy w ciągu jednego dnia zrobiły się siwe. Tata przeszedł zawał, a później wylew. Przez 10 lat był sparaliżowany i przykuty do łóżka. Komuna odebrała mi brata. Zrujnowała zdrowie. Kazała zapomnieć i nie dochodzić do prawdy − mówi Grażyna Browarczyk-Matusiak.

Dla swojej dziewczyny Dorotki kupił pod choinkę biżuterię: naszyjnik, pierścionek i kolczyki. Nie zdążył ich wręczyć. Od 5 dni trwał stan wojenny. Antoni Browarczyk z przyjaciółmi wracał z praktyk szkolnych. Na wysokości Huciska natrafili na antykomunistyczną manifestację, do której się przyłączyli. Po pewnym czasie, za namową przyjaciela, zdecydował się udać w bezpieczniejsze miejsce. Wtedy kula przebiła mu czaszkę.

Przylepka Tolka

− Toluś albo Tolek. Tak na niego mówiłam − mówi pani Grażyna, siostra. − Byliśmy bardzo zżytym rodzeństwem, chociaż dzieliło nas aż 13 lat różnicy. Najpiękniejsze wspomnienie? Dużo ich było, ale najbardziej utkwiły mi w pamięci drożdżówki. Ich smak, zapach – dodaje. Tolek, wracając z pracy, zawsze przynosił pachnące wypieki młodszej siostrze. Nie było wtedy zbyt wielu słodyczy na sklepowych półkach. A jeśli już były, to mało smaczne. Brat musiał się sporo nagimnastykować, by zdobyć te „najlepsze”. – Kiedy wracał do domu, biegłam przez cały korytarz, rzucałam mu się na szyję, a potem pytałam: „A drożdżówkę masz dla mnie?”.

Jednak najpiękniejszy prezent zrobił mi 6 grudnia 1981 roku, w mikołajki. To był piesek-przytulanka z białymi uszami. Bawiłam się nim cały czas, a nawet brałam do spania. Mam go do dzisiaj – wspomina. W domu śmiali się, że Grażynka jest „przylepką” Tolka. Zabierał ją nawet na swoje spotkania z dziewczynami. Wtedy mówił do mamy: „Mamuś, ubierz ładnie Grażynkę, bo biorę ją na randkę”. – Chodziliśmy też razem z jego kolegami na mecze piłkarskie. Tolek był wielkim kibicem gdańskiej Lechii, sam także aktywnie uprawiał sport. Drugą jego wielką pasją była muzyka. Pięknie grał na akordeonie. Szczególnie walce Straussa.

Nieśmiertelniki i ostatnia Msza

Jako nastoletni chłopak Tolek został członkiem NSZZ „Solidarność”. Kolportował ulotki i rozwieszał plakaty na ulicach Gdańska. Podczas jednej z antykomunistycznych akcji, w nocy z 12 na 13 grudnia, zastał go stan wojenny. Nad ranem, kiedy na ulicy pojawiły się czołgi, postanowił wrócić do domu, by ostrzec rodzinę. Kierując się z centrum Gdańska w stronę Zaspy, widział, jak esbecy biją i wpychają do furgonetek działaczy Solidarności. Wpadł do mieszkania zapłakany i roztrzęsiony. „Mamo, tato, jest wojna! Mogą mnie aresztować!” – krzyczał. Miał notes z numerami telefonów do ludzi związanych z podziemiem. Wszystkie kartki z kontaktami wyrwał, podarł i spuścił w toalecie. Następnie wybiegł z domu. Chciał przestrzec przed aresztowaniem Lecha Wałęsę, który mieszkał w pobliżu. Jednak na miejscu zastał już kordony milicji. Jeszcze tego samego dnia Antoni zrobił dla siebie i siostry nieśmiertelniki, podobne do tych noszonych przez żołnierzy. – Wygrawerował na nich nasze imiona i nazwiska oraz adres zamieszkania – mówi pani Grażyna. – Ulice patrolowali uzbrojeni żołnierze. Słychać było gąsienice jadących czołgów. Nikt wtedy nie mówił „stan wojenny”. Dla wszystkich to, co działo się w grudniu 1981 roku, było wojną. Brat się bał, że rozdzielą naszą rodzinę. Dlatego zrobił dla mnie nieśmiertelnik, by zawsze wskazywał mi drogę do domu. „Masz go zawsze mieć ze sobą” – przestrzegał mnie. 16 grudnia Antoni wziął udział w demonstracjach i walkach z milicją. – Kiedy wrócił, powiedział nam, że czuje się śledzony. Bardzo się bał – opowiada Marianna Browarczyk, mama Tolka. – Nie wiem, czy przeczuwał, że może zostać zamordowany. Ale dzień przed śmiercią uczestniczył w Mszy św., chociaż był dzień powszedni i nie miał tego w zwyczaju. Czuł widocznie taką potrzebę, jakby chciał wszystko sobie „poukładać”.

Zabiliście mi syna!

Nadszedł 17 grudnia. Huk wystrzału. Krzyki przerażonych manifestantów. Tolek osunął się na ziemię. Przypadkowi świadkowie położyli go krwawiącego na ławce i zanieśli do pobliskiego Szpitala Wojewódzkiego. Jednym ze świadków tego zdarzenia była córka sąsiada rodziny Browarczyków, która jeszcze tego samego dnia przekazała wiadomość o tym, co spotkało Tolka. − Rodzice mieli nadzieję, że brat został jedynie ranny. Od razu chcieli pojechać do szpitala. Okazało się to niemożliwe, bo nie mieliśmy samochodu, a już zaczęła się godzina milicyjna – wspomina pani Grażyna. Następnego dnia rano do mieszkania państwa Browarczyków zapukało SB. – Byli wulgarni i opryskliwi. Pytali o działalność opozycyjną brata. Żądali wydania ulotek i kontaktów do ludzi Solidarności. Za to ani słowem nie zająknęli się o sytuacji brata. Mama była cała roztrzęsiona. Instynkt podpowiadał jej, że Tolusia mogło spotkać najgorsze. Powiedziała do esbeków: „Zbrodniarze, mordercy, zabiliście mi syna, więc czego jeszcze chcecie?!”. Wtedy zaczęli jej grozić więzieniem i wyszli – opowiada pani Grażyna. Rodzicom Antoniego w końcu udało się dotrzeć do szpitala. Oficjalny protokół sekcji zwłok podaje, że Tolek zmarł 23 grudnia. – Ten protokół to jedno wielkie kłamstwo. Do sali szpitalnej weszliśmy z mężem 18 grudnia. Przyłożyłam głowę do klatki piersiowej syna. Serce nie biło. Ciało było zimne. Młody człowiek, który leżał na łóżku obok, szepnął do mnie: „Niech pani im nie wierzy. Pani syn nie żyje od wczoraj” – mówi wzruszona pani Marianna. Wstrząśnięta widokiem martwego syna osunęła się na ziemię. – Lekarze dali mi środki uspokajające. Nie pamiętam, co działo się później. Obudziłam się w domu – wspomina.

Jak ta wojna skrzywdziła nas...

Kula przeszła przez prawy policzek, następnie przez rdzeń kręgowy i utkwiła w obojczyku. Tak wynika z dokumentów, które rodzina otrzymała z prokuratury. „W dniu 17 grudnia roku pamiętnego polska kula z polskiej ręki zabiła brata mojego. Boże nasz, Boże nasz, jak ta wojna skrzywdziła nas”. Kiedy siostra Tolka pisała słowa tego wiersza, miała 9 lat. – Wiedziałam, że brat już nigdy mnie nie przytuli, nie uśmiechnie się i nie kupi mi drożdżówki. Na papier przelewałam złość, żal i smutek. To była forma autoterapii – przyznaje po latach. Komuna odebrała rodzinie Browarczyków nie tylko brata i syna, ale także zdrowie, spokój i zwykłe codzienne rodzinne szczęście. – Ze szpitala rodzice wrócili cali zapłakani. Mama nie była w stanie wydusić słowa. Tata podszedł do mnie i powiedział: „Grażynko, Tolusia zabili”. „Kto zabił, tatusiu?” – zapytałam. „Milicja”. Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież milicja jest od tego, by bronić ludzi, a nie zabijać. Tak mnie uczyli w szkole. Po śmierci brata zaczęłam mdleć na widok milicjantów. „Skoro oni zastrzelili Tolka, to przyjdą po mnie i też zabiją” – myślałam. Pani Marianna próbowała dowiedzieć się czegoś na temat śmierci syna w sądzie. Nie uzyskała żadnych wyjaśnień. Zamiast tego władze zabroniły umieszczenia nekrologów i podawania jakichkolwiek informacji prasie. Na wydanie zwłok Tolka rodzina czekała 2 tygodnie. Pogrzeb odbył się w sylwestra. – Cmentarz obstawiła milicja. Wszędzie stały „suki”, a pomiędzy alejkami chodzili funkcjonariusze. Mimo że miałam pozwolenie od biskupa, zakazali nam wstawić trumnę z ciałem Tolka do kościoła. Mszę św. pogrzebową udało się odprawić dopiero w kaplicy cmentarnej – wspomina pani Marianna. – Cały grudzień był pasmem upokorzeń. Do dziś, kiedy przełamuję się opłatkiem, to płaczę, a zamiast na zabawę sylwestrową, idę na cmentarz – dodaje. Trauma spowodowana śmiercią Antoniego i tym, co działo się później, odbiła się na całej rodzinie Browarczyków. Pani Marianna w ciągu jednego dnia osiwiała. Przez wiele dni chodziła dookoła stołu i płakała, jakby była w transie. Wszyscy myśleli, że zwariowała. W tamtym czasie myślała o samobójstwie. – Kiedy już się zdecydowałam, we śnie usłyszałam głos: „Czy zrobiłaś wszystko w swoim życiu, że chcesz odejść?”. Może to był głos Tolka albo anioły nade mną czuwały. Kiedy się obudziłam, pomyślałam: „Boże, przecież ja mam jeszcze jedno, 7-letnie dziecko, które mnie potrzebuje” – opowiada. – Widok oszalałych z rozpaczy rodziców dla mnie, jako dziecka, był straszny. Sama zaczęłam mieć kłopoty ze zdrowiem. Mdlałam. Dostawałam zapaści – przyznaje pani Grażyna. Cenzura, zmowa milczenia, utrudnienia ze strony milicji doprowadziły do tego, że śledztwo w sprawie śmierci Antoniego umarzano trzy razy. Przez wiele lat „nieznani sprawcy” niszczyli nagrobną tablicę z napisem: „Tu leży Polak – syn/ i prawda gorzka jest taka,/ że padł na ulicy Gdańska,/ a strzał był też z ręki Polaka”.

Epilog, czyli mikołajkowa tradycja

Po śmierci Tolka pani Grażyna nauczyła się grać na akordeonie. – Instrument brata stał i kurzył się w kącie. Widziałam, jak bardzo ten widok boli mamę. Więc zawzięłam się i sama nauczyłam się grać, choć byłam małą dziewczynką. Pewnego razu mama wróciła od sąsiadki, a ja jej zagrałam jeden z tych utworów, które wykonywał brat. Wzruszyła się i powiedziała, że dzięki mnie cząstka Tolusia, ta jego miłość do muzyki, została w domu − opowiada. Pani Grażyna postanowiła także kontynuować „mikołajkową misję” brata. – Tolek uwielbiał robić prezenty – rodzinie, przyjaciołom, sąsiadom. Mimo ciężkich czasów, dzielił się wszystkim, co miał. Chyba po prostu sprawiało mu radość uszczęśliwianie innych. Postanowiłam kontynuować jego tradycję. Co roku w grudniu przygotowuję paczki mikołajkowe dla dzieci z uboższych domów. Myślę, że brat robiłby dzisiaj to samo.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma