Nowy numer 45/2018 Archiwum

Weź, kochanie, skórkę chleba...

– Ściany baraku pokrywała warstwa szronu. Babcia ratowała nas, okrywając pierzyną. Dla niej już nie starczało. Pewnego ranka obudziłam się i chciałam się do niej przytulić. Była zimna. Pochowaliśmy jej zesztywniałe ciało bez trumny, bo nie było desek – opowiada pani Cecylia.

Wiele ich łączy. Patriotyzm wyniesiony z domu, kresowe tradycje, a także bolesne doświadczenia wojny. Zofia Kłoczko wychowała się we wsi Mazurki, niedaleko Augustowa, Kordian Borejko w Wilnie, a Cecylia Riedl w Krasnej Woli na Polesiu. Ich dzieciństwo, brutalnie przerwane 17 września 1939 r., upłynęło pod znakiem sierpa i młota na dalekiej Syberii i w Kazachstanie. Komunistyczny symbol towarzyszący im nieprzerwanie przez sześć kolejnych lat oznaczał bydlęce wagony, niedające spokoju zimno, zupę tak niesmaczną, że mimo głodu trudno ją było przełknąć, wszy wytrząsane codziennie z ubrań, choroby i śmierć najbliższych. Do dziś, kiedy sięgają pamięcią do tamtych chwil i próbują je opowiedzieć, łamie im się głos. Długi czas o sobie nie wiedzieli. Swoimi doświadczeniami podzielili się dopiero wiele lat po wojnie, gdy mieszkali już na Wybrzeżu...

Jak bydło…

Jedynie pani Cecylia pamięta wkroczenie Sowietów. Miała wówczas siedem lat. Pani Zofia była o pięć lat młodsza. Pan Kordian 17 września miał dopiero dwa miesiące. – To był szczególny czas. Za chwilę miałam pójść do pierwszej klasy. Mamusia kupiła mi fartuszek, a tato opowiadał o bohaterach narodowych. Razem recytowaliśmy patriotyczne wierszyki: „Kto ty jesteś? Polak mały. Jaki znak twój? Orzeł biały...” – wspomina pani Cecylia. Była szczęśliwa, nie mogła się doczekać. Jako dziecko nie dostrzegała znaków zapowiadających tragedię, która miała wkrótce nastąpić. We wrześniu, zamiast szkoły, rozpoczęła się wojna, która zabrała jej ukochanego tatę. Dopiero kilkadziesiąt lat później dowiedziała się, że leży w jednej z wielu masowych mogił, wśród ofiar katyńskiego ludobójstwa. Pani Cecylia dobrze pamięta widok czerwonoarmistów maszerujących ciężkim, miarowym krokiem przez Krasną Wolę. Długie, postrzępione u dołu szynele, stożkowe czapki z czerwoną gwiazdą, karabiny z bagnetami na ramionach budziły grozę. Nadeszła sowiecka okupacja. – Szybko „odwiedzili” nas brutale z NKWD. Pod pozorem szukania broni przeprowadzili rewizję. Splądrowali nasz dom, skazując nas na nędzę. Przetrwaliśmy dzięki naszej gospodyni, która przekazywała nam po kryjomu żywność – przyznaje pani Cecylia. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że tamta wizyta enkawudzistów to zaledwie preludium do tego, co miało nadejść. – 13 kwietnia 1940 r. przyszli po nas. Pamiętam dokładnie tę straszną noc, która zaczęła się od walenia kolbami karabinów w drzwi. Mną i młodszą siostrą opiekowała się wtedy babcia. „Pakować się, natychmiast!” – darli się Sowieci. Babcia stanęła przed nimi dumna i wyprostowana. Powiedziała, że dopóki córka, czyli moja mama, nie wróci do domu, to nigdzie nie idziemy. Czerwonoarmiści się wściekli. Wymierzyli w babcię bagnety. Wtedy ona sięg- nęła po krzyż wiszący na ścianie i wypaliła: „Chcecie mnie zabić, proszę bardzo, zabijajcie”. Odpuścili – opowiada pani Cecylia. Nad ranem przyprowadzili mamę i kazali się wynosić. – Nasza gospodyni po raz kolejny uratowała nam życie. Dała ciepłą pierzynę, suchary, wiadro, miednicę i garnek. Bez tych rzeczy nie przetrwałybyśmy 4-tygodniowej podróży, która nas czekała – mówi. Do jednego wagonu Sowieci siłą wepchnęli prawie 50 osób. Brak okien, dwie prycze, a w podłodze niewielka dziura. Tam trzeba było załatwiać swoje potrzeby na oczach wszystkich. Po kilku dniach podróży zaczęli umierać pierwsi ludzie. – Nie ścisk, brud czy wszy były najgorsze, ale sposób, w jaki nas traktowali. Dla nich byliśmy bydłem – wspomina pani Cecylia i przerywa opowieść. – To zbyt bolesne. Nie chcę o tym mówić.

„Nie gryź ją, tylko smoktaj”

Dwie starsze sąsiadki suszą skórki chleba. Częstują ją, mówiąc: „Weź, kochanie, skóreczkę, ale nie gryź ją zaraz, tylko smoktaj, to na dłużej ci starczy. My umrzemy, a ty wrócisz do Polski i wszystko opowiesz, co zapamiętasz”. To pierwsze wyraźne wspomnienie pani Zofii. – Obie dobre babcie umarły na syberyjskiej ziemi. A ja modlę się za ich dusze, dziękując Bogu za ich pomoc – mówi. Razem z rodzicami i sześciorgiem rodzeństwa po miesiącu koszmarnej podróży trafiła do łagru Kwitok, rejon Tajszet. Mieszkali w ciasnej izbie baraku. Tata i bracia pracowali przy wyrębie drzewa w tajdze, a mama w tartaku. Od świtu do zmierzchu, przez kilkanaście godzin. – Trzeba było wykonać normę, by dostać przydział chleba, tzw. pajok. A było tego tyle co kot napłakał. 600 g dla dorosłego i 200 dla dziecka. Okropnie niesmaczny. Czarny i czerstwy. Podawali też zupę. Mówili na nią „szczy”. Sama woda i trochę kapusty. Dojadaliśmy korzeniami ostu i jagodami czeremchy – wspomina. Pan Kordian trafił do niewielkiego pasiołka w Kazachstanie – specjalnego gospodarstwa przeznaczonego dla deportowanych. – Mama razem z innymi dorosłymi pracowała przy wypalaniu wapna w kamieniołomach. Pilnowali ich strażnicy z karabinami. Gdy przechodziłem obok, bałem się nawet poruszyć oczami. Pewnego razu strażnik dostrzegł mnie i zawołał. Myślałem, że mnie zabije. A on wyciągnął dłoń, w której trzymał dwa pomidory. Później zrobiliśmy z nich prawdziwą ucztę – mówi. Życie utrudniały wszechobecne insekty – komary, wszy, pchły, karaluchy i pluskwy. By odstraszyć te ostatnie, ściany wymazywano mieszaniną krowiego łajna i gliny. Nie zawsze pomagało, a mnożące się robactwo roznosiło śmiertelne choroby – tyfus i malarię. Jednak największe żniwo śmierć zbierała zimą. – Trafiliśmy do sowchozu. Wyładowano nas w stepie północnego Kazachstanu, niedaleko stacji kolejowej Kijały. Pierwszą noc spaliśmy pod gołym niebem wśród waliz, worków i tobołków. Później kazali zbudować ziemiankę. Pewnego razu groźne zamiecie śnieżne, tzw. burany, zasypały ją tak, że brakowało tlenu. Ludzie wpadli w panikę. Zanim nas odszukano i odkopano, kilka osób zmarło – opowiada pani Cecylia. W następnych latach przeniesiono ich do nieogrzewanego baraku. Właśnie tam zimno zabrało jej ukochaną babcię. W najtrudniejszych momentach pomagała wiara. Wszyscy wspominają wieczorne modlitwy, które podtrzymywały na duchu i pozwalały wierzyć, że ich gehenna na „nieludzkiej ziemi” niebawem się skończy.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy