Nowy numer 42/2018 Archiwum

Tamtego dnia słońce zaszło w południe

Największe zwycięstwo polskiej marynarki w historii? A może mało znacząca morska potyczka?

Zimno i wietrznie. Okręty szwedzkie blokują już drugi rok gdański port. Marynarze mają dość. Są zmęczeni, osłabieni i głodni. Kończą się zapasy. Codziennie tylko kasza i piwo. Piwo i kasza. Na pokładzie ścisk i brud. A przede wszystkim ogromna nuda. Ile można grać w kości albo tryktraka? Zresztą nikt już nie ma na to ochoty. Widok cierpiących z powodu szkorbutu towarzyszy nie sprzyja rozrywkom. Lepiej odmówić modlitwę. Na posterunku zostało już tylko sześć okrętów. I w końcu nadchodzi długo wyczekiwany rozkaz. „Wracamy do domu. Tylko jeszcze jeden rejs patrolowy i będziemy mogli zobaczyć nasze żony i dzieci” – mówią do siebie wzruszeni marynarze. Entuzjazm przerywa rozrywający powietrze wystrzał z działa. To nie wróży nic dobrego. Za chwilę zza mgły wyłania się pierwszy polski okręt...

Polska flota, dowódca Holender

Był rok 1627. W tamtym czasie na tronie Polski od 40 lat zasiadał Zygmunt III Waza. Monarcha dążył do odzyskania władzy w Szwecji. By to osiągnąć, postanowił rzucić rękawicę swojemu konkurentowi Gustawowi II Adolfowi. Nieustraszony w boju i budzący postrach u wrogów szwedzki monarcha nieprzypadkowo nazywany był Lwem Północy. – Na początku XVII w. Szwecja weszła w okres świetności militarnej. Zmodernizowana armia wspierana była przez równie silną i liczną marynarkę wojenną. Zygmunt III Waza rozumiał, że chcąc odnieść polityczny sukces na Bałtyku i przerwać blokadę największego polskiego portu, musi zainwestować we flotę. Tak też zrobił – podkreśla dr Elżbieta Wróblewska z Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku. Okazja do zaprezentowania polskich możliwości „na wodzie” nadarzyła się 28 listopada. O godz. 6 rano królewskie okręty podniosły kotwice i, wykorzystując dogodny wiatr wiejący od lądu oraz poranną mgłę, ruszyły na spotkanie jednostek szwedzkich płynących od strony Półwyspu Helskiego. − Tuż przed atakiem odprawiono modlitwy, odśpiewano psalmy, a załoga zjadła śniadanie. Następnie polska flota została taktycznie podzielona na dwie eskadry złożone z pięciu jednostek każda. Pierwszą prowadził okręt admiralski „Rycerz św. Jerzy”, drugą – okręt wiceadmiralski „Wodnik” − opowiada dr Wróblewska. Całością dowodził pochodzący z Niderlandów adm. Arend Dijckmann. – To nic dziwnego, że król powierzył najważniejszą funkcję podczas bitwy obcokrajowcowi. Wśród kadry oficerskiej dominowali znający się na morskim fachu Holendrzy i Szkoci. Członkami załóg marynarskich byli także niemieckojęzyczni poborowi. Załoga polskiej floty stanowiła wielką mozaikę etniczno-wyznaniową – wyjaśnia badaczka.

Tigern i Solen

Dickmann nakazał wystrzelić z działa, dając hasło do podniesienia kotwic i postawienia żagli. – Polska flota zastosowała tzw. taktykę roju. Inicjatywa i wybór przeciwnika należały do okrętów admiralskich, a zadaniem pozostałych jednostek było wsparcie i osłona okrętów dowodzących – tłumaczy dr Wróblewska. Wskazując szwedzki okręt flagowy – „Tigern”, Dijckmann krzyknął: „Więc skierujcie się, w imię Boże, przeciwko niemu, musimy dostać się na jego pokład”, po czym rozkazał wystrzelić z czterech dział dziobowych. Padło trzech zabitych. Jeden ze Szwedów dostał odłamkiem w nogę, inny został postrzelony w czoło. Następnie „Rycerz św. Jerzy” dokonał skutecznego abordażu na „Tigerna”. W trakcie starcia szwedzki admirał Nils Stiernsköld otrzymał dwa postrzały z muszkietu − jeden w kark, drugi w plecy. Za chwilę pocisk oderwał mu lewą rękę. Zdążył jeszcze wezwać cyrulika i pastora. Ten pierwszy usunął resztki oderwanej kończyny. Drugi udzielił umierającemu Komunii św. Po chwili Stiernsköld wyzionął ducha. Tragiczny los Szweda podzielił wkrótce A. Dijckmann. Jeden z wystrzelonych pocisków armatnich urwał dzielnemu kapitanowi obie nogi, powodując natychmiastowy zgon. Mimo śmierci polskiego dowódcy szwedzki okręt flagowy został zdobyty. W tym czasie wiceadmiralski „Wodnik” prowadzący drugą polską eskadrę rozpoczął pojedynek z nadpływającym „Solenem”. Dokonując próby abordażu, załoga polskiego okrętu kilkakrotnie próbowała przedostać się na pokład „Solena” i za każdym razem była odpierana. Ze szwedzkiego okrętu co rusz wylatywał grad pocisków oraz granatów ręcznych. Po pewnym czasie Polacy uzyskali przewagę i ostatecznie wdarli się na pokład. Widząc beznadziejność sytuacji, szwedzki szyper wetknął dwa lonty w wieniec smolny i pobiegł do komory prochowej. Na ten widok członkowie polskiej załogi w popłochu zaczęli przeskakiwać na swój okręt. Ponaglające okrzyki przerażonych marynarzy przerwała potężna eksplozja. „Solen” pogrążył się w morzu. Wraz z nim zginęło 22 żołnierzy i chłopiec okrętowy. Dlaczego Szwedzi zdecydowali się poświęcić życie załogi? − Tak nakazywały ówczesne instrukcje bojowe. W momencie znacznej przewagi nieprzyjaciela należało wysadzić jednostkę, nawet z przebywającymi na pokładzie marynarzami. Robiono tak dlatego, ponieważ okręty – budowane latami, kosztowne, wyposażone w cenną artylerię – pod żadnym pozorem nie mogły trafić w ręce wroga – mówi dr Wróblewska.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy