Nowy numer 33/2018 Archiwum

Tonął 40 minut

− W tamtych dniach miałem w domu remont, który... uratował mi życie. Moje miejsce zajął inny marynarz, którego nie znałem. Później znalazłem jego nazwisko na liście ofiar – mówi Jerzy Węgrzyn.

Trzynastego stycznia 1993 roku, godz. 23.30. „Jan Heweliusz” wyruszył w drogę do Ystad z dwugodzinnym opóźnieniem. Powód? Szwankowała furta rufowa. Przed wypłynięciem trzeba było ją naprawić. Tamtego dnia na Bałtyku szalał sztorm. Prędkość wiatru osiągała 180 km/h, a fale miały 6 metrów wysokości. Jednostka nie wytrzymała starcia z żywiołem. Po godz. 4, niedaleko niemieckiej wyspy Rugia, prom położył się na lewej burcie. W tym momencie kapitan Andrzej Ułasiewicz nadał radiowy sygnał „Mayday” i ogłosił alarm opuszczenia statku. „Heweliusz” tonął ok. 40 minut. Zginęło 55 osób − 20 marynarzy i 35 pasażerów, a uratowano zaledwie 9 członków załogi. „Tej nocy niebo chciało połączyć się z morzem” − mówili ocaleni z katastrofy.

Na „Heweliuszu” regularnie pływał Kazimierz Walkowski. Jednak tamtej tragicznej nocy szczęśliwie znalazł się po drugiej stronie – będąc na pokładzie promu „Jan Śniadecki”, ratował swoich topiących się przyjaciół. – Nad ranem, kiedy „Heweliusz” zmagał się z żywiołem, my staliśmy w porcie w Świnoujściu. W pewnym momencie dostaliśmy sygnał, że prom zatonął. Skierowano nas do akcji ratunkowej. Wyłowiliśmy z morza około 16 ciał. Byli wśród nich moi znajomi. Z bliska obserwowałem nieudane próby podjęcia rozbitków przez helikopter. Widoczna gołym okiem była słaba komunikacja pilotów. W pewnym momencie jedna z ratowanych osób odpięła się z uprzęży i wpadła z powrotem do morza – opowiada. – Przy tak silnym wietrze ci, którzy znaleźli się w wodzie, dusili się od pyłu. Wielkiego wodnego pyłu, który wpychał im lodowate powietrze do płuc. Ich agonia trwała kilka minut − dodaje.

Jerzy Węgrzyn, bosman z „Heweliusza”, w czasie gdy prom tonął, był w domu. − W tamtych dniach miałem w domu remont, który... uratował mi życie. Moje miejsce zajął inny marynarz, którego nie znałem. Później znalazłem jego nazwisko na liście ofiar − opowiada. − Pamiętam, że kafelkarz, który rano przyszedł do pracy, powiedział żonie, że jakiś polski statek zatonął. Nie wiedział, że akurat ja na nim pływałem − dodaje.

Pan Jerzy z woli armatora wziął udział w identyfikacji zwłok w Koszalinie i w Świnoujściu. − Helikopter podejmował ciała i zwoził je do tamtejszych szpitali. Dobrze znałem 90 proc. załogi. W czasie rejsów spędzaliśmy dużo czasu razem. Jedliśmy, żartowaliśmy, dzieliliśmy się różnego rodzaju myślami, wrażeniami z rejsów. I nie tylko − znaliśmy swoje życiowe plany, marzenia. Bo praca na morzu zbliża. Straszny widok martwych przyjaciół codziennie staje mi przed oczami – mówi.

Prom kolejowo-samochodowy „Jan Heweliusz” powstał w norweskiej stoczni. Polską banderę podniesiono w 1977 r. i skierowano na linię Świnoujście–Ystad. Wiele osób uważało go za statek pechowy – od wejścia do eksploatacji naliczono na nim 8 kolizji z falochronem lub nabrzeżem i 24 poważne awarie.

− Z kapitanem „Heweliusza” Andrzejem Ułasiewiczem znałem się bardzo dobrze. To był dobry, życzliwy człowiek i przełożony. Fachowiec, solidna firma. Odważny. Moim zdaniem to nie on popełnił błąd – uważa Marek Pawelec, który miesiąc przed katastrofą udał się na urlop i w ten sposób uniknął tragedii. − Wszyscy wiedzieli, że prom jest niesprawny i nie powinien pływać. Zła stateczność, przebalastowany, zacementowany pokład po pożarze. Nikt się nie sprzeciwiał, bo statek musi zarabiać. Ci, którzy pływali na „Heweliuszu” przed tragedią, wsiadali na ten prom z lękiem – dodaje K. Walkowski.

Przyczyny zatonięcia promu jako pierwsza badała szczecińska Izba Morska. W 1994 r. ogłoszono orzeczenie, w którym winą obarczono kapitana Ułasiewicza. Rok później sprawa była rozpatrywana przez Izbę Morską w Gdyni, a w 1998 r. – przez Odwoławczą Izbę Morską w tym samym mieście. Ostatecznie stwierdzono, że na skutek nieprawidłowego postępowania armatora i kapitana prom wyszedł w morze z uszkodzoną furtą rufową. Kilka lat później sprawą zajął się Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, który uznał, że „procesujące w sprawie »Jana Heweliusza« Izby Morskie były sądami pozbawionymi przymiotu bezstronności i niezawisłości”, co można interpretować jako kasację ostatecznego orzeczenia.

Dyskusje na temat przyczyn tragedii trwają nieprzerwanie do dziś. Oceniane są czynności załogi, przypominany zły stan techniczny i wcześniejsze wypadki promu. Analizie podlega również postępowanie polskich i zagranicznych ratowników. − Mówi się, że każda katastrofa jest spowodowana przez człowieka. Problemem jest ustalenie, w którym momencie do tragicznego w skutkach błędu doszło. Czy był to błąd załogi? A może stoczni? Albo armatora? Moim zdaniem nie czas na to, by obecnie tę kwestię roztrząsać. Należy raczej skupić się na pamięci i uczczeniu ludzi, którzy wówczas ponieśli śmierć. Wyciągnąć wnioski i robić wszystko, by w przyszłości do podobnych tragicznych wydarzeń nie dopuścić − podsumowuje kapitan Marek Twardowski, kustosz statku-muzeum „Dar Pomorza”.


Wystawa „Bałtycka autostrada” w Narodowym Muzeum Morskim w Gdańsku jest czynna do 6 maja. Powstała między innymi dla uczczenia ofiar katastrofy promu.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma