Nowy numer 42/2019 Archiwum

Ciemność nie może zwyciężyć

– Ta rana jest potężna. Kiedy zabija się ojca, co jeszcze można zabrać małemu dziecku? – pyta Emilia Maćkowiak, jedna z założycielek gdańskiej Rodziny Katyńskiej.

Mimo że miejsca ich obecnego zamieszkania dzieli odległość zaledwie dwóch kilometrów, nigdy się nie spotkały. Przynajmniej świadomie. Łączy je bardzo wiele. Miejsce pochodzenia, wojenne losy, doświadczenia czasów PRL. Nade wszystko jednak ojcowie. Obaj byli policjantami. Obaj też zginęli, zamordowani na tzw. Golgocie Wschodu. Jak połączyć utratę najbliższych z tajemnicą miłosierdzia?

Ukradzione dzieciństwo

– Pamiętam atmosferę tamtego czasu. Mieliśmy wielu znajomych. Mocne więzi łączyły nas z sąsiadami. Do tego stopnia mocne, że po wojnie staraliśmy się ich odnaleźć. Panowała ogromna życzliwość, szacunek. A patriotyzm? To było wręcz oczywiste. Polska była najważniejsza – wspomina Emilia. Jej ojciec brał udział w walkach o odzyskanie niepodległości w 1918 roku. Później służył w wojsku. Walczył w wojnie bolszewickiej. Pełnił służbę na sowieckiej granicy. W 1922 r. przeszedł do policji. Był przodownikiem (odpowiednik dzisiejszego sierżanta). Emilia podkreśla, że doskonale wiedział, czym jest bolszewia. Mieszkali w Brześciu nad Bugiem. Emilia wspomina dom stojący całkiem niedaleko twierdzy położonej między Muchawcem a Bugiem. Dom pełen światła, do którego wracało się z radością. Nie może sobie przypomnieć, żeby rodzice się kłócili. Kiedy tata wracał z pracy i miał jakieś trudne sprawy, wychodził pracować w ogrodzie. Tam odzyskiwał spokój. Wspomina, że na kilka miesięcy przed wojną dało się już odczuć atmosferę napięcia. – Kiedy zbliżała się wojna, ojciec dostał powołanie do armii. Ponieważ ukończył szkołę podoficerską artylerii w Toruniu, skierowano go do artylerii w Pińsku. Mama zniosła to dzielnie. Była zahartowana. Przeżyła wcześniej pobyt na Syberii, skąd wróciła tylko ona. Reszta rodziny albo tam zginęła, albo umarła w drodze powrotnej. Sama zresztą uczestniczyła w działaniach organizacji Strzelec – opowiada. Wszystko potoczyło się szybko. Z wyjeżdżającym na front ojcem nie zdążyły się pożegnać. – Byłam tak zakochana w swoim tacie, że namówiłam mamę, abyśmy odwiedziły go w jego oddziale w Pińsku. Wraz z mamą i bratem wsiedliśmy w pociąg. Ale do Pińska nie dojechałyśmy. Nasz pociąg zatrzymali Sowieci. Wyciągali z niego oficerów. Słychać było strzały. Oni wiedzieli, co z nimi będzie. Wychodząc, dzielili się z nami cukrem, oddawali kobietom i dzieciom jedzenie – wspomina. Kiedy udało się im wrócić do Brześcia, okazało się, że ich dom jest kompletnie zrujnowany. Spadła na niego bomba albo jakiś pocisk. – Gdy mama to zobaczyła, zemdlała. Być może mój upór, który spowodował, że pojechaliśmy do Pińska, uratował nam życie – dodaje.

– Prawdy o Katyniu nie zamierzałam ukrywać – mówi Emilia Maćkowiak.   – Prawdy o Katyniu nie zamierzałam ukrywać – mówi Emilia Maćkowiak.
ks. Rafał Starkowicz

Zimy były straszne

Irena Wróbel urodziła się w 1935 roku. Jej ojciec był komendantem posterunku policji w Pińsku. – Zostało mi po nim jedno zdjęcie – fotografia ślubna rodziców oraz krzyż z jego gabinetu – opowiada. Jej tatę Sowieci zabrali z domu. Aresztowali go i osadzili w Pińsku. Na początku mama mogła go odwiedzać. Opowiedział jej, że Sowieci polskich oficerów i inteligentów osadzonych w tym więzieniu zamykają w specjalnych szafkach, w których człowiek mógł zmieścić się jedynie na stojąco. Następnie okładają je łomami, przewracają. Chodziło o złamanie ich psychiki. W pewnym momencie, w marcu 1940 r., tata po prostu zniknął. – Pamiętam tylko tyle, że był z nami dziadek. Kiedy we wrześniu 1939 r. Rosjanie i Niemcy wkroczyli do Polski, ciotki z Brześcia zabrały dziadka. Płakał. Nie chciał jechać. Do nas Sowieci przyszli przed 5.00 rano. Dali godzinę na spakowanie. Wsadzili do pociągu, który ruszył na wschód. Kiedy dziadek dowiedział się o tym, zmarł na zawał – wspomina kobieta. Zabrali ze sobą krzyż z gabinetu ojca. Przed samym wyjazdem dowiedzieli się jeszcze, co dzieje się w Katyniu. Trafili na granicę Kazachstanu i Syberii. Najbliższym miastem, do którego mieli ok. 50 km, był Kokczataw. – Jechaliśmy tam przez 6 tygodni. Wysadzili nas na stepie i powiedzieli, że mamy tam żyć. Mieszkaliśmy najpierw w ziemiance, później w ruskiej bani [rodzaj sauny – przyp. red.]. We dwie rodziny, w niewielkim pomieszczeniu. Pamiętam, że zimy były tam straszne – opowiada.

Ratunek na Polesiu

Mama Emilii Maćkowiak o tym, że są na liście do wywozu na Sybir, dowiedziała się nieco wcześniej. Postanowiła działać. – Ponieważ doświadczyła już w życiu zsyłki na Syberię, postanowiła, że będziemy uciekać. Wyjechaliśmy na Polesie. Ono wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj. Wszędzie lasy i mokradła. Ale ludzie byli życzliwi. Ci, u których mieszkaliśmy, gdy skończyła się wojna, prosili, żebyśmy u nich zostali. Mieliśmy swój kąt. W funkcjonowanie domu wkładaliśmy swoją pracę. Mama doskonale szyła. Brat pasł krowy. Ja przez długi czas miałam problem. Wydawało mi się, że mnie – miastowej dziewczynie – nie wypada paść gęsi. Ale z czasem się z tym pogodziłam. To była prawdziwa szkoła życia – mówi E. Maćkowiak. W domu, w którym mieszkali, był punkt kontaktowy Armii Krajowej. Widok partyzantów nie był więc dla niej czymś rzadkim. Zawsze jednak, kiedy patrzyła na polski mundur, na orzełki na czapkach, płakała. – Przystępowałam tam do I Komunii św. Na uroczystości w kościele byli żołnierze AK. Po 50 latach spotkałam jednego z nich. To był Czesław Hołub. Nasz ksiądz był jednym z dowódców AK, a C. Hołub zrobił nam zdjęcie. To było niezwykłe. Po 50 latach dostałam swoją pamiątkę z I Komunii św. – wspomina.

Powojenne losy

Irena do Polski wróciła w 1946 roku. Miała 11 lat. Poszła do szkoły. Tęskniła. Ojca szukali na wszelkie sposoby. Czerwony Krzyż nic nie wiedział. Ale wracając z Syberii, jej mama spotkała Żyda, który w Pińsku prowadził sklep. Powiedział jej: „Pani Aniu, ja męża spotkałem. Z więźniami. Ale nie wiem, co się z nim stało. Na początku kwietnia już ich segregowano. Jednych wywieźli do Katynia, innych do Ostaszkowa i Miednoje”. W szkole o nic jej nie pytali. Po wojnie wiele dzieci nie miało ojców. Emilia to typ wojowniczki. – Nie ukrywałam moich przekonań. Swego czasu w szkole dano mi w rękę czerwoną szturmówkę i kazano iść na pochód pierwszomajowy. Wbiłam ją w ziemię i powiedziałam, że niezależnie do tego, co mi zrobią, nie będę jej nieść. Później był apel. Przed całą szkołą ogłoszono, że jestem wrogiem ludu. Kiedy wezwali moją mamę, spodziewałam się połajanki. A ona powiedziała tylko: „Wydaje mi się, moja droga, że nieco przesadziłaś”. Innym razem na lekcji usłyszałam, że przedwojenni oficerowie byli „zdrajczykami”, a ci, których wywożono na Sybir, stanowili najgorszy element, którego właśnie tak należało się pozbyć. Wstałam i zaprotestowałam. Powiedziałam, że mój ojciec zginął na wojnie i nie był żadnym zdrajcą, a my z trudem uniknęliśmy wywózki na Syberię. I że nie pozwolę, aby tak nas nazywano. Miałam wówczas 16 lat i byłam naprawdę bojowa. Myślę, że odezwały się geny ojca i jego wychowanie – mówi z lekkim uśmiechem. Ceną za jej postawę była konieczność ciągłych przeprowadzek. Uciekały przed prześladowaniami.

Niedokończona żałoba

Irena do dzisiaj nie wie, gdzie zamordowano jej ojca. Pogrzebała go symbolicznie. Pod głowę mamy, której pogrzeb odbył się na cmentarzu katolickim w Sopocie, włożyła jego zdjęcie. Na pomniku wypisała dane ich obojga. I informację, że zginął na Wschodzie. – Wykonałam wszystkie życzenia i polecenia mojej mamy, o których rozmawiałyśmy – mówi. Emilia już w podziemiu zbierała wszystkie informacje. – Katyń nie wychodził mi z głowy. W Polsce były tysiące takich dzieci. Pozbawionych rodziców. Takich, które każdego dnia z tęsknotą o nich myślały. Zbierałam wszystkie materiały, które ukazywały się w prasie podziemnej. Przemycałam do rodziny za granicą naszą bibułę. Stamtąd przywoziłam wszystko, co ukazywało się na Zachodzie. Ponieważ mój mąż był celnikiem, dowiedziałam się, jak sprawnie to robić. I mimo że już przed granicą miałam swoich „opiekunów” z bezpieki, a za każdym razem poddawano mnie kontroli osobistej, nigdy niczego nie znaleziono. Woziłam też ulotki do Krakowa i Warszawy. Pewnego razu w Warszawie, przy kościele Świętego Krzyża, zobaczyłam, jak mężczyzna przyklejał ogłoszenie, że będzie odprawiona Msza za marszałka Piłsudskiego. Podeszłam do niego, porozmawialiśmy. Okazało się, że był to Stefan Melak. Wspólnie zaczęliśmy myśleć o założeniu Rodzin Katyńskich. Skierował mnie do ks. Stefana Niedzielaka. W 1988 r. Rodziny Katyńskie zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. Pierwsza w Koninie, później była Warszawa. Równocześnie Łódź i Kraków, Bydgoszcz, Wrocław i Gdańsk. W 1989 r. działały już we wszystkich większych miastach. Chodziło nam o dotarcie do prawdy. Wiedzieliśmy początkowo tylko o Katyniu. Gorbaczow i Jelcyn przekazali Polsce dokumenty, z których wynikało, że nasi mordowani byli w Charkowie i Twerze. Później doszła Bykownia – mówi. Niedawno wydała książkę opisującą historię powstania Rodzin Katyńskich. Nosi tytuł „Prawda, pamięć, pojednanie”. – W 1992 r. dostaliśmy listy śmierci. To był dla mnie moment pogrzebu mojego taty. Wracałam z kopiami list i zobaczyłam, że został zamordowany. Moja żałoba trwała znacznie ponad 50 lat – dodaje kobieta. Jak znaleźć w sobie w takiej sytuacji nutę miłosierdzia? – Dla wielu zamordowani na Wschodzie to tylko liczby. Dla nas to konkretni ludzie. Ale bardzo mi żal także morderców. Upodleni, upojeni wódką robili rzeczy straszne. A gdy wracali do siebie, komunistyczna władza ich likwidowała. Nie chciała świadków zbrodni – podkreśla I. Wróbel. – Nasz kapelan ks. Zdzisław Peszkowski wiele mówił o pojednaniu z Rosjanami. Ale przecież ktoś pociągnął za ten spust. Ciężko się za nich modlić. Ale przebaczyć trzeba. Choćby z szacunku dla samych siebie i swojego serca. Nie wolno nosić w sercu nienawiści. Ona zatruwa serce i sprawia, że człowiek wchodzi w ciemność. W końcu Jezus też przebaczył tym, którzy Go krzyżowali – mówi Emilia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama