Nowy numer 3/2022 Archiwum

Albo go uzdrowisz, albo pozwolę mu odejść

– Staś żył 17 dni. Każdy dzień nazywam cudem. Był małym wielkim „nauczycielem”, zarówno dla nas, jak i dla lekarzy oraz pielęgniarek. Uczył siły, walki i ogromnej miłości – mówi Sandra.

Sandra i Darek Klahsowie z Jeleńskiej Huty są małżeństwem od września zeszłego roku. Od zawsze ich wielkim marzeniem było posiadanie dzieci. – Dlatego decydowaliśmy się na ślub w tak młodym wieku. Ja – 21 lat, a mój mąż – 25 – mówi Sandra. Pod koniec września źle się poczuła, więc postanowiła zrobić test ciążowy. Wynik wyszedł pozytywny. – Bardzo się ucieszyliśmy. Myśleliśmy, że będzie to długa historia, do końca naszego ziemskiego życia. Pan Bóg miał natomiast inny plan – opowiada.

5 października młodzi małżonkowie postanowili podzielić się radosną nowiną ze swoimi najbliższymi. Dziecko było dla nich olbrzymim szczęściem, dlatego trudno im było tę informację zachować tylko dla siebie.

Przerosła nas ta informacja

W 14. tygodniu ciąży pojechali do ginekologa. Przy tej okazji mieli poznać płeć dziecka. – Podczas badania lekarz był bardzo zdenerwowany. Długo milczał, jakby nie wiedział, co powiedzieć. Przeczuwałam, że dzieje się coś niedobrego. Z trudem powstrzymywałam się od płaczu. W końcu powiedział, żebym następnego dnia pojechała do szpitala na szczegółowe badania, ponieważ dziecko jest chore – wspomina Sandra.

Ze względu na pandemię Darek czekał na żonę w samochodzie. – Przyszła cała blada, we łzach. Nie wiedziałem, o co chodzi. Po chwili wydusiła z siebie, że dziecko będzie ciężko chore – opowiada Darek.

Mama Sandry już wcześniej odmawiała Nowennę Pompejańską w intencji wszystkich swoich dzieci. Kiedy wrócili do domu po feralnej wizycie, kończyła ostatni Różaniec. – Czuję, że ta modlitwa była dla nas dodatkowym wsparciem. Zwłaszcza kiedy zobaczyliśmy rodziców i kompletnie nie wiedzieliśmy, co powiedzieć, tylko płakaliśmy. Myśleli, że poroniłam. Pokazaliśmy im dokumenty z wizyty u lekarza. Zapewnili nas o swojej pomocy. Byli przy tym bardzo poważni, nie chcieli pokazać nam, jak bardzo ich to dotknęło – mówi Sandra. – Moi rodzice natomiast powiedzieli nam, że lekarze mogą się mylić i trzeba poczekać na dalszy rozwój sytuacji. Dodawali nam otuchy, cały czas nas wspierali – uzupełnia Darek.

Następnego dnia małżonkowie pojechali do Akademii Medycznej w Gdańsku. Niestety, nie zostali przyjęci. Był to czas okołoświąteczny. Jak sami wspominają, święta Bożego Narodzenia upłynęły im na oczekiwaniu na telefon ze szpitala. Wtedy postanowili zaakceptować to, co ich spotkało, i poinformować wszystkich znajomych.

Niezrozumiani

6 stycznia ponownie pojechali do szpitala. – Pobyt tam to były najtrudniejsze 4 dni w moim życiu. Lekarze proponowali mi zrobienie badania inwazyjnego, dzięki któremu będę miała wybór. Sugerowali, że jest to ciężka wada i mogę sobie z całą sytuacją nie poradzić. Od samego początku mówiłam, że nie zgadzam się na usunięcie ciąży, że chcę ją utrzymać. Czułam się niezrozumiana, nieakceptowana, jakbym była chora, trędowata – przyznaje Sandra.

Po wykonaniu podstawowych badań lekarze postanowili, że kobieta może wrócić do domu, ale musi pozostać pod opieką ginekologa. – Ostatniego dnia mojego pobytu w szpitalu przyszła do mnie pielęgniarka i poleciła skontaktowanie się z Hospicjum Perinatalnym „Tulipani”. Powiedziała, że pracują tam same anioły i że warto się do nich zwrócić, bo są osobami, które mogą nam pomóc. Byliśmy źli na lekarzy i to, w jaki sposób nas potraktowali, więc nie chcieliśmy już od nikogo żadnego wsparcia. Stwierdziliśmy, że sami przez to przejdziemy – opowiada S. Klahs.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy