Kapłan godny podziwu

Dariusz Olejniczak

|

Gość Gdański 03/2013

publikacja 14.02.2013 00:00

– Miał piękne i dobre, choć niełatwe życie – tak wspomina zmarłego ks. prałata Edwarda Masewicza jego siostrzenica Lidia Sarnowska.

Kapłan godny podziwu Ks. Edward Masewicz był bardzo popularny i lubiany przez parafian ks. Rafał Starkowicz

Ksiądz prałat Edward Masewicz zmarł 30 stycznia. W uroczystościach pogrzebowych w kościele pw. św. Franciszka z Asyżu na gdańskich Siedlcach uczestniczyło wielu tych, którzy spotkali na swojej drodze sędziwego kapłana. Później tłumnie odprowadzili go w ostatniej drodze na cmentarz Łostowicki. Bo ksiądz Masewicz miał łatwość nawiązywania kontaktów i szybko zjednywał sobie ludzi. – Moje kontakty z wujem były inne niż zwyczajowe relacje między księdzem a wiernymi – opowiada mieszkająca na stałe w Szwecji Lidia Sarnowska. – Wspominam go jako człowieka miłego, przyjaznego, z którym można było porozmawiać na dowolny temat. Ale on był równie przyjaźnie nastawiony do wszystkich. Umiał przystanąć i zamienić słowo z napotkanymi ludźmi. Pocieszał, doradzał. Kiedy odwiedzał nas, nie przyjeżdżał tylko do rodziny. On tam także pracował. W naszym kościele koncelebrował Msze święte, a parafianie go uwielbiali. Co wieczór po Mszy spotykał się z Polonusami. Znał tylu ludzi w tak wielu miejscach świata, że moja mama – a jego siostra – nawet nie zdążyła wszystkich poznać. Wielu z nich spotkała dopiero teraz tutaj, po jego śmierci.

Robił swoje

Ksiądz Edward Masewicz pełnił kapłańską posługę przez 61 lat. Ten wyjątkowy kapłan potrafił łączyć pracę dla innych i służbę Bogu z niespokojną naturą, która nosiła go po świecie. Urodził się w 1922 r. w Petersburgu. Jego rodzice przenieśli się do Wilna, gdzie dorastał i rozpoczął studia w seminarium duchownym. Niestety, w 1945 został przez Niemców wywieziony na roboty do Rzeszy. W 1945 r. wyjechał do Rzymu, gdzie studiował na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. W latach 1947–1951 studiował w Poznańskim Seminarium Metropolitalnym. Tam, w 1951 r., otrzymał święcenia kapłańskie. Po przyjeździe do Gdańska najpierw był wikariuszem w parafii katedralnej w Gdańsku-Oliwie, następnie w parafii św. Rodziny w Gdańsku-Stogach. Później, od początku lat 60. pełnił kolejno funkcje rektora kościoła św. Barbary w Gdańsku i jego proboszcza. W roku 1977 wyjechał do RFN, a stamtąd na misje do Argentyny i do Boliwii. Do Europy wrócił na stałe w 1990 r. Tym razem do pracy misyjnej na Białorusi. – Z tą Białorusią było tak, że nawet ówczesny ordynariusz diecezji ks. Tadeusz Gocłowski nie bardzo wiedział, że on tam pracuje – wspomina ks. Tadeusz Hebel, były proboszcz parafii pw. św. Franciszka z Asyżu w Gdańsku-Emaus. – Jak zawsze robił swoje po cichu i bez rozgłosu. Pewnego dnia, niemal 16 lat temu, ksiądz Edward zjawił się u mnie z przewieszonym przez ramię plecakiem, bo właśnie jechał do siostry w Szwecji. W przeszłości zawsze go gościłem, kiedy na przykład czekał na wizę do Argentyny, albo był w drodze do Szwecji. A on, choć był gościem, koncelebrował Msze w naszym kościele. Podczas tego pobytu także uczestniczył w niedzielnej Mszy i w pewnym momencie upadł. Okazało się, że to wylew. Długo dochodził do zdrowia. I trzeba przyznać, z pomocą Bożą, jego siły witalne i wola walki pozwoliły mu odzyskać sprawność, choć może nie taką jak dawniej. Po wylewie nie mógł ani mówić, ani pisać. Uczył się tego od nowa. Od tej pory zamieszkał z nami. I było mu tu dobrze. Miał swoje miejsce i pełną swobodę.

Gorliwy w posłudze

Z tej swobody ksiądz Masewicz korzystał na ile pozwalało mu zdrowie. A nacierpiał się sporo, bo przeszedł jeszcze jeden wylew. Mimo to starał się być wciąż aktywny. – Razem z moją mamą przemierzył pociągami całą Europę – opowiada Lidia Sarnowska. – Pociąg to był jego ulubiony środek lokomocji. Zawsze powtarzał: „A wiesz, ile można zobaczyć z okien pociągu?”. Ale nie tylko widoki były istotne. Z każdej podróży przywoził garść kartek z adresami spotkanych w drodze ludzi. Bo wiadomo, w pociągach z ludźmi się rozmawia, nawiązuje nowe kontakty. Ksiądz Tadeusz Hebel był przy sędziwym kapłanie niemal do ostatnich chwil. – W końcu stycznia miał trzeci wylew – mówi były proboszcz. Znaleźliśmy ks. Edwarda rano w jego pokoju. Zorientowaliśmy się, co zaszło. Wezwaliśmy pogotowie. Lekarz uznał, że trzeba chorego zawieźć do szpitala. Poprosiłem o chwilę rozmowy i za zamkniętymi drzwiami udzieliłem księdzu Edwardowi rozgrzeszenia, a już w obecności wszystkich – sakramentu namaszczenia chorych. On był przez cały czas świadomy i świadomie przyjął ten sakrament. Zmarł 30 stycznia w Szpitalu Wojewódzkim w Gdańsku. – Był wzorowym kapłanem, godnym podziwu, posłusznym przełożonym. Przemawiały przez niego miłość do Boga i do człowieka oraz głęboka wiara. Był gorliwy w posłudze, szczególnie w posłudze konfesjonału. Sam zawsze cierpliwy, odznaczał się wrażliwością na ludzką biedę i cierpienie. Spalał się w posłudze duszpasterskiej – tak o życiu i działalności księdza Edwarda Masewicza mówił podczas uroczystości pogrzebowych arcybiskup metropolita gdański Sławoj Leszek Głódź.