To jest zdjęcie wroga komunizmu

Jan Hlebowicz

|

Gość Gdański 08/2015

publikacja 19.02.2015 00:00

Żołnierz wyklęty. Walczył w kampanii wrześniowej, uciekł z niemieckiej niewoli, należał do Armii Krajowej. rozstrzelany przez komunistów w 1946 roku. Skazujący go wyrok do dziś nie został całkowicie uchylony. – Dziadek jest bohaterem. Nie spocznę, dopóki nie będzie całkowicie zrehabilitowany – mówi wnuczka Stanisława Kulika.

Fotografia Stanisława Kulika z 1934 roku, którą otrzymała pani Grażyna od swojej mamy Fotografia Stanisława Kulika z 1934 roku, którą otrzymała pani Grażyna od swojej mamy
reprodukcje Jan Hlebowicz /Foto Gość; z Archiwum Grażyny Starzyńskiej

Pani Grażyna Starzyńska wyemigrowała do Australii w czasie karnawału „Solidarności”. Jej mama tuż przed śmiercią przekazała jej w prezencie starą, podniszczoną fotografię. Widać na niej żołnierza. Na odwrocie napis: „To jest zdjęcie mego ojca, twego dziadka, tego »wroga komunizmu« który zginął w 47–48 r. w więzieniu w Gdańsku”. Pani Grażyna postanowiła wtedy dowiedzieć się, kim był i czym zajmował się blondyn ze zdjęcia...

Grobu nie ma i nie będzie

– Moja babcia, czyli żona Stanisława Kulika, wspominając wojenne czasy, mówiła, że dziadek przychodził z reguły nocą. Dawał jej na życie i znów go nie było. I tak całą wojnę – mówi pani Grażyna. Podczas jednej z wizyt Niemcy zapukali do drzwi. – Ktoś musiał donieść. Próbowali aresztować dziadka. Babcia widziała na własne oczy, jak pod lasem zabił czterech hitlerowców i uciekł do lasu – relacjonuje usłyszaną historię.

Od tamtej pory gestapo nie spuszczało oka z żony Stanisława Kulika. Niemcy wypytywali ją, czy wie, gdzie może ukrywać się mąż. Nie wiedziała. Bili ją po twarzy. Na szczęście naziści nie odkryli znajdującego się w domu schowka, w którym ukrywała się mała Jadzia, mama pani Grażyny. Razem z nią w komórce przebywał kilkunastoletni Żyd, którego Kulik uratował. Po 1945 r. chłopak wyjechał do Izraela. – Pod koniec wojny nieopodal domu babci spadła bomba. Odłamek trafił w szyję jej syna i brata mamy. Zginął na miejscu. Babcia wylądowała w szpitalu. – Kiedy wydobrzała, próbowała dowiedzieć się czegoś o swoim mężu – opowiada pani Grażyna. Jeden ze znajomych poradził: „Pani Kulik, lepiej niech pani nie szuka. Mąż zginął. Grobu nie ma i nie będzie. Lepiej się córką zająć, bo mogą być kłopoty”. – Do końca życia ani mama, ani babcia nie dowiedziały się o Stanisławie Kuliku niczego więcej. Zaczęłam szukać na własną rękę – wspomina pani Grażyna. – Dotarłam do akt Instytutu Pamięci Narodowej. Okazało się, że mój dziadek był wzorowym żołnierzem, patriotą, bohaterem podziemia poakowskiego, na którym... wciąż ciąży komunistyczny wyrok.

Żołnierz z krwi i kości

Stanisław Kulik to przedwojenny zawodowy żołnierz Wojska Polskiego. Rocznik 1904, urodzony na podlaskiej wsi. Służbę rozpoczął, mając zaledwie 20 lat. Brał udział w kampanii wrześniowej w 1. batalionie czołgów lekkich. Po 20 dniach walk jego oddział został rozbity i rozwiązany. Kulik w stopniu starszego sierżanta objął dowództwo nad 350 żołnierzami i kontynuował walkę, odnosząc kolejne militarne sukcesy. Za brawurową decyzję przyznano mu Krzyż Virtuti Militari. Skapitulował dopiero na początku października. Razem z częścią oddziału trafił do niemieckiej niewoli w Hamburgu. Z obozu jenieckiego zbiegł po miesiącu i powrócił w rodzinne strony. Wstąpił do tajnej organizacji polityczno-wojskowej „Miecz i Pług”. Prowadził werbunek i kolportaż, a także zbierał i magazynował broń. Choć naziści deptali mu po piętach, cały czas działał w konspiracji. W 1943 r. „Miecz i Pług” został włączony w skład Polskiego Państwa Podziemnego. Razem z organizacją Stanisław Kulik przyłączył się do Armii Krajowej. Na czele stworzonego przez siebie oddziału brał w wielu zwycięskich walkach, by po kilku miesiącach przejść... do Batalionów Chłopskich. – Nie ma bezpośrednich danych na ten temat, ale w związku z akcją wcielania BCh do AK, delegowano najbardziej zaufanych ludzi dla kontroli Batalionów. Można przypuszczać, że Kulik właśnie z tego powodu zmienił przynależność organizacyjną – wyjaśnia prof. Piotr Niwiński, historyk. Po wejściu Sowietów do Polski, już jako kapitan, Kulik podjął decyzję o ujawnieniu swojego oddziału i wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego. – Chronił się tym samym przed wywózką na Sybir. Decyzja ta mogła też wynikać z chwilowej nadziei, że w Polsce dojdzie do pozytywnych zmian. Szybko jednak rzeczywistość zweryfikowała takie myślenie – twierdzi Waldemar Kowalski, pracownik Muzeum II Wojny Światowej. W marcu 1945 roku kompania Kulika – pod pozorem ćwiczeń nocnych – uciekła „do lasu”, do antykomunistycznej partyzantki. Podczas akcji pościgowej Kulik został ciężko ranny. Schronienie znalazł w jednej z leśniczówek. Tam przejęli go akowcy.

Zamach na sekretarza

Po wyzdrowieniu Kulik został mianowany komendantem oddziału działającego w ramach poakowskiej organizacji Wolność i Niezawisłość. Mając pod komendą 100 żołnierzy, przeprowadzał brawurowe ataki na funkcjonariuszy MO i UB. Wykonywał także wyroki na sowieckich oficerach i działaczach komunistycznych. Latem dostał rozkaz rozformowania jednostki i zakonspirowania ludzi. Jako osoba znana komunistom Kulik nie mógł dłużej działać na Podlasiu. Pod zmienionym nazwiskiem Jan Wirski przeniósł się do Gdyni. Założył sklep. Chciał rozpocząć normalne życie. Jednak już we wrześniu 1945 roku otrzymał rozkaz powrotu do konspiracji i organizacji oddziałów na Wybrzeżu. Tak powstały Kadry Dywersyjne-111. Kulik dowodził dwiema grupami, w Trójmieście i Słupsku. Było w nich blisko 50 osób. KD-111 przeprowadziło kilka głośnych akcji ekspropriacyjnych, m.in. na Urząd Skarbowy w Słupsku czy monopol spirytusowy w Gdańsku. W ten sposób konspiratorzy zdobywali pieniądze na działalność. Podczas jednej z akcji „grupa uzbrojona w broń palną dokonała napadu na sklep tytoniowy w Gdyni-Orłowie, skąd zrabowano 83 tys. gotówką oraz papierosy i cygara. W czasie pościgu za napastnikami zastrzelony został funkcjonariusz MO” – możemy przeczytać w jednym z raportów Urzędu Bezpieczeństwa. Jednak o losie Kadr Dywersyjnych zadecydowała inna akcja. 4 marca 1946 roku czterech podkomendnych Kulika dokonało zamachu na Wincentego Grunę, zastępcę sekretarza komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej na gdyńskim Obłużu. Działacz PPR zginął od kilku strzałów z pepeszy pod kamienicą, w której mieszkał.

Wsypa

– Zamach został wykorzystany propagandowo. Z Wincentego Gruny uczyniono bohatera komunizmu, który oddał życie w słusznej sprawie. Prasa rozpisywała się o jego zabójstwie. Jednej z ulic nadano jego imię, stawiano mu pomniki – mówi W. Kowalski. Pan Waldemar Gruna ma 54 lata. Mieszka w Zgorzelcu. – Wincenty Gruna był bratem mojego dziadka. W rodzinie mówiło się, że w rzeczywistości egzekucję na nim przeprowadził Urząd Bezpieczeństwa. Decyzja ta miała wynikać z różnic ideologicznych i tarć na linii PPR i PPS. Taką tezę głosiła sama żona Wincentego, działaczka PPS, która była świadkiem zabójstwa. Twierdziła, że jej mąż był katolikiem, chodził do Kościoła i chociaż należał do PPR, to sympatyzował z PPS. Był niewygodny dla pewnej grupy wpływowych działaczy komunistycznych. Z tego powodu miał zostać zlikwidowany – relacjonuje pan Waldemar. Zabójstwo Gruny mogło więc być wynikiem prowokacji UB. Jednak oficjalnie za śmierć sekretarza PPR odpowiadał oddział Kulika. W śledztwo zaangażowali się najważniejsi funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. Początek aresztowaniom dało przypadkowe zatrzymanie członkini KD-111 Heleny Wulw „Danuty”. Kobieta została złamana podczas przesłuchania. Podała pierwsze adresy i nazwiska. Kulik wpadł w ręce bezpieki 29 marca. – Bicie, tortury były na porządku dziennym. Sprawę tę prowadził m.in. por. Jan Wołkow, jedna z największych kanalii ubeckich w tamtym czasie. Ten sam, który nadzorował brutalne śledztwo nad Danutą Siedzikówną „Inką”. Wołkow był znany z tego, że potrafił zabić człowieka w trakcie przesłuchania – zaznacza W. Kowalski. Wraz z innymi aresztowanymi ze swojego oddziału Kulik zorganizował ucieczkę. Nie udało się, a wsypa skutkowała dla niego karcerem o chlebie i wodzie. Wyrok, który zapadł po 7-miesięcznym śledztwie, był nieubłagany: śmierć dla głównych oskarżonych, w tym dla Stanisława Kulika. Bierut nie skorzystał z prawa łaski.

Żegnajcie, bracia

W baraku aresztu śledczego czeka pluton egzekucyjny. Klawisze wprowadzają trzech skazanych. Kulik mówi do towarzyszy: „Żegnajcie, bracia, już się więcej nie zobaczymy na tym świecie”. Chwilę później słychać rozkaz: „Po zdrajcach narodu polskiego – ognia!”. Kulik pada martwy na ziemię. Ma wtedy 42 lata. Zostaje pochowany w bezimiennej mogile na cmentarzu Garnizonowym.

Sprawa dziadka pani Grażyny wróciła w 2011 roku. Na wniosek ministra sprawiedliwości Wojskowy Sąd Okręgowy w Poznaniu unieważnił wyrok, jednak tylko częściowo. Wątpliwości sędziów budził rozkaz zastrzelenia sekretarza PPR Wincentego Gruny. „W niniejszej sprawie z inspiracji Stanisława Kulika doszło do zabójstwa przeciwnika politycznego sekretarza PPR. Zebrany w sprawie materiał dowodowy nie wskazuje, by Wincenty Gruna w jakikolwiek sposób zagrażał bezpieczeństwu organizacji czy osobie Stanisława Kulika” – brzmi uzasadnienie. Z propozycją rewizji tego postanowienia zwrócił się do WSO prof. Niwiński. Historyk wskazuje, że jeden z członków organizacji Kulika Zenon Jagła ps. „Rom” zorientował się, że jego znajomy – Wincenty Gruna dowiedział się o działalności konspiracyjnej Jagły. – Decyzja Kulika o wykonaniu egzekucji była więc głęboko przemyślania i uzasadniona. Chronienie własnej organizacji, a co za tym idzie życia jej członków, było dobrem nadrzędnym – uważa prof. Niwiński. Podobnego zdania jest Marzena Kruk, naczelnik pionu archiwalnego gdańskiego oddziału IPN. – Decyzja sądu jest niezrozumiała. Wincenty Gruna należał do partii komunistycznej stanowiącej system terroru. Mówimy o czasie walki, podczas której ofiary padały z obu stron. Nie zapominajmy, że działacze PPR byli wrogami podziemia niepodległościowego – podkreśla. Wielkim marzeniem pani Grażyny jest ostateczne unieważnienie wyroku z 1946 r., uznanie zasług dziadka i przywrócenie mu stopnia oficera Rzeczypospolitej. – W styczniu wysłałam 3 listy w tej sprawie do prezydenta Polski, ministra MON i ministra sprawiedliwości. Wciąż czekam na odpowiedź – informuje. Pani Grażyna pragnie również odnaleźć grób dziadka. Jest to możliwe, ponieważ już na wiosnę mają zostać wznowione prace ekshumacyjne na cmentarzu Garnizonowym. Istnieje spora szansa, że ekipa naukowców IPN pod kierunkiem prof. Krzysztofa Szwagrzyka trafi na bezimienną mogiłę, w której spoczywa Stanisław Kulik. 

Korzystałem z akt Instytutu Pamięci Narodowej, ekspertyzy prof. Piotra Niwińskiego, opracowania biograficznego autorstwa Waldemara Kowalskiego oraz materiałów rodziny Stanisława Kulika.