Noc nie będzie trwała wiecznie

Jan Hlebowicz

|

Gość Gdański 19/2015

publikacja 07.05.2015 00:00

Historia. – Oprócz przesłuchań najgorsze były pluskwy. Uaktywniały się w nocy. Kiedy do celi przychodził strażnik i zapalał światło, korzystałam z okazji i szybciutko je rozgniatałam. Trzask, trzask, trzask. Ale potem przychodziły nowe. I tak przez 7 lat...

Ewa Ludkiewicz była gościem honorowym gdańskiej Parady Niepodległości w 2014 roku Ewa Ludkiewicz była gościem honorowym gdańskiej Parady Niepodległości w 2014 roku
Jan Hlebowicz /Foto Gość

Gdyby nie II wojna światowa i komunistyczne rządy w Polsce, prawdopodobnie odwiedzilibyśmy Ewę Ludkiewicz w przestronnym dworze, a nie w niewielkim mieszkanku budowanym w epoce Gierka. Córka przedwojennego ministra, profesora, jednego ze współtwórców niepodległej Polski wyjmuje stare albumy pełne czarno-białych fotografii, które dawno już odkleiły się od sfatygowanych, tekturowych kartek.

– Niektóre mają grubo ponad sto lat – podkreśla pani Ewa, wskazując palcem młodego, uśmiechniętego człowieka siedzącego w kokpicie samolotu. To Władysław Śliwiński, świetny pilot legendarnego Dywizjonu 303, uczestnik bitwy o Anglię. Po 1945 r. działał na terenie Polski Ludowej jako angielski szpieg, dostarczając na Zachód informacje o działaniach komunistów. – Był wielkim patriotą, wspaniałym człowiekiem i prawdziwym przyjacielem, ale – do licha! – mógł trochę lepiej się konspirować – mówi pani Ewa.

To ze względu na znajomość z Władkiem trafiła do... stalinowskiego więzienia.

Panienka z dobrego domu

– Pierwsze moje wspomnienia to spacery z tatą po warszawskich ulicach. Trzymałam go za środkowy palec ręki, a on stał przy wielkim słupie ogłoszeniowym i czytał, czytał, czytał – wspomina pani Ewa, przewracając kolejne strony albumu.

Urodziła się w 1923 roku. Dwa lata wcześniej na świat przyszedł jej brat Jerzy. Ojciec Zdzisław wykładał w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Był też ministrem reform rolnych w rządzie Władysława Grabskiego. – Zrezygnował po kilku miesiącach. Pamiętam, jak któregoś dnia wytłumaczył mi swoją decyzję: „Wiesz, Ewuniu, być profesorem to jest coś, a ministrem to każdy idiota może zostać”. Myślę, że to zdanie jest aktualne do dzisiaj – uśmiecha się pani Ewa.

Mama Ksawera nie pracowała. – To była wielka dama. Chadzała z przyjaciółkami na koncerty do filharmonii i do teatru, całymi godzinami potrafiła cieszyć się kwiatami albo podziwiać zachody słońca. Pani Ewa sama o sobie mówi: „panienka z dobrego domu”.

– Stać nas było na kucharkę, praczkę, służącą i korepetytorów. Mimo obecności tych ostatnich, nie najlepiej się uczyłam. Muszę przyznać, że byłam nieco leniwa. Na półrocze przed małą maturą miałam aż 5 dwój! Trochę było wstyd, bo w końcu córka profesora... – opowiada.

Mała Ewa chodziła też na lekcje fortepianu, której uczył ją przyjaciel samego Karola Szymanowskiego – Aleksander Wielhorski. W chwilach wolnych od pracy i obowiązków szkolnych Ludkiewiczowie wybierali się do swojej posiadłości letniej w Milewku na Pomorzu. – Był to 50-hektarowy majątek z pięknym dworem. Spędzaliśmy tam najpiękniejsze dni w roku. Kąpaliśmy się w jeziorze, bawiliśmy z psami, jeździliśmy na koniach, pływaliśmy łódką. To było moje miejsce na ziemi – przyznaje pani Ewa po latach.

Blond czarownica

Wojna zastała ich w podwarszawskim Zalesiu, gdzie przeprowadzili się w czerwcu 1939 roku. – 1 września był dniem takim, jak wszystkie poprzednie. Rano ojciec słuchał radia w swoim pokoju. Przyszedł do nas z wiadomością: „Niemcy zaatakowali Polskę”. Jurek wstąpił do wojska i powędrował na Wschód. Wierzyłam wtedy, jak większość nieświadomych Polaków, zapewnieniom ministra Becka, że „nie oddamy ani guzika” – wspomina pani Ewa.

Stało się inaczej. Niemcy wkroczyli do Zalesia już po 5 dniach. Ludkiewiczowie siedzieli wtedy na ganku. Nagle usłyszeli warkot motorów. Odbyli szybką naradę rodzinną. Ustalili, że z hitlerowcami będzie rozmawiał ojciec, który świetnie znał niemiecki. – Naziści zajęli naszą willę, ale byli wobec nas grzeczni. Na mnie wołali „Blonde Hexe”, czyli blond czarownica. Nie czułam w tym wrogości. Aż ciężko było sobie wyobrazić, że żyli obok nas ludzie odpowiedzialni za tak niesłychane zbrodnie i okrucieństwa – podkreśla.

Zalesie ominęły działania wojenne. Młodzi kąpali się w jeziorze albo jeździli na rowerach. Starsi grali w brydża. – Tylko co jakiś czas docierały do nas mrożące krew w żyłach informacje: przyjaciel został rozstrzelany, ktoś z rodziny trafił do Auschwitz, jeszcze innego rozerwała na strzępy bomba zrzucona w czasie nalotu – wspomina.

W końcu tragedia dotknęła też rodzinę Ludkiewiczów. – Tatuś, organizator tajnego nauczania w Warszawie, zmarł na zapalenie płuc. Bardzo to przeżyliśmy. Miał zaledwie 59 lat. Po jego śmierci rodzinie zaczęło brakować pieniędzy na życie. Pani Ewa poszła do pracy w Skierniewicach, w majątku doświadczalnym SGGW. Tam, zupełnym przypadkiem, spotkała swoją koleżankę Zofię Zakrzewską. Poznały się przed wojną w harcerstwie. Zosia wciągnęła Ewę do konspiracji i w działalność Szarych Szeregów.

– Przychodziły do mnie młode dziewczyny, z którymi przerabiałyśmy kurs pierwszej pomocy. Uczyłyśmy się, jak zakładać opatrunki i umacniać złamane kończyny. Pewnego razu dostałam od Zosi polecenie wyjazdu do Warszawy i przewiezienie jakiegoś meldunku. Bardzo bałam się łapanki, ale wszystko przebiegło pomyślnie – opowiada. Miała szczęście, które wkrótce miało się skończyć...

Rechot ubeków

Prowadzący śledztwo ubek nachylił się nad Ewą i wrzeszczał: „Masz pamięć w tyłku? Jak cię zerżnę, to ci się wszystko od razu przypomni!”. Po tych słowach niczym karabinowa salwa rozległ się rechot pozostałych funkcjonariuszy. Dużo później Ewa Ludkiewicz dowiedziała się, że została aresztowana w tzw. sprawie Śliwińskiego, oskarżonego o szpiegostwo.

– Władek był przyjacielem naszej rodziny. Nic więcej. Nie miałam żadnych informacji o jego działalności wywiadowczej – mówi.

Był rok 1948. Mama Ksawera zamieszkała w Milewku i prowadziła gospodarstwo. Jurek i Ewa wrócili do powoli podnoszącej się z gruzów Warszawy. – Dzięki znajomości trzech języków obcych dostałam pracę. W czasie okupacji zdałam maturę i planowałam kontynuować naukę. Pasjonowałam się psychologią. Tymczasem siedziałam w stalinowskich kazamatach, nie wiedząc, za co. Dla 25-letniej dziewczyny pozbawienie wolności na 7 lat brzmiało jak wyrok śmierci. Co ze studiami, pracą, marzeniami o założeniu rodziny? Po takim czasie nie będzie już nic, tylko pustka. Tak wówczas myślałam – wspomina.

Więzienna codzienność

Co jakiś czas była wzywana na przesłuchania. – Potwornie bałam się tortur i bicia. Ale nigdy do tego nie doszło. Znęcano się nade mną psychicznie. Ubecy wyzywali mnie od najgorszych. Wrzeszczeli. Straszyli. Wmawiali, że jestem angielskim szpiegiem. A ja zaprzeczałam – opowiada.

I tak miała szczęście. Inne dziewczyny z celi, także więźniarki polityczne, potrafiły wracać po śledztwie granatowe. Tak były bite. – Czasami w nocy budziły mnie przerażające jęki i wycie katowanych – relacjonuje.

Dni wlokły się niemiłosiernie. Od porannego do wieczornego apelu wypełnione były stałymi punktami: lurowatą kawą zbożowa, ciemnym, czerstwym chlebem, biegającymi po celi pluskwami i kolejkami do jednego, wspólnego sedesu.

– Nasza sytuacja mogła łatwo doprowadzić niejedną z nas do depresji. Ale podświadomie wynajdowałyśmy sobie różne zajęcia, żeby się nie dać. Opowiadałyśmy o przeczytanych książkach i obejrzanych filmach, rozmawiałyśmy o potrawach, których nie udało nam się zjeść, komunikowałyśmy się z więźniami z sąsiedniej celi za pomocą alfabetu Morse’a, cichutko śpiewałyśmy piosenki. Czasami też odmawiałyśmy wspólnie modlitwy – mówi. – Ja układałam w głowie wiersze, którymi dzieliłam się ze współtowarzyszkami niedoli.

Pani Ewa zamyka oczy i recytuje powoli: „Śpiewamy sobie co dnia dawne wolności pieśni. By zagłuszyć u duszy dna bezsilny płacz boleści. I jedno, co sens dla nas ma, w co wierzyć chcemy koniecznie, że noc, co wokół nas trwa, nie będzie trwała wiecznie”. –

W więzieniu umacniały się moje przekonania, tu poznawałam piękne, mądre, wykształcone kobiety. To były patriotki, które wiedziały, o co walczą i do czego dążą – mówi stanowczo.

Działka na Księżycu

Po wyjściu z więzienia pani Ewie trudno było przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. – Były inne pieniądze. Nie potrafiłam się niczego doliczyć. Któregoś razu poszłam po chleb. „Ile płacę?” – zapytałam sprzedawcę, bo kompletnie nie orientowałam się w cenach. „Ooo, jaka wielka pani, pewnie na co dzień konsumuje tylko bułeczki” – usłyszałam w odpowiedzi.

Razem z mamą i bratem, także byłym więźniem politycznym, sprzedali Milewko i kupili zrujnowany domek w Płoni Małej pod Gdańskiem. Zajęli się hodowlą lisów i norek oraz uprawianiem ogrodu. – Razem z mamą, przyzwyczajoną przecież do luksusów, pieliłyśmy na klęczkach i sprzątałyśmy odchody zwierząt. To była ciężka praca, ale nigdy nie narzekałyśmy – zaznacza.

Pani Ewa wyszła za mąż i urodziła syna. Dziś mieszka na gdańskiej Morenie i wciąż, mimo 92 lat, prowadzi aktywne życie. Rok temu jako gość honorowy wzięła udział w gdańskiej Paradzie Niepodległości. Obecnie pracuje nad swoją czwartą książką.

– Ma ciekawy tytuł. „Działka na Księżycu” – zdradza. – Będzie opowiadała o moich losach po 1955 roku. Może, jeśli Bóg pozwoli, uda mi się ją dokończyć – dodaje.

Czy ma poczucie zmarnowanych w więzieniu lat? Czy tęskni za przedwojennymi czasami, dawną świetnością, dworkiem, luksusami? – Nie. Mogłam przecież skończyć dużo gorzej – nie waha się z odpowiedzią ani sekundy. – Miałam dobre, ciekawe życie – mówi i zamyka album z czarno-białymi fotografiami.

Pilot, bohater, szpieg

Pilota Władysława Śliwińskiego stracono w dzień Święta Wojska Polskiego – 15 sierpnia 1951 roku. Rzeczywiście prowadził on pracę wywiadowczą, przekazując na Zachód tajne informacje. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy trudno uznać go za szpiega działającego na szkodę Polski, niemniej jest faktem, że w PRL był on agentem obcego wywiadu.