Dziewczyna w letniej sukience

Jan Hlebowicz

|

Gość Gdański 35/2015

publikacja 27.08.2015 00:00

Pomnik „Inki”. – Naprzeciwko 17-latki stanęło 10 młodych chłopaków z plutonu egzekucyjnego. Kiedy padł rozkaz wykonania wyroku, żaden z nich nie był w stanie strzelić w jej kierunku – wspomina Alojzy Nowicki, świadek śmierci Danuty Siedzikówny.

 Waldemar Kowalski, znawca historii Aresztu Śledczego w Gdańsku Waldemar Kowalski, znawca historii Aresztu Śledczego w Gdańsku
Jan Hlebowicz /Foto Gość

Ogromne, ponure gmaszysko, otoczone grubym murem i drutem kolczastym, które stoi naprzeciwko Urzędu Miejskiego, do dziś budzi grozę i respekt wśród mieszkańców Pomorza. To gdański Areszt Śledczy, czyli osławiona „Kurkowa”. W tym miejscu przetrzymywany był przez kilka tygodni marszałek Józef Piłsudski. W czasie II wojny światowej więziono tu wielu działaczy kaszubskich i członków antynazistowskiego ruchu oporu. Wyroki wykonywano, ścinając gilotyną. Po 1945 r. Areszt Śledczy stał się miejscem kaźni żołnierzy niezłomnych. Trafiła tu także pewna 17-latka, ubrana w letnią sukienkę. Była sanitariuszką jednego z leśnych oddziałów działających na Pomorzu. Po krótkim, brutalnym śledztwie została skazana na karę śmierci. Reżimowi dziennikarze w swoich artykułach przedstawiali ją jako kobietę ze „szramą na twarzy”, strzelającą z „sadystycznym uśmiechem” do funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Po niemal 70 latach od tamtych wydarzeń w Gdańsku staje pomnik nastolatki...

Sanitariuszka i łączniczka

Danuta Siedzik, bo o niej mowa, urodziła się na Podlasiu w rodzinie polskich patriotów. Podczas porodu uszkodzono jej drobne mięśnie twarzy. Miała więc wklęśnięty policzek i usta ściągnięte w lekkim grymasie. Choć była ładną, zgrabną dziewczynką, dzieci w szkole czasem jej dokuczały. Bardzo to przeżywała. Ojciec z mamą wybrali się z dzieckiem do wybitnego specjalisty w Warszawie. Pan profesor powiedział Dance, żeby się nie martwiła. Obiecał, że kiedy zrobi jej operację, będzie jeszcze ładniejsza. „Niestety, tego typu zabiegi wykonuje się jedynie dorosłym. Przyjedziesz do mnie, gdy skończysz 18 lat. Czas biegnie szybko, ani się nie obejrzymy...” – pocieszał dziewczynkę doktor.

Danusia uczęszczała do Szkoły Podstawowej w Olchówce, a następnie w Różanymstoku. Jej edukację przerwała wojna. Ojciec w 1940 r. trafił do sowieckiego łagru. Wydostał się z niego z armią Andersa, ale wycieńczony zmarł w Teheranie i tam został pochowany. Mamę, za współpracę z podziemiem, rozstrzelało gestapo. Mimo tragicznych doświadczeń, Danka razem z siostrą w 1943 r. złożyły przysięgę w Armii Krajowej. 15-letnia dziewczyna trafiła do samego mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” i jego słynnej 5. Wileńskiej Brygady AK. Wtedy zaczęła używać pseudonimu „Inka”. Danusia pomagała partyzantom jako sanitariuszka i łączniczka. – Zawsze pełna radości i optymizmu, odporna zarówno fizycznie, jak i psychicznie na trudne warunki polowe, pozytywnie wpływała na morale oddziału – podkreśla prof. Piotr Niwiński, historyk.

13 lipca „Inka” została wysłana z bardzo ważną misją do Gdańska. Miała uzupełnić apteczkę nowymi lekami i środkami opatrunkowymi oraz wymienić stare mapy sztabowe. Jeden z kolegów partyzantów zaprowadził Dankę na ul. Wróblewskiego 7 w Gdańsku-Wrzeszczu, do konspiracyjnego mieszkania sióstr Heleny i Jadwigi Mikołajewskich, które działały w wileńskiej konspiracji. – Tam została zatrzymana w nocy z 19 na 20 lipca w wyniku donosów składanych przez inną, aresztowaną wcześniej, sanitariuszkę z oddziału „Łupaszki” – mówi P. Niwiński.

Stalinowska katownia

Cele, w których komuniści trzymali żołnierzy podziemia niepodległościowego, przetrwały do dziś. Po zatrzaśnięciu okratowanych drzwi trzeba kluczyć kilkanaście minut po więziennych korytarzach, po których prowadzi jeden ze strażników. Stalinowska katownia składa się z trzech cel. Wejścia do każdej z nich broni para żelaznych drzwi. Pomieszczenia są małe, ponure, mroczne. Osadzeni musieli tu spać na siedząco, bo podłogi były zalewane wodą. Karcer ma niewiele więcej niż metr wysokości i kilkadziesiąt centymetrów szerokości. Co czuła „Inka”, która spędziła w tym budzącym grozę miejscu ostatnie chwile swojego krótkiego życia?

– Trzeba pamiętać, że Danuta Siedzikówna była sanitariuszką i łączniczką znienawidzonego przez komunistów „Łupaszki”. Dlatego śledztwo musiało być bardzo ciężkie. Niestety, w dokumentach zachowały się tylko relacje pośrednie – mówi Waldemar Kowalski, znawca historii Aresztu Śledczego w Gdańsku, pracownik Muzeum II Wojny Światowej. Prawdopodobnie „Inka” była brutalnie bita i poniżana. – Rozbierano ją do naga, a następnie do celi wpuszczano żony ubeków, którzy zginęli niedawno w akcjach przeciwko leśnym oddziałom. Nie wyklucza się też, że „Inka” mogła zostać zgwałcona – dodaje historyk.

Razem z Danką zostały aresztowane siostry Mikołajewskie. Chociaż obie już nie żyją, ich wspomnienia związane z bohaterską sanitariuszką przetrwały do dzisiaj. Zostały spisane przez wnuki obu kobiet. – „Inka”, stanąwszy w zakratowanym oknie, położyła porozumiewawczo palec na ustach, czym zakomunikowała, że niczego nie zdradziła przesłuchującym ją ubekom. Było to około tygodnia po zatrzymaniu. Babcia zapamiętała siną od bicia twarz Danki – opowiadają Zofia Tatarek i Agnieszka Marszk.

Chociaż „Inka” bardzo chciała żyć, nie zdecydowała się prosić Bolesława Bieruta o ułaskawienie. W pożegnalnym grypsie napisała: „Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. Ta wiadomość, wysłana do Jadwigi i Heleny Mikołajewskich, nie ocalała. Została szybko zniszczona, bo tego wymagały zasady konspiracji. – Jednak jej treść babcie dobrze zapamiętały i przekazały rodzinie „Inki” – dodają Zofia i Agnieszka.

Niech żyje Polska!

Sanitariuszka została rozstrzelana razem z Feliksem Selmanowiczem „Zagończykiem”, także podkomendnym „Łupaszki”, 28 sierpnia 1946 roku. Do jej 18. urodzin brakowało 6 dni. Przed plutonem egzekucyjnym stanęła w tej samej letniej sukience, w której przyjechała do Gdańska. Ostatnie chwile dziewczyny doskonale pamięta Alojzy Nowicki, w latach 1946–1947 zastępca naczelnika Aresztu Śledczego w Gdańsku.

– Widziałem, jak ją rozstrzeliwują. Człowiek się wewnętrznie nie zgadzał z taką decyzją. Ona była przecież taka młoda. Zasługiwała na wybaczenie. Cały czas zachowywała się bardzo dumnie – wspomina. – „Inka” nie została trafiona przez chłopców z plutonu egzekucyjnego, mimo to upadła na ziemię. Dowódca podszedł, by ją dobić. Wtedy ona krzyknęła: „Niech żyje Łupaszka!” – opowiada. Dzisiaj pan Alojzy ma 91 lat, mieszka w Komorowie pod Warszawą. – To była bardzo przykra sytuacja. Dla nas. Dla mnie – zaznacza. Czy nadal wierzy, że „Inka” była zdeprawowaną morderczynią, jak przedstawiała ją PRL-owska propaganda? – Dziś to już nie ma znaczenia. Ja nie miałem wpływu na wykonanie egzekucji – odpowiada krótko.

Wzór dla młodzieży

10 września 2014 r. na cmentarzu garnizonowym w Gdańsku pracownicy IPN, na czele z prof. Krzysztofem Szwagrzykiem, rozpoczęli poszukiwania miejsc pochówków ofiar reżimu komunistycznego. Po kilku dniach prac ekshumacyjnych natrafili na szczątki młodej kobiety z przestrzeloną czaszką. Nikt nie miał wątpliwości, że należą one do Danuty Siedzikówny. Potwierdziły to kilka miesięcy później badania genetyczne i antropologiczne. Mniej więcej w tym samym czasie gdańscy salezjanie stwierdzili, że w mieście brakuje odpowiedniego upamiętnienia sanitariuszki. Razem z Krzysztofem Kosikiem, działaczem społecznym i pasjonatem historii Oruni, postanowili to zmienić.

– To dziewczyna, która do końca życia pozostała wierna Bogu i ojczyźnie. Chcemy, by młodzi ludzie, mijając monument w drodze do szkoły, pomyśleli o tej niezłomnej nastolatce i wartościach, które były dla niej ważne – mówi ks. Mirosław Dukiewicz, proboszcz parafii pw. św. Jana Bosko. – Dla nas, jako salezjanów, ważne jest również to, że „Inka” była uczennicą szkoły salezjańskiej w Różanymstoku na Podlasiu.

Powinna łączyć

Zadania stworzenia pomnika podjął się znany artysta Andrzej Renes. Rzeźba „Inki” została wykonana z mosiądzu i aluminium, waży 400 kg, a postać sanitariuszki mierzy prawie 2,60 m. Dziewczyna ma na głowie toczek, w jakim widać ją na jednym z kilku zachowanych zdjęć. Forma upamiętnienia spodobała się rodzinie Danuty Siedzikówny. – Dla nas każde uczczenie Danusi jest ważne. Nie skupiamy się na tym, jak wysoki czy szeroki jest pomnik. Najważniejsza jest pamięć. Jesteśmy bardzo wdzięczni lokalnej społeczności – mówi Maciej Pawełek, krewny „Inki”.

Okazało się jednak, że wizja artystyczna twórcy monumentu nie odpowiada gdańskim radnym. Wyrazili oni zgodę na tymczasowe ustawienie figury według projektu A. Renesa i zarekomendowali przeprowadzenie konkursu, który wyłoni ostateczny kształt pomnika. Decyzja radnych zbulwersowała K. Kosika. – Nagle nasi włodarze stali się estetami i zwracają uwagę na detale wizualne. Gdzie byli do tej pory, skoro w naszej dzielnicy wciąż straszą elewacje popowodziowe? – zastanawia się. – To po prostu zła wola polityczna i czepianie się idei – uważa.

Ostatecznie pomnik, w zmienionej formie, ma stanąć 30 sierpnia przy kościele, na skwerze nazwanym imieniem „Inki”. Uroczyście odsłoni go i poświęci abp Sławoj Leszek Głódź. – Tak okazały monument nie powstałby bez zaangażowania metropolity, który od początku bardzo wspierał inicjatywę i był motorem napędowym naszych działań – podkreśla K. Kosik. W inicjatywę budowy pomnika włączyły się różne środowiska. – Miejscowa parafia, miłośnicy historii Oruni, kibice Lechii Gdańsk, dawni opozycjoniści, radni dzielnicy, Instytut Pamięci Narodowej oraz szereg innych osób i instytucji – wylicza dr Karol Nawrocki, naczelnik OBEP IPN w Gdańsku. – „Inka” to wyjątkowa postać, która powinna łączyć, a nie dzielić.

Więcej o kontrowersjach wokół pomnika „Inki” na: gdansk.gosc.pl.