Tylko dla prawdziwych mężczyzn!

ks. Rafał Starkowicz ks. Rafał Starkowicz

dodane 12.08.2018 09:31

- Do tej decyzji potrzeba odwagi i siły, żeby ludzkie wątpliwości odłożyć na bok - mówi ks. dr kan. Krzysztof Kinowski, rektor GSD.

Tylko dla prawdziwych mężczyzn! Klerycy podejmują liczne akcje powołaniowe, aby pomóc młodszym kolegom w rozeznaniu życiowej drogi. ks. Rafał Starkowicz /Foto Gość

- Należy jednak pamiętać, że wstąpienie do seminarium nie oznacza natychmiastowego przyjęcia święceń. Jest to dopiero początek drogi. Jeżeli jednak odczuwa się powołanie, uciekać przed Bogiem nie należy - wyjaśnia rektor.

Wydawałoby się, że to proste. Jak jednak odczytać w sobie ten Boży głos? Jak człowiek może rozpoznać to, że Bóg powołuje właśnie jego?

- Każdy człowiek jest inny. Każdego też Pan Bóg powołuje w inny sposób. W tej różnorodności możemy jednak odnaleźć pewne cechy wspólne - wyjaśnia ks. dr Jan Uchwat, ojciec duchowny GSD.

- Taką wspólną cechą jest upodobanie w kapłaństwie. Poczucie, że coś mnie w nim pociąga. Coś, co czasem nawet trudno to nazwać. To upodobanie powinno być rozciągnięte w czasie i w pewien sposób trwałe. Wiąże się z tym także życie modlitwy oraz ogólna ludzka wrażliwość. To wystarczy do podjęcia decyzji o wstąpieniu do seminarium. Reszta dokona się podczas formacji. Bo seminarium, to także czas rozeznawania powołania oraz wzrastania w nim - dodaje ks. Uchwat.

- Jeżeli intencja pójścia za Chrystusem drogą kapłaństwa jest szczera, można powiedzieć młodym: "przychodźcie, a Pan Bóg wskaże drogę". W seminarium są ludzie, którzy pomogą wam w dalszym rozeznawaniu powołania - zaznacza.

Jak podkreśla ks. Uchwat, dobrze jest, gdy młody człowiek ma kierownika duchowego. Gdy w swoim otoczeniu ma księdza, z którym może szczerze porozmawiać. - Rozpoznanie powołania bez towarzyszenia dobrego, doświadczonego kapłana i szczerych z nim rozmów, jest trudne, choć nie jest niemożliwe - mówi ojciec duchowny.

Dlaczego się lękają?

Wydawałoby się, że Pan Bóg, który kocha Kościół powinien powoływać wystarczającą liczbę kapłanów. Tymczasem na świecie odnotowuje się spadek liczby kandydatów do kapłaństwa. Tendencja ta dotyka w ciągu ostatnich lat także naszej ojczyzny. Dlaczego tak się dzieje?

- Uważam, że blokada znajduje się po stronie człowieka, który boi się trudnych wyzwań. Dzisiejszy człowiek powołanie traktuje często jako ofiarę, czyli rezygnację z czegoś, a nie widzi w nim drogi do szczęścia - mówi ks. K. Kinowski.

- W decyzji przyjęcia powołania najważniejszą rzeczą jest tu szaleństwo zaufania Bogu. "Szaleństwo", bo w dzisiejszym wyrachowanym świecie synonimem szczęścia stały się: przyjemność, władza i pieniądze. Ale finalnie to "szaleństwo" jest tak naprawdę roztropne, bo patrzy na cel ludzkiej drogi. Do tego pójście do seminarium jest dzisiaj passe. Nie jest na fali. Ale powołanie nie ma nic wspólnego z modą, jaka panuje w świecie - stwierdza ks. Kinowski.

Zaznacza, że powołanie do kapłaństwa jest dla człowieka droga do doświadczenia prawdziwego szczęścia, a zarówno kapłaństwo, jak i pobyt w seminarium są również drogą do realizacji własnych pasji i talentów. - Ludzie zapominają, że życie chrześcijanina nie jest życiem nudziarza. Podobnie jest z drogą do kapłaństwa. Kapłaństwo nie jest dla smutasów, zrozpaczonych, uciekających przed życiem czy świętoszkowatych. To droga dla normalnych ludzi mających swoje pasje - zaznacza rektor.

Wyjaśnia, że wśród kleryków są piłkarze trenujący w klubach. Jeden z alumnów zdobył mistrzostwo Polski w biegu na 10 kilometrów. Są tacy, którzy grają w siatkówkę, zdobywają nagrody w konkursach aktorskich czy recytatorskich. - Powołanie nie eliminuje naszych naturalnych ludzkich zainteresowań i hobby - dodaje kapłan.

- To, do czego prowadzi powołanie jest większe i ważniejsze niż nasze lęki. To droga do szczęścia. Potrzeba tu trochę młodzieńczej brawury. Ona na szczęście wciąż w młodych ludziach jest - ocenia ks. Jan Uchwat.

To Bóg wybiera

Obaj moderatorzy GSD podkreślają, że Bóg powołuje tych, których sam chce. - Pan powołuje człowieka pomimo jego ograniczeń, a wielkość samego powołania tkwi w wielkości Boga, a nie wspaniałości człowieka. Ten dar "niesiemy w naczyniach glinianych". Pan Bóg nie patrzy według kategorii ludzkich, urodzenia, inteligencji czy zdolności krasomówczych. Nie powołuje lepszych - mówi ks. rektor.

Człowiek zresztą od zawsze lękał się odpowiedzi na Boże plany. - To podobnie, jak w opisanych w Biblii przypadkach powoływania proroków. Jeremiasz się wymawia, że jest młodzieńcem, Mojżesz, że nie jest człowiekiem wymownym, Izajasz zdał sobie sprawę, że jest "mężem o nieczystych wargach" i wówczas następuje drugie jego powołanie. Wszyscy wybrani przez Boga zderzają się z własną słabością. Ale na tym właśnie polega przyjęcie daru powołania - stwierdza rektor GSD.

- Jednak w powołaniu jest coś takiego, czego nie da się po ludzku wytłumaczyć, a co sprawia, że człowiek naprawdę na swoim miejscu czuje się jedynie wówczas, gdy odpowie na to Boże wezwanie - dodaje ks. Uchwat.

Potwierdzają to historie powołanych. Nie są proste, łatwe, a tym bardziej standardowe. Każdy z kleryków do rozeznania swojej drogi szedł przez trudne zmagania i doświadczenia. Dzisiaj, aby pomóc innym, chętnie dzielą się swoimi przeżyciami. Dwie z nich opisaliśmy na łamach 29. numeru Gościa Gdańskiego.

Wiktor

Był doskonale zapowiadającym się dziennikarzem. Do dzisiaj jego koledzy z gdańskiej telewizyjnej trójki z uznaniem mówią o jego profesjonalnym warsztacie. Świat stał przed nim otworem. W pewnej chwili przerwał studia, rzucił pracę, zostawił wszystko i poszedł do seminarium.

- Kapłaństwo chodziło mi po głowie już od dłuższego czasu. Jednak odczuwałem strach przed tym wyborem. I szukałem różnych ucieczek. Gdy zdałem maturę, wiedziałem, że powinienem być księdzem. Jednak mój niepokój budził celibat, brak rodziny i w konsekwencji dzieci - wyznaje Wiktor. Jak sam stwierdza pierwszą ucieczką przed kapłaństwem były studia. - Kierunek, który wybrałem, był zupełnie przypadkowy. Poszedłem na administrację na Uniwersytecie Gdańskim - opowiada.

Gdy był na pierwszym roku wpadła mu w ręce ulotka z której dowiedział się, że właśnie trwa rekrutacja do działającego na Politechnice Gdańskiej radia Studenckiej Agencji Radiowej. Skorzystał z propozycji. Poszedł i został przyjęty. Chciał się rozwijać. Wysłał więc swoje CV do kilku poważniejszych redakcji. Odpowiedź przyszła z TVP. Miał już wówczas spory dorobek. Wśród osób z którymi przeprowadził wywiady byli m.in. Krzysztof Zanussi, Bogdan Rymanowski, Jarosław Gowin, Katarzyna Hall, Dawid Podsiadło, ks. Pawlukiewicz, ale także Robert Biedroń i Anna Grodzka. O podpisaniu umowy z TVP zadecydowało zapewne nie tylko szerokie spektrum osób z którymi rozmawiał, ale także wspomniany wcześniej warsztat dziennikarski. Przełom przyszedł niespodziewanie.

- Kiedy oglądałem swoją pierwszą relację, stało się coś niezwykłego. Siedziałem w reżyserce i patrzyłem się w ekrany. To miał być moment, w którym spełnić się miało moje największe zawodowe marzenie. Włożyłem w to wiele pracy. Nie tylko w tym dniu. To było ukoronowanie całej mojej nauki, całych studiów. Tymczasem poczułem ogromną wewnętrzną pustkę. Czekałem na satysfakcję i radość. Zacząłem się pytać siebie, "co takiego się stało?". Ale właściwie to nie musiałem pytać. Wiedziałem. Dziennikarstwo było ucieczką od powołania - wspomina.

- Dopiero wtedy, kiedy zostawiłem mieszkanie, samochód, studia i niezłe zarobki, poczułem się prawdziwie wolny, szczęśliwy i spełniony. Wcześniej, to było jedynie muskanie rzeczywistości. A ja chciałem czegoś więcej. I doskonale wiedziałem, dlaczego nie doświadczałem satysfakcji. Teraz jestem naprawdę szczęśliwy - wyznaje kleryk. - Choć życie w seminarium nie jest bajką, jednak dopiero teraz, gdy wieczorem kładę się wykończony spać, myślę o tym, jaki fajny dzień przeżyłem, i jaki wspaniały czeka mnie jutro - dodaje.

Beniamin

Pochodzi z Wejherowa. W tamtejszej parafii Królowej Polski był długie lata ministrantem, lektorem, wreszcie także ceremoniarzem. Pierwsze myśli o kapłaństwie pojawiły się w jego głowie, gdy był w III klasie gimnazjum. Dość szybko je jednak odrzucił. - Miałem wyidealizowany obraz kapłana. Uważałem, że kapłan musi być doskonały, a ja taki zupełnie się nie czułem. Do tego miałem pewne problemy z nauką. Uważałem, że jest dużo ludzi mądrzejszych i pobożniejszych, którzy do tego nadają się bardziej, niż ja - opowiada z uśmiechem. Myśl jednak wciąż powracała.

Ukończył technikum leśne w Warcinie. - Wszystko zdawało się być spełnieniem marzeń. Miałem wspaniałą dziewczynę i dobrze się nam układało. Zamierzałem założyć rodzinę. Miałem upragniony zawód, pewną pracę i świetną relację. Ale wówczas musiałem stoczyć mocną duchową walkę, bo myśl o kapłaństwie wciąż powracała. Okazało się, że była silniejsza. Powołanie zmieniło wszystkie moje plany - dzieli się.

Jak odczytał swoje powołanie? - Mając wszystko, czego po ludzku oczekiwałem, poczułem jednocześnie, że nie tego Pan Bóg ode mnie chce. Zaczęło mi brakować tego, co wiąże się z głoszeniem Boga. Decyzja nie była łatwa. Czasem trzeba wybrać. Ważne, aby był to wybór właściwy - stwierdza.