Z domu wyszli tak, jak stali

Justyna Liptak

|

Gość Gdański 50/2019

dodane 12.12.2019 00:00

– Usłyszałam dziwny dźwięk, jakby rozsypywanego cukru, ale w żaden sposób nie przeczuwałam tragedii – mówi Karina Dzedzej.

Mimo trudnych doświadczeń, nie załamują się. Karina i Adam dziękują wszystkim, którzy pomagają im stanąć na nogi. Mimo trudnych doświadczeń, nie załamują się. Karina i Adam dziękują wszystkim, którzy pomagają im stanąć na nogi.
Justyna Liptak /Foto Gość

Adam Dzedzej wspomina, że kiedy kończył pracę i wyłączał laptopa, wszystko było w porządku. Nikt nie spodziewał się nadchodzącej tragedii – zwarcia sprzętu elektronicznego. – Wyjątkowo zasnęłam z Frankiem, naszym 9-miesięcznym synkiem, obudziliśmy się wcześnie. Po godz. 6 usłyszałam hałas dobiegający z dołu. W pierwszej chwili pomyślałam, że coś się wysypało, najpewniej cukier. Spokojnie wzięłam Franka na ręce i poszłam to sprawdzić – wspomina Karina. W pokoju zastała wysoki płomień, który trawił poszczególne meble i sprzęty. – Zdałam sobie sprawę, że nie dam rady go ugasić, zwłaszcza z małym dzieckiem na rękach – dodaje. Zaczęła wołać męża.

– Zszedłem na dół, zobaczyłem ogień. Zdecydowałem się narzucić na niego dywan – na chwilę przygasł, ale za moment buchnął jak oszalały. Podjęliśmy decyzję, że trzeba siebie i dzieci ewakuować – mówi pan Adam. Z domu wyszli tak, jak stali – w kapciach albo boso, bez kurtek ani bluz. – Zdołałem jedynie chwycić dokumenty i telefon komórkowy. Jasiu, nasz syn, włożył buty. Resztę naszych rzeczy zostawiliśmy, bo życie i zdrowie jest najważniejsze – dodaje. Karina wspomina, że próbowała wystukać numer ratunkowy, bezskutecznie. – Ręce mi się trzęsły, ciągle sprawdzałam, czy wszystkie dzieci są z nami. Byłam w ogromnym szoku – mówi matka.

Na miejsce przyjechało kilka zastępów straży pożarnej. Zapanowali nad żywiołem. W tym czasie rodzinie Dzedzejów pomogli sąsiedzi. – Zaprosili nas do siebie, zaoferowali ciepłą herbatę i kanapki dla dzieci. To była pierwsza fala pomocy, której doświadczyliśmy – wspomina Karina. Małżonkowie zdecydowali, że chwilowo zamieszkają u rodziców Adama, tak by oni sami i dzieci poczuli się bezpiecznie. – Chociaż strażacy przyjechali szybko, to pokój, w którym wszystko się zaczęło, zdążył spłonąć. Ogień wyszedł do przedpokoju, a następnie ciąg powietrza od strychu sprawił, że płomienie poszły do góry. Gdyby pożar nie był gaszony jeszcze przez kilka minut, nasze nieszczęście mogło stać się również udziałem sąsiada, gdyż mieszkaliśmy w bliźniaku – wyjaśnia Adam. Ta tragedia dotknęła rodzinę pod koniec listopada. – Zostaliśmy bez dobytku, ale z wiarą, że uda się to wszystko naprawić – mówi pan Adam.

Oboje wyrośli w Ruchu Światło–Życie. To tam się formowali i wzrastali w Bogu. Są rodzicami piątki dzieci – Teresy, Alicji, Jasia, Kingi i Franka. Należą również do Domowego Kościoła. – Nasza wspólnota zareagowała bardzo szybko. Spłynęło kilkanaście ofert mieszkaniowych. Znajomi podjeżdżali samochodami, by zabrać nasze zadymione i osmolone rzeczy, które zadeklarowali się wyprać, czasem kilkakrotnie, byśmy mieli w czym chodzić – mówi Karina.

Ich rodzinny dom nadaje się do generalnego remontu. W chwili obecnej są na etapie sprzątania. – Doświadczamy Bożej opieki w ogromie ludzkiej życzliwości i wsparcia. Kontaktują się z nami koledzy ze studiów, byli uczniowie Adama, rodzice ze szkół naszych dzieci, harcerze, a także ci, których osobiście nigdy nie poznaliśmy – mówi pani Karina. Codziennie dostają wiele maili z pytaniami, czego im potrzeba. – To niesamowite, jak ogromne i wrażliwe są ludzkie serca. Szkoła Fregata udostępniła nam magazyn, gdzie możemy przechowywać rzeczy, które spłynęły od ofiarodawców. Harcerze pomogli nam porządkować wnętrze domu. Zabrali się ochoczo za czyszczenie okien, grzejników, szafek – niekoniecznie, by wyczyścić je całkiem, ale aby już nie brudziły sadzą. Zabezpieczyli też podłogę w jednym z pokojów, bo zapewne da się ją jeszcze przywrócić do stanu używalności po cyklinowaniu. A nieznajoma nam życzliwa dusza uraczyła nas pysznym ciastem czekoladowym. Bóg daje nam tyle, ile potrzeba – opowiada pan Adam.

Takich przejawów solidarności jest w życiu rodziny ostatnio bardzo wiele. – Docierają do nas informacje, że organizowane są zbiórki, jak choćby ta w czasie finału Przeglądu Teatrów Amatorskich „Kurtyna”, gdzie w jednym ze spektakli występowała nasza córka, albo planowany koncert w Szkole Muzycznej, do której chodzi Teresa, byśmy mogli stanąć na nogi i otrząsnąć się z traumatycznych doświadczeń – mówi pani Karina.

Obecnie najbardziej potrzebują pieniędzy na remont domu. Ubezpieczalnia nie pokryje wszystkich potrzebnych prac. Cegiełki można wpłacać na konto Stowarzyszenia Rodzin Wielodzietnych „Szczęśliwy Dom” w Gdańsku: 06 1140 2017 0000 4302 1059 7161 tytułem: „Rodzina Dzedzej po pożarze”, a także przez portal zrzutka.pl pod hasłem: „ggkuuz”. Rodzina potrzebuje także wielu artykułów codziennego użytku, które straciła w pożarze. Informacje o ich bieżących potrzebach znaleźć można na facebookowym profilu: „Rodzina z 5 dzieci po pożarze – prosimy o pomoc”. Skontaktować się z nimi można również mailowo: pomocpopozarze@gmail.com. – Każdą z pomagających nas osób otaczamy modlitwą, o którą sami również prosimy – dodaje pan Adam.