Biskup realista

Jan Hlebowicz

|

Gość Gdański 10/2021

publikacja 11.03.2021 00:00

– Był bardzo bezpośredni i zarazem twardy. Miał swoje zdanie, nie był uległy władzy. Tak prowadził rozmowy, by Kościół wyniósł z nich korzyść – wspomina Jan Ptasiński, w latach 1960–1967 I sekretarz KW PZPR w Gdańsku.

Edmund Nowicki, administrator apostolski w Gorzowie Wielkopolskim w latach 1945–1951, biskup koadiutor diecezji gdańskiej w latach 1951–1964, biskup diecezjalny gdański w latach 1964–1971. Edmund Nowicki, administrator apostolski w Gorzowie Wielkopolskim w latach 1945–1951, biskup koadiutor diecezji gdańskiej w latach 1951–1964, biskup diecezjalny gdański w latach 1964–1971.
Wikipedia /domena publiczna

Ksiądz Edmund Nowicki, decyzją papieża Piusa XII, został gdańskim biskupem już w kwietniu 1951 roku. Sakrę otrzymał dopiero 21 września 1954 r., jednak wciąż nie mógł objąć rządów nad diecezją gdańską z powodu braku zgody komunistycznych władz. Zmianę przyniósł Październik ’56 – w wyniku rozmów Komisji Wspólnej rząd PRL w końcu wyraził zgodę na zmianę rządcy diecezji. Do 8 grudnia 1956 r. pozostawał nim wikariusz kapitulny ks. Jan Cymanowski. Zastąpił go bp Nowicki, „znany z wrogiego stosunku do władzy ludowej i negacji wszystkiego, co w Polsce postępowe” – charakteryzowali duchownego partyjni decydenci z Komitetu Wojewódzkiego PZPR. 10 marca przypada 50. rocznica śmierci gdańskiego ordynariusza.

Upadłem na siłach, ważyłem 48 kg…

Edmund Nowicki urodził się 13 września 1900 r. w Trzemesznie. Święcenia kapłańskie otrzymał w Gnieźnie. Po zakończonych doktoratem studiach w Rzymie aż do wybuchu II wojny światowej pełnił różnego rodzaju funkcje kurialne w Poznaniu. 3 października 1939 r. został zatrzymany przez władze hitlerowskie i osadzony w więzieniu. „Aresztowania nie poprzedziły żadne przesłuchania czy zarzuty (…). Chodziło po prostu o likwidację tego »centralnego punktu zbornego«, jakim dla narodu polskiego jest Kościół” – wspominał. Duchownego po miesiącu internowano do klasztoru bernardynów w Kazimierzu Biskupim. Po kilkumiesięcznym odosobnieniu ponownie został osadzony w Poznaniu, tym razem w cieszącym się złą sławą Forcie VII, a 4 maja 1940 r. został więźniem obozu w Dachau. Otrzymał numer 22032.

„Przeprowadzono nas przez miasto wśród dość licznych przezwisk ze strony przypatrującej się ludności. Padały też okrzyki »banditen«, a z niejednej rączki dziecięcej uderzył kamyk czy zepsuty owoc. Biedacy uwierzyli propagandzie” – opowiadał po latach. W obozie, bity przez gestapowca, ks. Nowicki dowiedział się, że trafił do Dachau, bo „dzieciom niemieckim oczy wydłubywał i języki wycinał”. W sierpniu kapłana przeniesiono do Mauthausen-Gusen. „Tu istotnie było piekło już przy samym powitaniu. Wobec sytuacji w Gusen mówiono o Dachau jako o »sanatorium« (…). W Gusen śmierć zbierała żniwo przez rozstrzeliwanie, zabijanie w różny sposób, ale najbardziej przez głód, biegunkę i zakażenia. Z głodu wielu jadło cokolwiek się nadarzyło. Poszukiwane były korzenie mleczu i szczaw, który ukradkiem wyrywano z przydrożnych rowów w czasie eskortowania do pracy do kamieniołomów” – wspominał.

W grudniu 1940 r. wrócił do Dachau. „Upadłem na siłach, ważyłem 48 kg. Na apel chodzić już nie mogłem” – opowiadał. Duchownym zaopiekował się współwięzień – jezuita niemiecki. „Zabrał mnie do łazienki, mył nogi, namaszczał jakąś maścią i bandażował (…). Wybrałem go więc na ostatniego, jak mniemałem, spowiednika”. Spodziewana śmierć jednak nie nadeszła. 6 lutego 1941 r., na skutek starań rodziny, ks. Nowicki został zwolniony z obozu, w zamian za porzucenie kapłaństwa. Warunku tego nie dopełnił. Po wyjściu na wolność był jednym z autorów raportu o sytuacji Kościoła w okupowanej Polsce przekazanego Watykanowi.

Buntownicy, odszczepieńcy, zdrajcy

Jednym z podstawowych zadań nowego ordynariusza diecezji gdańskiej było uporządkowanie kwestii księży „patriotów” – kapłanów otwarcie współpracujących z komunistyczną władzą, przed 1956 r. zrzeszonych w Okręgowej Komisji Księży. „Po przybyciu do Gdańska Nowicki wielokrotnie dawał wyraz swej wrogości do księży postępowych, określając ich mianem buntowników, odszczepieńców, zdrajców” – raportował KW PZPR.

Biskup Nowicki przede wszystkim kategorycznie zabronił „patriotom” angażowania się w jakąkolwiek propaństwową działalność oraz pisania artykułów w podporządkowanej komunistom prasie. Odmówił również przyjmowania na terenie kurii byłego przewodniczącego OKK oraz odrzucał zaproszenia do wizytacji parafii, którą zarządzał dotychczasowy lider środowiska księży „postępowych”. Ostatecznie ordynariusz zdecydował się jednak na otwartą konfrontację z „patriotą”. O burzliwym przebiegu rozmowy raportowała bezpieka. Biskup Nowicki pytał duchownego, za co w poprzednich latach otrzymywał tak wysokie odznaczenia państwowe, a następnie oświadczył, że „nie chce mieć w swojej diecezji w gronie duchownych »księdza komunisty« i w związku z tym powinien on złożyć rezygnację z parafii”. Hierarcha zarzucił „patriocie” m.in. „współdziałanie w minionym okresie z komunistami i zdradę interesów Kościoła”. Podkreślał jednocześnie, że „Kościoła i socjalizmu nie da się pogodzić” oraz potępił kapłana za to, że ten „był na pasku komunistów”, „wypaczał charaktery księży, wysługiwał się komunistom”. Podczas rozmowy ordynariusz wskazywał, że „trzeba tak jak poprzednio poświęcać się na śmierć i więzienie za wiarę i on jako biskup szanuje tylko tych księży, którzy bohatersko wytrwali w więzieniach bądź też cierpieli przez szereg lat”. Po tej rozmowie bp Nowicki grupę byłych członków OKK – głównie niepełniących w organizacji ważniejszych funkcji – przeniósł na mniej eksponowane parafie. Kilku prominentnych księży „patriotów” zwolnił całkowicie z pełnienia funkcji kapłańskich na terenie diecezji gdańskiej.

Twardy przeciwnik

Działalność bp. Nowickiego nie ograniczała się do „oczyszczenia” diecezji z wpływów księży „patriotów”. W czasie pierwszego spotkania z duchowieństwem w Oliwie 19 grudnia 1956 r. nowy biskup mówił: „Prawo jest regulatorem życia i warunkiem jego szczęśliwego rozwoju (…). Dlatego i nasze stosunki kościelne w diecezji oprzyjmy odtąd na zasadach prawa”. Ordynariusz, wcielając słowa w czyn, stał się twórcą struktur diecezjalnych – rozbudował wydziały kurii, rady i komisje diecezjalne, zreorganizował sieć dekanalną. 27 października 1957 r. erygował Biskupie Seminarium Duchowne.

Jednym z głównych celów ordynariusza było odzyskanie i remont kościołów i kaplic zniszczonych podczas działań wojennych oraz budowa nowych świątyń. Wymagało to nieugiętej postawy wobec komunistycznych władz, które z jednej strony traktowały bp. Nowickiego jako „ideowego i politycznego wroga”, a z drugiej liczyły się z nim jako „twardym przeciwnikiem”. Potwierdza to relacja Jana Ptasińskiego, w latach 1952–1954 wiceszefa komunistycznej bezpieki, a w latach 1960–1967 I sekretarza KW PZPR w Gdańsku: – Nowicki był w kręgach rządowych dość znany. Mówiło się, że to „poważny biskup”. Z materiałów, które otrzymałem od różnego rodzaju służb, wyłaniał się obraz negatywny. Były tam krytyczne uwagi do Nowickiego, którego stosunek do władzy nie był za dobry – mówi. Niedługo po rozpoczęciu urzędowania I sekretarz zdecydował się spotkać z hierarchą. – Nowicki przyjął zaproszenie. Spotkanie trwało kilka godzin. Jego interesowała budowa kościołów. Ja mówiłem, że jest ich za dużo. On się domagał zgód. Był bardzo bezpośredni i zarazem twardy w negocjacjach. Biskup realista – zapamiętał J. Ptasiński.

Dziękuję, z radością odchodzę do Boga

W 1968 r. bp. Nowickiemu wszczepiono stymulator serca. Trzy lata później lekarze, którzy na bieżąco monitorowali stan jego zdrowia, zalecili możliwie najszybszą wymianę aparatu. Na wizytę w szpitalu ordynariusz zdecydował się z wahaniem i raczej niechętnie. „Przeczuwał, że już nie wróci” – wspominał ks. Jan Majder, ówczesny kapelan hierarchy. Do słynnej teczki, z którą nigdy się nie rozstawał, ordynariusz zapakował trzy książki (wszystkie w języku niemieckim) – dotyczyły zagadnienia śmierci.

20 lutego 1971 r. w klinice kardiologicznej w Warszawie biskup przeszedł udany zabieg. Lekarze oznajmili, że po tygodniu pacjent będzie mógł wrócić do domu. Kilka dni po operacji wywiązała się infekcja. „Najpierw mocne dreszcze, potem silna gorączka i po raz pierwszy utrata przytomności” – zapamiętał ks. Majder. Biskup Nowicki miał zdawać sobie sprawę, że umiera – przyjął sakrament chorych, a następnie podyktował ostatnie słowa do diecezjan, dziękując za współpracę, która „umożliwiła tak wiekopomne dzieła: seminarium, odbudowa kościołów”. „Dziękuję za dbałość o naukę religii dziatwy i młodzieży (…). Osobiście, mimo wielkiego przywiązania do diecezjan, z radością odchodzę do Boga”. Biskup, cierpiąc coraz bardziej, gasł w oczach. 9 marca umierającego zdążył odwiedzić kard. Stefan Wyszyński. „Ten, który cię posłał na najtrudniejsze placówki w Kościele polskim – do Gorzowa i Gdańska – ufał ci, sam ciebie wspierał, pomagał. A teraz przyjmie cię do siebie” – mówił prymas. Następnego dnia biskup przyjął Komunię św., rozmawiał, nawet żartował. Dopiero około południa zacząć skarżyć się na problemy z oddychaniem. W pewnym momencie powiedział: „To już trzeba będzie umierać. Z Bogiem”. Była 14.15. Ksiądz Majder relacjonował: „W pokoju szpitalnym zapanowała prawdziwie grobowa cisza (…). Twarz zmarłego po raz pierwszy od trzech tygodni opromieniona była dziwnym uśmiechem, pełnym radości – był szczęśliwy”.


Jan Hlebowicz jest historykiem, publicystą, pracownikiem IPN Gdańsk. Pracował w „Gościu Gdańskim” w latach 2012–2018.