• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • O niczym nie wiedział?

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 18/2013

    dodane 02.05.2013 00:00

    „Przystąpcie do normalnej pracy. Są do tego wszystkie warunki. Jest to także potrzebne, by już wkrótce móc w spokoju witać Nowy Rok” – zwrócił się do stoczniowców Stanisław Kociołek w orędziu telewizyjnym. Następnego dnia w Gdyni padły strzały...

    Bezpośrednią przyczyną grudniowej rewolty była podwyżka cen. Ogłoszona 12 grudnia 1970 r. tuż przed świętami Bożego Narodzenia wywołała społeczne oburzenie. Stanisław Kociołek, wicepremier PRL, członek Biura Politycznego, przyjechał do Gdańska, aby stonować nastroje robotników. – Został źle przyjęty. Stoczniowcy zwyczajnie go wygwizdali. Powiedział wtedy ze złością: „Ja, towarzysze, po pomoc do was nie przyjechałem. Macie robić swoje!”. Nie tylko nikogo nie przekonał, ale wręcz rozzłościł ludzi – podkreśla Piotr Brzeziński, historyk z gdańskiego oddziału IPN.

    Reichstag płonie

    Stocznia Gdańska im. Lenina zastrajkowała 14 grudnia. Robotnicy ruszyli pod gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR, skandując hasła: „Złodzieje”, „Chcemy chleba”, „Precz z Gomułką”. W okolicach dworca doszło do pierwszych starć z milicją i wojskiem. Zatrzymanych zostało 330 osób. Następnego dnia stoczniowcy domagali się uwolnienia aresztowanych.

    Centrum Gdańska przerodziło się w pole regularnej bitwy. Na ulice wjechały transportery wojskowe i czołgi. – Nieopodal dworca pod gąsienicami zginął jeden z naszych. Widok był przerażający. Człowiek został spłaszczony. Leżał na ziemi w kałuży krwi. Ludzie spontanicznie podchodzili do niego i kładli na jego zmasakrowanym ciele kwiaty – opowiada Henryk Jagielski, współorganizator strajku Stoczni Gdańskiej, uczestnik demonstracji. Robotnicy zaatakowali butelkami z benzyną „Reichstag” (tak określano gmach KW PZPR), wzniecając pożar. Ogień trawił budynek w szybkim tempie. – Płonącego Komitetu Wojewódzkiego oglądanego z helikoptera nie zapomnę do końca życia – przyznał po latach Zenon Kliszko, bliski współpracownik Władysława Gomułki. Zginęło 7 manifestantów. Kilkuset było rannych. 16 grudnia w stoczni rozpoczął się strajk okupacyjny. – Niespodziewanie zostaliśmy otoczeni przez wojsko. Czołgów była cała masa – relacjonuje Jagielski. W kierunku armii wyruszyła grupa stoczniowców. – Chcieli z nimi porozmawiać, nic więcej – podkreśla Jagielski. Robotnicy zostali „przywitani” strzałami. Byli zabici i ranni...

    Czarny czwartek

    Gdyński bunt robotników wybuchł dzień po pierwszych demonstracjach w Gdańsku. Strajk zainicjowali pracownicy Stoczni im. Komuny Paryskiej. – Z okrzykiem na ustach „Za Gomułki suche bułki” poszliśmy pod dom partii – wspomina Henryk Mierzejewski, wówczas 21-letni stoczniowiec. Mimo że na ulicach Gdyni nie doszło do gwałtownych starć, powołany przez robotników Komitet Strajkowy został aresztowany (m.in. decyzją S. Kociołka), a jego członkowie brutalnie pobici. Wywołało to powszechne oburzenie. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Władze postanowiły zamknąć stocznię. Tymczasem wieczorem wicepremier w telewizyjnym przemówieniu wezwał robotników, by... przyszli do pracy. Ci, którzy go posłuchali, zostali potraktowani seriami z karabinów maszynowych koło stacji kolejki Gdynia-Stocznia. Jednym z zamordowanych był Zbyszek Godlewski, bohater „Ballady o Janku Wiśniewskim”. – Martwego chłopaka wzięliśmy na ręce. Potem wyrwaliśmy z baraku drzwi i położyliśmy go na nich. Krzyczeliśmy „Mordercy, mordercy!”. W pewnym momencie znaleźliśmy się w potrzasku. Otoczyli nas żołnierze i zaczęli strzelać. Rozpierzchliśmy się – opowiada Mierzejewski. W „czarny czwartek” zginęło 18, w większości bardzo młodych ludzi. Henryk Mierzejewski uważa, że było ich znacznie więcej.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół