• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Żeby Orzeł powrócił z morza...

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 20/2015

    dodane 14.05.2015 00:00

    Mają jasny cel: odnaleźć wrak legendarnej łodzi podwodnej i rozwikłać zagadkę jej zatonięcia. Czy im się uda? Przekonamy się wkrótce.

    W drugiej połowie maja wyruszy ekspedycja „Santi – odnaleźć Orła”. Ekipa poszukiwawcza liczy 10 osób. W jej skład wchodzą fotografowie, nurkowie, hydrografowie i historycy. – Mimo różnych pasji połączyła nas wspólna idea. Poświęcamy każdą wolną chwilę na wyjaśnienie losów polskiego podwodnego okrętu, który przepadł bez wieści gdzieś na Morzu Północnym. Nie spoczniemy, dopóki nie uda nam się odkryć miejsca, gdzie znajduje się wrak ORP „Orzeł” – mówi Grzegorz Świątek, historyk, członek ekspedycji. – Ale nie robimy tego dla siebie. Chcemy w ten sposób oddać hołd członkom załogi i dopisać zakończenie do karty ich bohaterskich czynów. A krewnym marynarzy przywrócić spokój, którego brakuje każdemu, kto nie zna miejsca spoczynku swoich najbliższych.

    Ewenement na skalę światową

    ORP „Orzeł” był najnowocześniejszym okrętem II RP. Wyposażony m.in. w 12 wyrzutni torpedowych i podwójne działko przeciwlotnicze 1 września 1939 r. wypłynął na Bałtyk, by zabezpieczać polskie wybrzeże przed desantem hitlerowskim. Po dwóch tygodniach od rozpoczęcia działań wojennych okręt zacumował w Tallinnie, gdzie poddał się internowaniu. Władze estońskie, naciskane przez Niemców, nakazały rozbrojenie „Orła” oraz usunięcie wszystkich map morskich. Wówczas polscy marynarze, dowodzeni przez pierwszego oficera Jana Grudzińskiego, pod osłoną nocy zdecydowali się na ucieczkę i rozpoczęli słynną, trwającą 27 dni podwodną peregrynację. – Załoga dokonała rzeczy niebywałej. Z niewielkimi zapasami wody, pozbawiona map, przedarła się przez wąskie cieśniny duńskie, skrupulatnie patrolowane przez okręty Kriegsmarine – zaznacza G. Świątek. – Ucieczka polskiej jednostki to ewenement na skalę światową. Operacja Grudzińskiego uznawana jest za największe osiągnięcie w działaniach i taktyce okrętów podwodnych w dziejach – dodaje Marcin Westphal, historyk z Muzeum II Wojny Światowej. Po dotarciu do UK okręt pod polską banderą, u boku aliantów, walczył z niemieckimi jednostkami. W ostatni swój rejs „Orzeł” wyszedł 23 maja 1940 r. W niewyjaśnionych dotąd okolicznościach nie powrócił z morza.

    Zatopiony przez... sojuszników?

    Tajemnica zaginięcia „Orła”, mimo upływu ponad 70 lat, do dziś nie została rozwiązana. Jest kilka hipotez, które próbują wyjaśniać, jak doszło do tej tragedii. Część badaczy twierdzi, że łódź podwodna została zniszczona przez jednostkę Kriegsmarine. Według innej teorii mogło dojść do przypadkowego storpedowania „Orła” przez powracający z patrolu holenderski okręt podwodny. Z kolei brytyjski wiceadmirał Max Horton przekonuje, że winny jest atak lotnictwa niemieckiego. Według kolejnej hipotezy doszło do nieszczęśliwego wypadku – eksplozji własnej torpedy lub awarii na pokładzie jednostki. Członkowie ekipy „Santi” stawiają jeszcze inną tezę – przyczyną zniszczenia okrętu mógł być... omyłkowy atak sojuszniczego, brytyjskiego bombowca Hudson z 3 czerwca 1940 r. ok. 180 km na wschód od wybrzeży Szkocji. – Opieramy się na wynikach badań Tomasza Kawy i dr. Huberta Jandy. Analiza dzienników pokładowych okrętów podwodnych działających na Morzu Północnym wskazuje, że w tym dniu żadna jednostka, która wróciła do bazy, nie została zaatakowana z powietrza. Nie powrócił jedynie ORP „Orzeł” – tłumaczy G. Świątek. Te wyjaśnienia nie do końca przekonują M. Westphala. – Według znanych mi informacji, brytyjski samolot nie leciał nad obszarem, na którym miał operować polski okręt. Analizy trasy przelotu bombowca Hudson wskazują, że zatopił on raczej U-Boota. Potwierdzają to niemieckie meldunki. – Nasze ustalenia są wynikiem kilkuletniej kwerendy w archiwach polskich, angielskich i niemieckich. Przekopaliśmy się przez dziesiątki tysięcy dokumentów. A od angielskich rybaków i nurków otrzymaliśmy cenne informacje o wrakach zalegających w pobliżu miejsca ataku – odpowiada G. Świątek. Jednak zdaniem M. Westphala, bardziej prawdopodobne jest to, że polski okręt wszedł na brytyjskie pole minowe, o istnieniu którego... nie został powiadomiony. – Kiedy rozmawia się z historykami i hydrografami angielskimi, można odnieść wrażenie, że wiedzą w tej sprawie więcej, niż chcą powiedzieć – podkreśla. Być może więc przyczyną tragedii legendarnego polskiego okrętu był błąd... admiralicji brytyjskiej. – Wszystkie hipotezy opierają się na niepełnych danych. Szczerzę życzę ekipie „Santi”, by ich teza okazała się właściwa – podsumowuje M. Westphal.

    Najnowocześniejszy sprzęt

    Do tej pory zadania odnalezienia wraku „Orła” podjęło się kilka niezależnych ekspedycji. Niestety, każda kolejna wyprawa kończyła się fiaskiem. Ekipa „Santi” będzie szukać zatopionej jednostki na obszarze ok. 100 km kw., w miejscu domniemanego ataku angielskiego bombowca. Wybrany przez nich obszar nigdy nie był badany przez hydrografów. Jeśli polski okręt spoczywa na dnie w tym miejscu, jest bardzo prawdopodobne, że uda się go znaleźć. – Dysponujemy najnowocześniejszym sprzętem – sonarem bocznym i sondą wielowiązkową, pozwalającymi na pokazanie szczegółowego obrazu wraku z wszystkimi cechami charakterystycznymi. Mamy też specjalistycznego, wyposażonego w kamery robota podwodnego – mówi dr inż. Benedykt Hac, hydrograf, członek ekspedycji. Co jednak, jeśli teza postawiona przez ekipę „Santi” jest błędna? – Wykluczymy przynajmniej kolejny obszar, w którym mógłby się znajdować wrak – wyjaśnia G. Świątek. – Nie poddamy się, dopóki „Orzeł” nie zostanie odnaleziony – dodaje. – Chodzi o przywrócenie pamięci o bohaterskiej załodze polskiego okrętu. Szczególnie wśród młodych ludzi, którym brakuje dziś autorytetów.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół