Nowy numer 39/2020 Archiwum

Misjonarz sam nic nie zrobi

Ćwierć wieku posługi kapłańskiej jest dobrą okazją do refleksji nad jej owocami. O blaskach i cieniach misyjnych dróg z o. Ignacym Tadeuszem Koszałką SVD rozmawia Agnieszka Skowrońska.


Agnieszka Skowrońska: Jak wyglądała Ojca droga do kapłaństwa? Dlaczego wybrał Ojciec życie misjonarza werbisty?


O. Ignacy Koszałka: – Od dzieciństwa coś mnie pociągało w stronę życia kapłańskiego. Pamiętam, gdy miałem 6 lat, przyjechał do nas daleki kuzyn, który był właśnie misjonarzem werbistą, i pokazywał przeźrocza z Afryki. To obudziło we mnie chęć pojechania na misje. Zanim jednak udało się to zrealizować, 14 lutego 1969 roku zostałem przyjęty do grona ministrantów w parafii pw. św. Mikołaja w Gdyni i służyłem odtąd przy ołtarzu, cały czas żyjąc pragnieniem bycia kapłanem misjonarzem. Po ukończeniu gdyńskiego Technikum Mechanicznego, 1 września 1980, wyjechałem do nowicjatu werbistów. Czas formacji był jednocześnie okazją do spotkań ze starszymi współbraćmi – misjonarzami w Papui-Nowej Gwinei, Polinezji, Azji, Australii, Ameryce Południowej, Afryce czy na Filipinach.

Jeszcze przed profesją wieczystą i święceniami diakonatu wiedzieliśmy, dokąd zostaniemy wysłani po święceniach kapłańskich, bo to każdy z nas przedstawia sugestie, gdzie pragnąłby pracować. Ja zaproponowałem kolejno: Ekwador, Kolumbię, Boliwię. Udało się pokonać ogromne problemy z uzyskaniem paszportu oraz wizy, i już jako kapłan wyświęcony 17 maja 1987, po intensywnym 3-miesięcznym kursie języka kastylijskiego w Madrycie, 10 stycznia 1988 roku znalazłem się w Ekwadorze.


Jakie doświadczenie najbardziej zapadło Ojcu w serce z początku pracy na wymarzonej misji?


– Niedługo po przyjeździe do Ekwadoru zostałem poproszony o pomoc duszpasterską w czasie Wielkiego Tygodnia w bardzo biednej, położonej w górach parafii w San Simón, diecezja Guaranda w środkowej części Ekwadoru, która przez wiele lat nie miała stałego kapłana. Pamiętam, jakby to było wczoraj: w Wielki Czwartek i Wielki Piątek słuchałem spowiedzi od 9 rano do 22. Pojawił się tam pewien mężczyzna, który nie spowiadał się przez 50 lat. Byli i inni, którzy również przez wiele lat nie korzystali z sakramentu pokuty. Ogromnie radowałem się, że mogłem pomóc im pojednać się z Bogiem. Dla przeżycia choćby tylko tego momentu warto było zostać misjonarzem!


Czy ludzie w Ekwadorze doceniają pracę misjonarzy? 


– To ciekawe, ale wolą misjonarzy obcokrajowców niż własnych kapłanów. Bo często jest tak, że tych ostatnich trudno znaleźć w parafii. Misjonarz natomiast z nimi po prostu przebywa i to im daje poczucie bezpieczeństwa. Od kapłana oczekują wsparcia i towarzyszenia im w codzienności. Potrafią być też bardzo wdzięczni za tę obecność. Nie zdarzyło się jeszcze, bym był głodny, bo ludzie chętnie dzielą się z misjonarzem tym, co mają, choć mają niewiele: ziemniaki, jajka, kukurydzę. Jeśli nabiorą zaufania do niego, oddadzą mu wszystko, pragnąc tylko jednego: aby z nimi był.


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Dyskusja zakończona.

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama