Nowy numer 3/2021 Archiwum

W ręku Boga

Z byłym komandosem morskiej jednostki specjalnej o miejscu Boga w trudnej służbie rozmawia ks. Rafał Starkowicz.

KS. RAFAŁ STARKOWICZ: Czy Pana przygoda z wojskiem była wynikiem chłopięcych marzeń? Kiedy to się zaczęło?

ANDRZEJ KOWALSKI: Jako chłopiec czytałem książki marynistyczne. Na serio wszystko rozpoczęło się jednak w latach 80. Na początku była szkoła Marynarki Wojennej.

Jak Pan zatem trafił do oddziałów specjalnych?

Przez selekcję w szkole. To tam przeprowadzano nabór. Pojawili się, jak to się dzisiaj mówi, „headhunterzy” i zaproponowali mi służbę. Na to, że akurat mnie zakwalifikowano, złożyło się wiele czynników. Trzeba było być wysportowanym, zdrowym i mieć najlepsze wyniki w nauce. Oczywiście po drodze był jeszcze wywiad środowiskowy i kontrwywiad. Do rekrutacji przystąpiło ok. 30. osób. Z mojej szkoły dostałem się tylko ja.

A jak wyglądała konfrontacja marzeń z rzeczywistością? Braliście przecież udział w działaniach bojowych…

Na ten temat nie mogę nic powiedzieć. Nasze działania cały czas objęte są tajemnicą. Podobnie cykl szkolenia. Do tego stopnia, że nikt z osób postronnych nie wiedział, do czego jednostka była szkolona. Nawet koledzy, którzy byli na okrętach obok. Ścisła tajemnica. Zresztą do tej pory w świecie funkcjonuje wiele mylnych pojęć na temat tego, do czego byliśmy szkoleni i co mogliśmy zrobić.

Koledzy patrzyli na was jak na zwykłych marynarzy?

Wiedzieli, że jesteśmy nurkami. Ale co robimy i jak, tego nikt nie wiedział.

Po co państwu jest taka jednostka?

Przede wszystkim, aby zbierać informacje. A inne potwierdzać. Czasem potrzeba też eliminacji zagrożeń.

Jest Pan człowiekiem wierzącym. Brał Pan udział w operacjach, które są trudne nie tylko od strony technicznej, ale także moralnej. Jak Pan sobie z tym radził?

Trzeba było po prostu wybrać. Albo się to robi, albo nie. Jeżeli podejmuje się taką służbę, to dla wyższych celów. W czasie, gdy byłem w służbie, moją jednostką dowodzili ludzie, którym mogłem bezgranicznie ufać. A przez to, że mieliśmy bardzo dużą samodzielność, mogliśmy osiągać nasze cele w różny sposób.

Czy taka służba nie wywołuje konfliktów moralnych?

Wiem, że to, co robiłem, było dobre. Choć naturalne, że włączają się różne wspomnienia.

O czym Pan myślał, gdy szedł do walki?

O tym, żeby przeżyć i wykonać zadanie. Przede wszystkim o kolegach. Idąc do walki muszę wiedzieć, że mam bezpieczne plecy. Ten, który idzie za mną, gwarantuje, że nie muszę się oglądać za siebie. On też wie, że jeżeli ja jestem z przodu, to stamtąd nikt nie będzie do niego strzelał. Naprawdę w tych zespołach, w których pracowaliśmy, łączy nas coś więcej niż koleżeństwo. Jestem w stanie teraz, kiedy któryś z nich do mnie zadzwoni, rzucić wszystko i jechać. To jest moja druga rodzina.

Braterstwo

? Nawet coś więcej. Do takich relacji dochodziliśmy podczas naszej służby. Dzisiaj też wiem, że zawsze mogę na nich liczyć. Jest w tym także zasługa naszego szefostwa. Nikt z nas nie myślał o wojsku w kategoriach pracy. Cały czas mieliśmy świadomość, że to jest służba. U nas nawet do dowódcy mówiliśmy „szefie”. A on zwracał się do nas po imieniu. Nasze stopnie miały znaczenie tylko na liście płac. Wiedzieliśmy, co mamy do zrobienia i każdy musiał zrobić to, co do niego należało. To podstawa zespołowego działania. Od tego zależy też ludzkie życie.

Jest Pan żonaty, ma Pan dzieci. Był Pan w sytuacjach trudnych, kiedy coś mogło się nie udać. Myślał Pan wtedy o nich?

Zawsze. Nie da się o nich nie myśleć. Choć czasem zdarzało się, że wychodziłem z domu 15 maja, a wracałem 15 września. Wpadałem do domu tylko po to, żeby przepakować walizki. Teraz każdy ma telefon, a wtedy nie było możliwości kontaktu. Tak samo było w przypadku wyjazdów na misje. Ale nigdy nie myślałem, że coś może się nie udać. Wszystko musi być przemyślane od a do zet. A nawet zet z kropką. W każdej sytuacji musi być alternatywa. U nas każdy żołnierz charakteryzował się tym, że posiadał bardzo dużą autonomiczność. To on podejmował decyzje, co ma zrobić. Nieważne, czy to był podoficer, oficer czy chorąży.

Jak Pan patrzy na śmierć jako chrześcijanin i żołnierz?

Tak jak Wołodyjowski – Memento mori (śmiech). Trzeba o niej pamiętać, ale lękać się nie wolno. Ze śmiercią mijałem się kilka razy. Wiem, że parę razy było naprawdę blisko. Śmierci się nie oszuka. To Bóg zapisał koniec.

Wszystko jest w ręku Boga? Misje też?

To On pisze scenariusze. My je tylko wykonujemy. Trzeba z Nim współdziałać.

Czy można lubić tę służbę?

Pewnie, że można. Służyłem 22 lata.

Mówi się, że wśród Polaków dominuje dzisiaj egoizm. O czym trzeba pamiętać, pracując dla ojczyzny?

Że ojczyzna nie może być traktowana jak Sienkiewiczowska „wielka połać czerwonego sukna”, którą każdy ciągnie, aby urwać jak najwięcej dla siebie. • Imię i nazwisko rozmówcy zostało zmienione.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Dyskusja zakończona.

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama