Nowy numer 39/2020 Archiwum

Sąd uniewinnił Kociołka

– Wieczorem 16 grudnia 1970 roku oglądałam w telewizji przemówienie wicepremiera Stanisława Kociołka. Nawoływał wszystkich, aby następnego dnia poszli do pracy. Posłuchałam. I o mało nie straciłam życia – wspomina Halina Młyńczak.

Pracowała w gdyńskim Radmorze, zakładzie wytwarzającym urządzenia elektroniczne, głównie na potrzeby wojska. W pewnym momencie na hali produkcyjnej rozległ się głos dobiegający z radiostacji: „jest decyzja, strzelać!”. – Pomyślałam, że zaczęła się wojna – opowiada pani Halina. – Poczułam ukłucie w sercu. W domu została moja córka. Razem z kolegą wybiegłam z pracy. Po drodze mijaliśmy kałuże krwi. Jeden człowiek na naszych oczach został zabrany przez karetkę. Nie wiem, czy przeżył. W pewnym momencie zobaczyłam nadlatujący w naszą stronę helikopter. Kolega pchnął mnie za barak, obok którego przechodziliśmy, i krzyknął: „kryj się!”. Nagle kupa piachu leżąca nieopodal ożyła. Wyglądało to tak, jakby na taflę jeziora spadł grad, tworząc leje. To była ostra amunicja.

Wątpliwości zostały

Po 19 latach od wniesienia aktu oskarżenia 30 czerwca zapadł wyrok w sprawie Grudnia’70. Sąd Apelacyjny w Warszawie w drugiej instancji ponownie uniewinnił Stanisława Kociołka od zarzutu „sprawstwa kierowniczego” masakry robotników. Wyrok dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu usłyszeli natomiast dwaj zawodowi żołnierze. Jego uzasadnienie budzi jednak wątpliwości. Wojskowi zostali skazani nie za zabójstwo, ale za... pobicie z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Z wyrokiem uniewinniającym Kociołka nie zgadza się prokurator Bogdan Szegda, oskarżyciel w procesie Grudnia ’70. Jego zdaniem istnieje związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy apelem ówczesnego wicepremiera a użyciem broni palnej. Sam Kociołek broni się, że nie wiedział o rozkazie strzelania do robotników. Czy w rzeczywistości było tak, jak mówi? I czy to wystarczające usprawiedliwienie?

Ponosi odpowiedzialność

– Nie zachowały się dokumenty, które pozwoliłyby odpowiedzieć wprost, czy Kociołek wiedział o decyzji blokady stoczni i użycia broni palnej – mówi Piotr Brzeziński, historyk z gdańskiego IPN, współautor książki „Zbrodnia bez kary. Grudzień 1970 w Gdyni”. – Trzeba jednak pamiętać, że Stanisław Kociołek był wówczas wicepremierem i członkiem Biura Politycznego. Nie zapanował nad sytuacją. Świadomie lub nie, wprowadził ludzi w śmiertelną pułapkę i za to ponosi odpowiedzialność polityczną jako najwyższej rangi dygnitarz państwowy, działający na Wybrzeżu – zaznacza. – Co ciekawe, już 16 grudnia w nocy Kociołek musiał zdawać sobie sprawę, że jeśli pracownicy stoczni posłuchają jego apelu, to może dojść do tragedii. Dlatego wysłał do hoteli robotniczych posłańców, aby nakłonić stoczniowców, by nie przychodzili do pracy. Niestety, nie posłuchali. Kociołek mógł też wstrzymać ruch kolejek, którymi do stoczni dojeżdżała większość robotników. A jednak tego nie zrobił – dodaje historyk. Na niekorzyść Kociołka przemawia również fakt, że 17 grudnia ok. 12.00 wydał polecenie, aby żołnierze nie używali broni palnej wobec manifestantów. Dlaczego nie zdecydował się na ten krok wcześniej, gdy mógł jeszcze zapobiec rozlewowi krwi? Należy też podkreślić, że w czasie Grudnia ’70 wicepremier dwukrotnie występował w mediach i za każdym razem po jego apelach padali zabici i ranni. – Pierwsze wystąpienie miało miejsce 15 grudnia, tuż po walkach ulicznych w Gdańsku. Kociołek wezwał do powrotu do pracy. Nie wspomniał jednak, że stocznia jest otoczona przez wojsko. Ludzie posłuchali wicepremiera i poszli do zakładu. Jednak żołnierze mieli zakaz wypuszczania kogokolwiek. Część młodych stoczniowców postanowiła przedrzeć się przez kordon wojska. Dwóch z nich zginęło. Podobny scenariusz, tylko dużo bardziej krwawy, powtórzył się w Gdyni. Kociołek nie wyciągnął żadnych wniosków po pierwszym przemówieniu. A może zrobił to celowo? – zastanawia się Brzeziński.

To jeszcze nie koniec?

Czy możliwe jest, by Kociołek z premedytacją popchnął robotników pod lufy karabinów? Według jednej z teorii masakra stoczniowców mogła być elementem gry, prowadzonej przez wysokich funkcjonariuszy partyjnych, mającej na celu odsunięcie Gomułki od władzy. – Wśród PRL-owskich dygnitarzy byli tacy, którzy rzeczywiście mogli zyskać i zyskali po odejściu Gomułki. Wojciech Jaruzelski, Edward Gierek czy Stanisław Kania. Jednak sam Kociołek był bliskim współpracownikiem towarzysza Wiesława. Jego pupilem. Mówiło się nawet, że może wkrótce go zastąpi. Nie widzę powodów, dla których zdecydowałby się zaryzykować i „grać” przeciwko swojemu mocodawcy – zauważa P. Brzeziński. – Nie wykluczam istnienia spisku w szeregach dygnitarzy partyjnych. Wątpię jednak, by chciano obalić Gomułkę za pomocą aż tak brutalnych metod – twierdzi Michał Przeperski, historyk i prawnik z Instytutu Historii PAN. – Kiedy w Gdańsku padli pierwsi zabici, Moskwa dała zielone światło na usunięcie towarzysza Wiesława. Decyzja o strzelaniu do robotników 17 grudnia nie wynikała więc z planowego działania, a raczej z chaosu decyzyjnego na najwyższych szczeblach władzy – uzupełnia. Niestety, trwający 19 lat proces nie rozwiał wątpliwości dotyczących masakry robotników dokonanej w czasie Grudnia ’70. – Właściwie niczego nie dowiedzieliśmy się. Kto do nas strzelał? Dlaczego? – mówi Halina Młyńczak, która zeznawała przeciwko S. Kociołkowi. – Rodziny pomordowanych nie otrzymały żadnego zadośćuczynienia, a wszyscy wysokiej rangi dygnitarze partyjni uniknęli choćby symbolicznej odpowiedzialności prawnej – dodaje. – Wyrok jest skandaliczny – uzupełnia Andrzej Kołodziej, były opozycjonista. – Nasze państwo po 1989 r. jest niezdolne do osądzenia zbrodni komunistycznych. Co więcej, nad byłymi PRL-owskimi dygnitarzami roztaczany jest parasol ochrony – stwierdza. Jak się jednak okazuje, to nie koniec sprawy Grudnia ’70 w sądzie. Najprawdopodobniej prokuratura już wkrótce wniesie kasację od wyroku sądu II instancji.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Dyskusja zakończona.

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama