Nowy numer 30/2021 Archiwum

Dokta nad morzem

Życie niezwykłe. W wieku 103 lat zmarła Wanda Błeńska, świecka misjonarka i lekarka. Znana i szanowana w Polsce oraz za granicą, nazywana była „przyjaciółką trędowatych” i „polską Matką Teresą”. Mało kto wie, jak silne związki łączyły ją z Gdańskiem, Gdynią i Sopotem.

Bez rękawiczek

Doktor Błeńska pracowała w Afryce jako lekarz wśród trędowatych w latach 1950–1992. W ugandyjskiej Bulubie nad Jeziorem Wiktorii prowadziła leprozorium przy misji sióstr franciszkanek. Kiedy nie wymagał tego szczególny stan pacjenta, badała chorych na trąd bez rękawiczek. Pokazywała w ten sposób rodzinie i sąsiadom trędowatego, że nie muszą się bać i izolować go od reszty lokalnej społeczności. Wiadomość o jej niekonwencjonalnym podejściu do pacjentów szybko obiegła świat, a dr Wanda zaczęła być nazywana „matką trędowatych”. – Ciocia nie lubiła, kiedy inni określali jej pracę jako „poświęcenie”. Ona kochała swój szpital, chorych i Afrykę – zaznacza A. Guzek. W wolnych chwilach, których nie miała zbyt wiele, dr Wanda czytała książki, wędrowała i pływała kajakiem. Jako pierwsza kobieta weszła na liczący blisko 5 tys. metrów szczyt Vittorio Emanuele w Ruwenzori. Zachwycała się też afrykańską przyrodą i zwierzętami. Chociaż spotkania z tymi ostatnimi bywały niebezpieczne. – Ciocia została zaatakowana przez rannego hipopotama. Płynęła kajakiem i w pewnym momencie coś ją tknęło, by odwrócić głowę. Zobaczyła otwartą, ogromną paszczę. Wtedy wrzasnęła na całe jezioro: „św. Rafale, ratuj, a ja będę wiosłować” – opowiada J. Błeńska. – W tej historii streszcza się postawa życiowa cioci, która miała pełne zaufanie do Pana Boga i Jemu powierzała każdy swój krok. Dlatego, jak sama przyznawała, nigdy się nie bała – uzupełnia. Spotkanie z dyktatorem Prawdopodobnie była jedyną białą kobietą, która została w Ugandzie w czasie krwawych rządów dyktatora Idi Amina. Słyszała krzyki palonych żywcem ludzi i widziała tysiące zwłok leżących przy brzegu Jeziora Wiktorii. Któregoś dnia sam Amin złożył wizytę polskiej lekarce. – Chciał zobaczyć, jak działa „ten słynny ośrodek dla trędowatych”. Zachowały się nawet zdjęcia, gdy kroczą obok siebie. Ciocia nie czuła przed nim respektu – podkreśla A. Guzek. Była powszechnie szanowana i rozpoznawalna. Jej widok jadącej na motorze, nazywanym przez miejscowych „piki-piki”, zawsze wywoływał uśmiech. Kiedy ludzie wysyłali do niej listy, wystarczyło napisać „Polish doctor Uganda”, a korespondencja bez problemu trafiała do adresata. Podopieczni mówili na nią „Dokta” (od słowa doktor) albo „Mama”.

– Podczas rodzinnych spotkań zawsze padało pytanie, dlaczego nigdy nie założyła rodziny. Ciocia uśmiechała się i machała ręką. Przyznawała, że miała wielu adoratorów, ale nigdy tak naprawdę nie zakochała się, a dzieci ma i tak wystarczająco dużo – wspomina R. Błeński. Dzieci doktor Wandy Do końca swojego życia Wanda Błeńska odwiedzała najbliższą rodzinę mieszkającą w Sopocie i Gdańsku. W tym drugim mieście jej krewni, Grażyna Kaniewska razem z synem Michałem, prowadzą katolicką Niepubliczną Szkołę Podstawową i Gimnazjum, której patronką jest właśnie dr Wanda. – Życie i działalność cioci wpisują się w najważniejsze idee naszej szkoły. Była światowej sławy autorytetem medycznym, prekursorem w dziedzinie leczenia trądu. Inspiruje więc młodych ludzi do nauki i działania. Poza tym znaczną część życia spędziła poza granicami kraju i uwielbiała wędrówki. A naszym hasłem jest: „edukacja w drodze”. I najważniejsze – Wanda Błeńska całe swoje życie oparła na głębokiej relacji z Bogiem – tłumaczy pan Michał. Uczniowie kilkakrotnie odwiedzali „doktę Wandę” w dniu jej urodzin. Z każdym zamieniła słowo, lubiła też głaskać dłonie dzieci i całować otrzymywane od nich kwiaty. – Wycieczki trwały kilka dni, ale właśnie te krótkie spotkania u cioci wywierały na naszych uczniach największe wrażenie. Kiedy wracali do domów, opowiadali rodzicom tylko o dr Wandzie – podkreśla pani Grażyna. – Każdy, kto znalazł się w pobliżu cioci, miał wrażenie, że jest dla niej kimś bliskim i ważnym. Nie skupiała się na sobie. Ważny był dla niej drugi człowiek – dodaje. Do końca pozostała bardzo skromna. Nie lubiła zdjęć, wywiadów, rozgłosu. Zaznaczała, że wszystko, co osiągnęła, pochodzi „z góry”. – Na koniec jednej z wizyt odmówiliśmy „Ojcze nasz” w intencji misji. Już mieliśmy wychodzić, ale ciocia nas powstrzymała – wspomina Michał Kaniewski. „Bardzo was przepraszam, ale czy możecie poświęcić mi jeszcze minutę czasu?” – zapytała. „Chciałabym pomodlić się za was po afrykańsku”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Dyskusja zakończona.

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama