Rok 1961, Tuchola. Na niewielkim przyparafialnym cmentarzu zgromadziły się tysiące ludzi. Wśród nich przechadzają się ubecy w cywilu. Ci sami, którzy jeszcze niedawno nagrywali kazania zmarłego i sporządzali z nich sążniste raporty. Żałobnicy pogrążeni w smutku pochylają się nad trumną, niektórzy płaczą, inni salutują albo wznoszą patriotyczne okrzyki. Nie żyje „ksiądz generał”, społecznik, publicysta, promotor kaszubszczyzny, genialny konspirator, a przede wszystkim wyjątkowy kapłan, który nawet w bunkrze udzielał chrztów, spowiadał i rozdawał Komunię św. Tak mogłaby wyglądać ostatnia scena filmu o ks. Józefie Wryczy. – Jednej z najwybitniejszych postaci, jaką wydała pomorska ziemia, a jednocześnie postaci nieco zapomnianej i niefunkcjonującej w powszechnej świadomości mieszkańców Wybrzeża – mówi Wiesław Kwapisz, reżyser.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








