Nowy numer 3/2021 Archiwum

Lot od grobu Kazika

Rocznica katastrofy w MTK. – Kiedy usłyszałem pierwsze dźwięki spadających blach, pomyślałem, że ktoś zahaczył o jakiś regał z pucharami. Popatrzyłem w prawo. Bez namysłu krzyknąłem: „Ludzie! Tu się wszystko wali” – wspomina Andrzej Struck, prezes puckiego oddziału Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych.

Impreza dla nich właściwie się już kończyła. Przyjechali tu porannym pociągiem z Wybrzeża. Po całodziennym zwiedzaniu stoisk i emocjach związanych z odbywającymi się konkursami byli już nieco zmęczeni. Nie chcieli jednak w oczekiwaniu na powrotny pociąg siedzieć na zimnym dworcu. Postanowili więc pozostać jeszcze chwilę w ogrzanej hali. – Właśnie wstałem, żeby zrobić zdjęcia kolegom siedzącym na ławkach. Nagle rozległ się ogromny trzask. Myślałem, że ktoś wpadł w szklane stoisko. A to spadały świetliki. Wszystko trwało zaledwie kilkanaście sekund – mówi Tomasz Piątek, sekretarz puckiego oddziału PZHGP. – Nagle zgasły światła. Pobiegłem pod scenę. Tam straciłem przytomność – opowiada. Kiedy się ocknął, próbował na kolanach wygramolić się spod blach i kątowników. W ciemności dostrzegł kilku ludzi zakleszczonych w zawalonej konstrukcji. – Sami nie potrafili wyjść. Kilku udało mi się wyciągnąć. Ale byli i tacy, którym bez specjalistycznego sprzętu pomóc się nie dało – wspomina, nie kryjąc emocji. Kiedy już wyszedł przed halę, zobaczył siedzącego na hałdzie śniegu swojego wujka Mariana. – Cały był pokiereszowany – mówi Tomasz. Dopiero wówczas poczuł, że jest przemoczony do suchej nitki. W 17-stopniowym mrozie jego ubranie po chwili zamarzło.

Przez zamknięte drzwi

– Chwilę wcześniej siedziałem tam z kolegami na ławce – mówi, patrząc na zdjęcie Andrzej Struck. – Odszedłem od nich na moment. Kiedy wracałem, zatrzymali mnie znajomi. Dzisiaj wiadomo, że część tego dachu została. W momencie katastrofy byliśmy właśnie na tej granicy – opowiada. – Dach spadał na zasadzie przewracającego się domina. Najpierw dwie blachy, później coraz więcej. Zaczęliśmy uciekać. Trafiliśmy, niestety, na zamknięte drzwi. Nie wiem, jak wykopałem tę podwójną szybę. Przez otwór wyrzuciłem małego chłopca, później dziewczynę, która jeszcze przed chwilą sprzedawała losy odbywającej się podczas wystawy loterii – relacjonuje. – Pierwsze służby pojawiły się już po kilku minutach. Nie zapomnę nigdy, jak podjechała straż. Wyskoczył cały zastęp. Ustawili się w szeregu. Dowódca z wyraźnym śląskim akcentem powiedział do nich z powagą i troską: „No, synkowie. Nie wiem, co tam spotkamy. Ale musimy tam wejść”. Przeżegnali się wszyscy, zapalili latarki i pobiegli. Po chwili widać było tylko te smugi ich latarek – mówi drżącym głosem A. Struck.

Głuchy(?) telefon

Dzwonili do siebie. Próbowali się odnaleźć. Do wujka Mariana pojechali jeszcze w nocy. Udało się im także zlokalizować innego kolegę z puckiego oddziału – Brunona. Był w szpitalu w Siemianowicach. – Usilnie staraliśmy się dowiedzieć, co jest z Kazikiem Radtke – mówi A. Struck. – Razem do niego dzwoniliśmy. Jego telefon nie odpowiadał. Wtedy w naszych głowach pojawiły się czarne scenariusze. O 3.00 w nocy telefon się wyłączył. Pewnie wyczerpała się w nim bateria – dodaje T. Piątek. Kazimierza próbowała szukać także jego żona Brygida. – Dzwonili do mnie, że zawaliła się hala w Chorzowie. Pomyślałam: „On przecież jechał do Katowic” – wspomina. – Dopiero, kiedy zaczęłam oglądać telewizję, próbowałam się do niego dodzwonić – mówi. Do Kazimierza dzwonił także brat Brygidy. – Zadzwonił do mnie z drugiego telefonu i wołał: „Odebrał komórkę, ale widocznie jest gdzieś tam przykleszczony”. Słyszeliśmy dźwięki z hali. Hałas cięcia blach, krzyki, wrzaski. Potem jeszcze raz ktoś odebrał telefon. Wypytał się, jak mąż wygląda. Kiedy odpowiedzieliśmy, rozłączył się – mówi Brygida. – Szukaliśmy go wszędzie. Do końca nie miałam żadnej informacji. Dopiero w niedzielę, tuż po 15.00, zadzwonił do mnie Tomek. Powiedział krótko: „Już go nie szukaj. Nie żyje” – opowiada, spuszczając wzrok. Kazimierz i Brygida poznali się w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Mieszkali w Żelistrzewie, na przeciwległych krańcach tej samej ulicy. Brygida pamięta, że jeszcze jako młodzieniec hodował gołębie. Gdy poznali się bliżej, ta pasja na kilka lat przygasła. On pływał jako marynarz w PLO, nie mógł się więc zajmować hodowlą. Ona pracowała w puckiej bibliotece. Po ślubie robił prawie wszystko: prowadził warsztat samochodowy, uprawiał rolę otrzymaną w spadku po rodzicach Brygidy, angażował się w różne przedsięwzięcia społeczne. Ale gołębi mu brakowało. – Podobno po ślubie mama powiedziała tacie: „Albo gołębie, albo ja” – mówi z uśmiechem Rafał Radtke, ich syn. – To prawda, że trochę się buntowałam. Ta pasja zabiera człowiekowi masę czasu. Każda sobota i niedziela to czas lotów. Do tego dochodzi codzienna troska. Karmienie, szczepienia – opowiada Brygida. Z czasem jednak Kazimierz powrócił do hodowli gołębi. – Miałem wtedy ok. 7 lat. Przyniosłem do domu trzy parki ptaków. Zbudowałem na podwórku niewielki gołębnik – wspomina Rafał. – Ojciec powiedział wtedy: „Nie, synku, tak nie będziemy się bawić. Jak chcesz hodować, to założymy prawdziwą hodowlę gołębi pocztowych” – dodaje Brygida. Po paru latach wraz z synem mieli już 600 ptaków. – Hodowla gołębi to nieuleczalna choroba. Niejeden z nas chciał zrezygnować z gołębi. Ale tego się nie da zrobić. To pasja na całe życie – mówi Maciej Włudzik, prezes chylońskiego oddziału PZHGP. W przeddzień rocznicy zawalenia hali przyjaciele Kazimierza spotkali się w jednej z redzkich pizzerii, żeby omówić bieżące sprawy. Chcieli też powspominać. – Kazimierz? On był duszą towarzystwa. Wszędzie go było pełno. To on był najlepszym organizatorem – mówią zgodnie. – On też był inicjatorem zbiórki pieniędzy na sztandar naszego oddziału. Można powiedzieć, że mamy go dzięki niemu. Organizował też spotkania, zabawy dla członków związku – podkreśla A. Struck. – Mąż był bardzo lubiany. Zawsze uczynny, wesoły, gościnny. Wiecznie kręciło się u nas mnóstwo ludzi. Te zebrania, poczęstunki... Wszędzie się angażował – dodaje pani Brygida. – O tym, jaki był, świadczy jego pogrzeb. Nie umiem ocenić, ile tysięcy ludzi w nim uczestniczyło. Dwa? Cztery? Nigdy na takim pogrzebie nie byłem. Kiedy ruszyły samochody, nie mieściły się na kilkukilometrowej drodze z kościoła na cmentarz – opowiada A. Struck.

Mogło być gorzej

Podczas katastrofy zginęło 65 osób. Wiele doznało poważnych obrażeń. Hodowcy twierdzą jednak, że mogło być gorzej. – Wówczas odbywał się turniej skoków narciarskich. Wszyscy, którzy mieli gdzie pójść, aby oglądać Małysza, wyszli. Gdyby stało się to kilka godzin wcześniej, nie mówilibyśmy o sześćdziesięciu kilku ofiarach, ale o setkach. Gdy odbywało się wręczanie nagród, w środku było od 6 do 8 tys. ludzi... – Andrzej Struck zawiesza głos. Uczestnicy tragedii wspominają wielką przychylność, jakiej doświadczyli ze strony mieszkańców Katowic. – Z mokrym Tomkiem poszliśmy do hotelu. Panie wzięły jego ciuchy i za godzinę wszystko było wysuszone. Sala restauracyjna w mgnieniu oka zamieniła się w miejsce, w którym udzielano pomocy. Od razu znalazły się koce i ciepła herbata. Taksówkarze nie chcieli brać od nas pieniędzy – wspomina A. Struck. Ale trauma pozostała. – Wielu z tych, którzy co roku jeździli do hali, teraz na wystawy nie jeździ. Nawet ci, którym nic się nie stało. Nadal hodują gołębie. Ale na wystawy się nie wybierają – podkreśla M. Włudzik. A pamięć o Kaziku zyskuje także inny, specyficzny wymiar. – Organizuję loty zimowe. To nowość w Polsce. Wypuszczałem gołębie przy cmentarzu, na którym leży Kazik. Dedykowałem ten lot jemu. Myślę, że gdyby żył, byłby jednym z pierwszych zwolenników takich lotów – mówi M. Włudzik. – Kazimierz zginął blisko tego, co kochał. Ja otrzymałem dar drugiego życia. Wiem, że mam jeszcze coś do spełnienia na tej ziemi – mówi zamyślony T. Piątek. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Dyskusja zakończona.

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama