Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Chory to nie zestaw objawów

Z onkologiem dr. Januszem Wojtackim o trudnych rozmowach z umierającymi, bólu odchodzenia i wynikach badań, których nie da się objąć rozumem, rozmawia Jan Hlebowicz.

Jan Hlebowicz: Zacznę od gratulacji. Niedawno został Pan laureatem ogólnopolskiej nagrody Anioł Medycyny 2015. Miał Pan sporą konkurencję...

Dr Janusz Wojtacki: I bardzo się z tej konkurencji cieszę. O wyborze kandydatów do nagrody decydowali chorzy, którzy w dodatku musieli to uzasadnić. Pacjenci z całej Polski zgłosili aż 12 tys. lekarzy. Wspaniale, że tak dużo moich koleżanek i kolegów po fachu zostało uznanych za anioły. To chyba świadczy o tym, że nie jest tak źle z naszą służbą zdrowia. Kiedy odbierałem nagrodę, zrozumiałem, że to nie tylko moje święto i dziewięciu pozostałych laureatów. To święto medycyny zapatrzonej w chorego jako człowieka, a nie chorego jako zestaw objawów i wyników badań laboratoryjnych.

Od prawie 30 lat jest Pan związany z ruchem hospicyjnym na Pomorzu. Skąd wzięło się u Pana zainteresowanie ideą medycyny paliatywnej?

Właściwie przez przypadek. Kilkadziesiąt lat temu spotkałem siostrę zakonną, która zakładała dzisiejsze Hospicjum im. ks. Dutkiewicza. Ona zaproponowała mi staż. Byłem wówczas na IV roku studiów i potraktowałem to jako doskonałe wprowadzenie w pracę zawodową. Hospicjum dało mi możliwość nauczenia się podstawowych umiejętności lekarskich, jednak najważniejsza okazała się nauka rozmowy z chorym. Wtedy zrozumiałem, że każdy pacjent ma nie tylko historię swojej choroby, ale przede wszystkim wyjątkową historię życia.

Mówi Pan o rozmowie z chorym. To musi być trudne powiedzieć komuś, że umiera...

Nie ma jednego wzorca rozmowy z terminalnie chorym. Na pewno trzeba być dobrym słuchaczem. Lekarz powinien poznać lęki, obawy pacjenta związane ze śmiercią. Drugi element to czas. Staram się nie spieszyć przy chorym i nie odkładać trudnych rozmów na jutro. Wiem, że tego „jutra” może już nie być.

Lekarz nie powinien dawać złudnych nadziei, nawet jeśli diagnoza brzmi jak wyrok?

Chorzy wcale tego nie oczekują. Chcą mieć jasny plan, wiedzieć, ile czasu im zostało. Bywa jednak tak, że rodzina nie potrafi dopuścić do siebie myśli o zbliżającym się odejściu bliskiej osoby, więc prowadzi z nią swojego rodzaju grę opartą na półprawdach albo wręcz podawaniu informacji nieprawdziwych. To bardzo często budzi rozczarowanie czy frustrację u pacjenta, który woli trudną prawdę niż kłamstwo, nawet wypowiadane w dobrej wierze.

Bywa tak, że pomoc rodzinie po odejściu bliskiego trwa dłużej niż czas opieki nad chorym...

Mało osób zdaje sobie sprawę, że najbliżsi zmarłego, którzy od miesięcy czy lat pomagali mu w walce z nowotworem, mają silne objawy wypalenia emocjonalnego i podwyższone ryzyko wielu schorzeń, takich jak nadciśnienie tętnicze czy udar. Bliscy chorującego mają zazwyczaj silne obawy co do własnego zdrowia, ale paradoksalnie niechętnie uczestniczą w badaniach profilaktycznych. Dlatego cyklicznie organizujemy dla nich otwarty dzień konsultacji medycznych.

W pracy hospicyjnej jest Pan świadkiem ludzkich dramatów. Przychodzą momenty zwątpienia?

Oczywiście, że przychodzą. Wie Pan, dlaczego znajduję siłę, by opiekować się kolejnymi chorymi, mówić o czekającej ich śmierci, rozmawiać o tym z najbliższymi? Bo mam przekonanie, że w obliczu nieuchronności losu robimy dla pacjentów wszystko, co można, 24 godziny na dobę. Dzięki kompleksowej opiece lekarzy, pielęgniarek, psychologa i duchownych udaje nam się niwelować fizyczny i psychiczny ból pacjentów. Hospicjum to nie umieralnia, tylko miejsce, gdzie terminalne chorzy są otaczani maksymalną troską i mogą czuć się bezpiecznie.

Co dla Pana jest w tej pracy najtrudniejsze?

Kiedy odbieram telefon, po drugiej stronie słuchawki słyszę błaganie o przyjęcie do hospicjum i muszę odmówić. Bo w kolejce czeka kilkadziesiąt osób. Bardzo często, kiedy zwalnia się miejsce, okazuje się, że jest już za późno. Niestety, Narodowy Fundusz Zdrowia pokrywa jedynie 50–60 proc. kosztów prowadzenia hospicjów. Wielu placówek zwyczajnie nie stać na przyjmowanie większej liczby terminalnie chorych. Najwyższy czas to zmienić.

Bywa tak, że pacjenci chcą rozmawiać o tym, co czeka ich po śmierci?

Jest to zazwyczaj kłopotliwa dla mnie sytuacja. Jestem osobą wierzącą i praktykującą, więc mam określony punkt widzenia na to, co czeka nas po ziemskim życiu. Natomiast chorzy mają wiele pytań, na które trudno mi odpowiedzieć. Zauważyłem jednak, że większy spokój wewnętrzny mają ci pacjenci, których wiara jest bardziej rozwinięta i pielęgnowana.

A Panu wiara pomaga?

Każdy dzień swojej pracy zaczynam westchnieniem, które stawia mnie blisko Boga. Wiara bardzo mi pomaga. Myślę, że gdyby nie ona, nie byłbym w stanie być tak blisko z chorymi.

W swojej pracy zetknął się Pan z przypadkami, sytuacjami, które wymykały się racjonalnemu wytłumaczeniu?

Kilka razy mówiłem chorym, że ich życie jest u kresu. Informowałem o tym rodziny. Prosiłem, żeby wszyscy się przygotowali na ten trudny moment. Wyniki badań nie pozostawiały nadziei. Cały zespół medyczny był przekonany, że mamy do czynienia z pacjentem w schyłkowej fazie życia. Z niewiadomych przyczyn chory wracał do sił wbrew jakimkolwiek medycznym, racjonalnym, naukowym przesłankom. Budziło to we mnie zawsze ogromne poczucie pokory, świadomość, że jedynie częściowo znamy tajemnice zdrowia i choroby, życia i śmierci.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Dyskusja zakończona.

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama