Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Głowę trzeba nosić wysoko

O roli gospodarki morskiej, odbudowie przemysłu okrętowego i patriotyzmie młodego pokolenia mówi Zbigniew Sulatycki, kapitan żeglugi wielkiej, były wiceminister transportu i gospodarki morskiej.

Ks. Rafał Starkowicz: Urodził się Pan w Skarżysku-Kamiennej. Skąd wzięło się zatem zainteresowanie morzem?

Sulatycki Zbigniew: Mój ojciec całe życie poświęcił wojsku. Kiedy mój starszy brat Tadeusz zdał maturę, rozpoczął studia na Wydziale Nawigacyjnym w Państwowej Szkole Morskiej w Gdyni. W momencie wybuchu wojny był na „Darze Pomorza” w Szwecji. Wszyscy znajdujący się na pokładzie uczniowie zasilili Polską Marynarkę Handlową, która formowała się w Anglii. Brat trafił do kapitana Dybka na statek „Krobań”. Ten statek został w Dakarze internowany przez Francuzów. Port zamknięto sieciami. Brat razem z kapitanem Dybkiem dokonali cudu. Jako jedyni stamtąd uciekli. To była bardzo głośna sprawa. Na podstawie tych wydarzeń powstała książka Arkadego Fiedlera „Dziękuję ci, kapitanie”. Później wraz z motorzystą w Liverpoolu „zorganizowali” karabin maszynowy, który zamontowali na rufie. Dzięki temu udało się im strącić niemiecki samolot. Brat dostał za to Krzyż Walecznych. Chociaż początkowo bardziej interesowało mnie lotnictwo, kiedy dotarłem do wiadomości dotyczących wojennych losów mojego brata, siłą faktu poszedłem po tej linii.

W powojennej Polsce nie było to zapewne łatwe...

Poszedłem do Państwowego Centrum Wyszkolenia Morskiego. Byłem jednak w zupełnie innej sytuacji niż brat. Tu była bardzo ścisła, polityczna selekcja. We wszystkich ankietach w rubryce „pochodzenie” pisałem: „inteligencja pracująca”. Nic z tego nie wynikało. W szkole działał wówczas tzw. oficer polityczny. Nazywaliśmy go „sekretarz rejkomu”, bo chciał naśladować Lenina. Chodził w skórzanym płaszczu, w charakterystycznej leninowskiej czapce. Nie wiem do dzisiaj, jak to się stało, ale dorwał się do mojej metryki chrztu. A ona była wystawiona przez kapelana wojskowego. O północy zebrano całą szkołę i zadawano pytania, jak człowiek z taką przeszłością dostał się do Szkoły Morskiej. Zaraz po usunięciu z placówki wzięli mnie do wojska. Tam wylądowałem w wojskowych karnych batalionach. Dostałem też zakaz przebywania na Wybrzeżu.

Jak przeżył Pan to doświadczenie?

Wówczas, oczywiście, było to bardzo trudne. Ale skończyło się pozytywnie. Uważam, że Pan Bóg dał mi bardzo dużo. Z perspektywy widzę, że to była bardzo fajna sprawa. Przekonałem się, że przypadków nie ma, a wszystkie te zdarzenia były wynikiem działania Kogoś z góry. Zresztą podobnych „przypadków” miałem w życiu bardzo dużo.

Jak zatem został Pan kapitanem?

Kiedy w 1956 roku zostałem zrehabilitowany, przyjechałem do Gdyni. Pierwsze kroki skierowałem na skwer Kościuszki, żeby zobaczyć „Dar Pomorza”. Zainteresował się mną ówczesny komendant statku kpt. Jurkiewicz. Podszedł i zapytał: „Chciałbyś może dostać się tu do szkoły? A w ogóle, to jak ty się nazywasz”. Kiedy podałem nazwisko, od razu zapytał o brata. Okazało się, że był z nim zaprzyjaźniony. Ja wówczas jeszcze nie miałem matury, bo przerwano mi cały cykl nauczania. „Musisz to wszystko odrobić” – powiedział. Oponowałem, że to nie takie proste. „Bardzo proste” – powiedział. „Zrobimy to w ten sposób, że zatrudnię cię na »Darze Pomorza«. Statek pracuje 3–4 miesiące w roku, w pozostałym czasie będziesz mieszkał tu, na statku. Szkołę masz niedaleko”. Tak się stało. Po ukończeniu szkoły wykorzystałem sytuację i zabrałem się za studia.

Mówi się, że pracował Pan na wszystkich stanowiskach – od marynarza do kapitana. Jak to możliwe?

Na „Darze Pomorza” pracę rozpocząłem w 1960 roku. Później pracowałem w PLO. Ciągle coś robiłem i starałem się cały czas uczyć. Krótko byłem kapitanem portu. Zbierałem wszystkie materiały, szczególnie z zagranicy. Żeby nie być jałowym. Pracowałem w Urzędzie Morskim. Robiłem nawet takie drobiazgi, jak ustawianie kompasów magnetycznych. Później pracowałem w Arabii Saudyjskiej, następnie w Belgii. Zatrudniała mnie firma Sommer. Mój szef był bardzo bogatym człowiekiem. Któregoś razu zaprosił mnie na obiad. Myślałem, że idziemy do restauracji. Znaleźliśmy się jednak w jakimś bistro. Patrzę, a tam jego córka myje podłogi. Pytam go: „A co ona tu robi?”. Odpowiedział: „Jak to co? Przygotowuje się do zawodu. Musi poznać pracę każdego człowieka, żeby go później szanować”.

W Belgii zastał Pana stan wojenny. Jak była Pana reakcja?

Kiedy wybuchł san wojenny, powiedziałem do szefa: „Teraz szukaj kogoś na moje miejsce. Ja wracam do Polski”. Popatrzył na mnie z głębokim zdumieniem. „Co ty? Jesteś niemądry? Załatwię ci, że ściągniesz żonę, dzieci i nie będzie kłopotu”. „To mnie nie interesuje. Wracam” – odpowiedziałem.

Po przemianach 1989 roku został Pan wiceministrem gospodarki...

Kiedy trafiłem do rządu Jana Olszewskiego, w mojej gestii znalazły się stocznie remontowe. Oczekiwano, że będę zmieniać ludzi na konkretnych stanowiskach. Miałem jednak to doświadczenie, że zanim podejmie się jakąś decyzję personalną, trzeba samemu przekonać się, jak jest naprawdę. W Gdańskiej Stoczni Remontowej dyrektorem był Sojka. Nie tylko go nie zwolniłem, ale postawiłem na niego. Udało mi się przenieść go na kontrakt menedżerski. Nie zawiodłem się na nim. Później okazało się, że stał się on jednym z potentatów na świecie. Przekonał mnie jego szacunek do ludzi. Kiedy byłem u niego, zobaczyłem, jak przez podwórze, podpierając się na dwóch laskach, idzie człowiek w kufajce. Zapytałem, czy prowadzi jakiś zakład szpitalny. Odpowiedział: „Panie ministrze, ten człowiek całe życie tutaj przepracował. To co, miałbym go zwolnić?”. Jego sukces opierał się właśnie na tym, że bardzo szanował ludzi, a oni poszliby za nim w ogień. Zaskakiwał też swoimi pomysłami. Pierwsze, co zrobił, to wziął do remontu statek, który wystawał 50 m z doku. Z punktu fachowego, jest to nie do zrobienia. A on to zrobił. Później opisywano to w prasie branżowej na całym świecie. Remontował wieże wiertnicze. Niezwykle skomplikowane prace wykonywał za pomocą pływającej barki. Ta pomysłowość to także niezwykły kapitał.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma