Nowy numer 45/2019 Archiwum

W niebie opowiem majorowi o...

Był jednym z najodważniejszych żołnierzy legendarnego „Łupaszki”. Przeżył 92 lata. – Każdy, kto go poznał, zapamięta nieco zawadiacki uśmiech i młodzieńczą iskierkę w oku, niespotykaną u ludzi w jego wieku – wspominają przyjaciele.

Kanapki z węgorzem

Partyzanci „Łupaszki” ukrywali się w pomorskich lasach, pokonując dziennie dziesiątki kilometrów. – Nie przeżylibyśmy nawet tygodnia, gdyby nie pomoc miejscowej ludności – Kaszubów i Kociewiaków – podkreślał pan Józef. Zapamiętał szczególnie kanapki z węgorzem, które on i inni żołnierze dostawali od ludzi na drogę. – Najwspanialsza rzecz pod słońcem! Jak człowiek miał taką kanapkę, to mógł iść, iść, iść... Jednak życie w lesie nie rozpieszczało. Żołnierzom dawały się we znaki nocne patrole, przepocone mundury, problemy z utrzymaniem higieny osobistej. Prawdziwym utrapieniem były wszy, pluskwy i pchły likwidowane za pomocą specjalnego octu. – Mimo tego wszystkiego nigdy nie pojawiła się w mojej głowie myśl: „Mam dość”. Przecież walczyłem o Polskę – mówił pan Józef. Żołnierze wędrowali nocami, pokonując codziennie kilkadziesiąt kilometrów. Nad ranem zatrzymywali się we wsi. – Gospodarz przynosił nam snopki słomy. Przed zaśnięciem modliliśmy się, śpiewając „O Panie, któryś jest na niebie” – opowiadał „Jastrząb”. Po 2–3 godzinach snu zasiadali do śniadania. Zawsze proponowali zapłatę za żywność. – Niektórzy brali. Większość nie. Później były obowiązkowa musztra i wymarsz. A potem kolejne kilometry – wspominał pan Józef, a jego opowieść potwierdza prof. Niwiński. – Rzeczywiście, podkomendni „Łupaszki” chodzili w polskich mundurach i zachowywali się jak na żołnierzy przystało. Za żywność, nocleg i wypożyczone rzeczy płacili pieniędzmi. Ludność postrzegała ich jak prawdziwe wojsko i dlatego im pomagała – zaznacza.

Bezpieka depcze po piętach

Przez rok działalności oddziału „Łupaszki” na Pomorzu życie straciło 39 osób. Wśród nich było 6 żołnierzy Armii Czerwonej, 2 politruków z NKWD. Pozostali to funkcjonariusze UB, 2 milicjantów i 2 donosicieli. – Proszę podać mi przykład oddziału, który był tak humanitarny. Ci ludzie brali udział w krwawej wojnie od lat, dlatego szanowali życie. Woleli przestrzec, ostrzec, ukarać niż zabić – mówi prof. Niwiński. W wielu akcjach pierwsze skrzypce grał „Jastrząb”. – Któregoś dnia w Starym Targu we dwóch – ja i Henryk Wieliczko „Lufa” – rozbroiliśmy 9-osobowy posterunek NKWD i zastrzeliliśmy jego komendanta. Bardziej jednak wtedy chodziło o przetrwanie niż o walkę. Bezpieka i Sowieci deptali nam po piętach – opowiadał pan Józef. Koło Kwidzyna mieli się spotkać ze Zdzisławem Badochą „Żelaznym”, przyjacielem pana Józefa. – Szliśmy na umówione miejsce, aż tu podchodzi łącznik i mówi, że „Żelaznego” zabili ubowcy. Ta niespodziewana wiadomość tąpnęła mną. Coś we mnie się przestawiło. Miałem odczucie, że straciła sens dalsza walka partyzancka – przyznawał. Było to w końcu czerwca 1946 r. – Major, podobnie jak ja, bardzo to przeżył. Po tym wydarzeniu rozmawiałem z nim, żeby spróbować przedrzeć się na Zachód, bo inaczej wystrzelają nas jak kaczki. „Łupaszka” pomyślał, przeszedł ze dwadzieścia kroków i mówi: „Wiesz, Józiu, jestem dowódcą pasa północnego, a jeszcze może być trzecia wojna światowa”. Powiedziałem mu wówczas, że ja już nie mam siły i chcę odejść – wspominał. Z lasu wyszedł, mając na sobie koszulkę z krótkim rękawem i bryczesy. Pieniędzy starczyło mu ledwie na drogę do Warszawy.

Cieszę się,

że dożyłem takich czasów

Chciał normalnie żyć. Zamierzał zacząć studia, znaleźć pracę, założyć rodzinę. W 1947 r. ujawnił się w czasie ogłoszonej przez rząd amnestii. Realizację planów uniemożliwiły kolejne represje i aresztowania. Na wolność wyszedł dopiero w 1976 r. Przez lata z nikim nie rozmawiał o przeszłości. – W pewnym momencie straciłem nadzieję. Byłem przekonany, że łatki „bandytów” nigdy nie uda się od nas odczepić – mówił. Na szczęście się pomylił. W ostatnim okresie swojego życia stał się bohaterem dla kolejnych pokoleń młodych Polaków. Wielu miało łzy w oczach, gdy w nagrodę za ukończenie Rajdu Szlakiem 5. Wileńskiej Brygady AK dostawało od niego ryngraf z wizerunkiem MB Ostrobramskiej. Taki sam nosili pan Józef i jego przyjaciele z oddziału. – Gdy patrzę w oczy tym młodym ludziom, kierującym się w życiu wartościami tak bliskimi mojemu sercu, wiem, że nasza walka miała sens – mówił kilka miesięcy przed śmiercią. – Cieszę się, że dożyłem takich czasów. Już niedługo, mam nadzieję w niebie, opowiem mjr. „Łupaszce”, „Ince” i „Żelaznemu” o wolnej Polsce moich i ich marzeń – dodał. Pan Józef zmarł 16 października w hospicjum w Wołominie. – To postać symboliczna dla całego pokolenia akowskiego. Walczył z dwoma zbrodniczymi, totalitarnymi systemami i zapłacił za to bardzo wysoką cenę – podkreśla dr Karol Nawrocki, historyk z gdańskiego IPN. – To także przedstawiciel odchodzącego pokolenia, wyrosłego w okresie międzywojennym, wychowanego w patriotycznych i religijnych domach oraz szkołach okresu niepodległości.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama