Gość Bielsko-Żywiecki 49/2020 Archiwum

Kochali ją za ten uśmiech...

Zadzwonił kilka dni po jej śmierci. Odebrała mama. „Nazywam się Piotrek. Zawdzięczam pani córce życie. Dzięki niej przestałem kraść, założyłem rodzinę, pracuję. To tyle. Aż tyle”.

Wtedy już trudno było jej złapać oddech. Chemia, którą przyjmowała, nie działała, za to pustoszyła jej organizm. Wypadały jej włosy, często wymiotowała. „Przyspieszony oddech, dzwonek, tlen, ukłucie – morfina. Ulga dla ciała, ból dla serca (...). Panie Jezu, te gwoździe, które powoli zdusiły Twój oddech, nawet nie zadrasnęły moich dłoni, a były tak blisko” – napisała kilka dni przed śmiercią. Tamtego dnia obok jej łóżka zgromadziła się najbliższa rodzina. Kasia przyjęła maleńki fragmencik Eucharystii. – Miała sine palce, a na twarzy maskę tlenową. Trzymałam ją za rękę, wyczuwałam tętno. W pewnym momencie spojrzałam na twarz córki. Widziałam, jak spod maski popłynęła jedna łza. W tym momencie jej serce przestało bić – mówi wzruszona pani Domicela, mama. – Byliśmy spokojni. Córka nas do swojej śmierci przygotowała – dodaje pan Mieczysław, tata. Rodzice wskazują na duże zdjęcie stojące w centralnym miejscu sopockiego mieszkania. Widać na nim piękną kobietę w habicie, w gigantycznych, nieco zabawnych okularach na nosie, która uśmiecha się od ucha do ucha. – To jej ostatnia fotografia – tłumaczą. – Zrobił ją jej kolega z liceum. Niewierzący. Dużo rozmawiali. Prawda, że piękny uśmiech? Ludzie kochali ją za ten uśmiech...

Umysł ścisły

Katarzyna Wardynszkiewicz przyszła na świat 25 października 1956 r. w Sopocie. Była dzieckiem ciekawym świata. Nie sprawiała kłopotów. W szkole podstawowej wyróżniała się... jako najlepszy umysł ścisły w klasie. – Uwielbiała matematykę. Rozwiązywała zadania, które były w programie wyższych klas. Ona nie musiała się tego uczyć. Po prostu to rozumiała – wyjaśnia tata. Od najmłodszych lat uczyła się angielskiego, którym w przyszłości będzie władać niemal tak dobrze, jak językiem ojczystym. Z bardzo dobrymi wynikami dostała się do prestiżowej gdyńskiej „trójki”. Wybrała, jakżeby inaczej, klasę matematyczno-fizyczną z wykładowym angielskim. – Żyła pełną piersią. Miała mnóstwo znajomych. Razem organizowali wycieczki rowerowe i większe wyprawy w góry. Świetnie jeździła na nartach i pływała. Na górskich szlakach potrafiła pomóc słabszym koleżankom w noszeniu wielkich plecaków – wspomina mama. – Czy w tamtym czasie była szczególnie wierząca? Nie powiedziałabym. Oczywiście, chodziła co niedzielę do kościoła, ale raczej nic ponadto – dodaje. Wówczas nikt nie przypuszczał, że Katarzyna zostanie zakonnicą, a tym bardziej... poetką.

Rzucam studia, będę pielęgniarką

Niezmiennie jej pasją pozostawała matematyka. Pewnie dlatego wybrała nowatorskie, jak na tamte czasy, studia – cybernetykę i informatykę. – Na kierunku nie miała zbyt wielu koleżanek, bo studiowali tam przeważnie chłopcy – uśmiecha się pan Mieczysław. Początkowo była bardzo zadowolona – realizowała swoją pasję. Coś się zmieniło na III roku. – Pamiętam, że córka zaczęła narzekać na wszechobecną w programie nauczania ideologię marksistowską. Poza tym od zawsze miała wielką potrzebę pomagania i działania – opowiada pani Domicela. Studentka Katarzyna pewnego dnia postanowiła „poważnie porozmawiać” z rodzicami. „Rzucam cybernetykę, zostanę pielęgniarką” – oznajmiła bez dłuższego wstępu. – Trochę nas zamurowało. Jak to?! Tyle lat nauki, wyrzeczeń chce przekreślić? Zapytaliśmy: „Dlaczego?”. „Tyle ludzi potrzebuje pomocy. Jestem im potrzebna” – usłyszeliśmy w odpowiedzi. To był chyba największy w życiu bunt naszej córki – wspomina mama. Pani Domicela postanowiła wyperswadować Katarzynie szalony pomysł. Poszła do pobliskiego kościoła i porozmawiała o problemie z księdzem. On odpowiedział, że jeśli Kasia zamierza pomagać potrzebującym, to on na pewno coś dla niej znajdzie. – W taki sposób Katarzyna zaczęła się opiekować samotną i schorowaną staruszką, która mieszkała nieopodal nas. Była szczęśliwa. My też, bo postanowiła kontynuować studia. Skończyła je z bardzo dobrymi wynikami – mówi z dumą pan Mieczysław. Magister cybernetyki i informatyki rozpoczęła pracę w Zakładach Okrętowych Urządzeń Elektrycznych „Elmor”. Był 15 sierpnia 1980 r. Właśnie rozpoczął się wielki strajk „Solidarności”. – Pięknie córka trafiła. Pierwszy dzień w nowej pracy, a tu się okazuje, że zakład stoi. Oczywiście, Katarzyna kazała nam przynieść sobie jakiś koc i też została. Spędziła tam kilkanaście dni, aż do zakończenia strajku – opowiadają rodzice. Szybko odkryła, że „Elmor” to nie jej powołanie. – Kasia nie chciała marnować czasu na pracę, która jej nie odpowiadała. Tak jakby gdzieś w środku czuła, że później może go jej zabraknąć – przypomina sobie mama.

Już się prawie nie boję...

Złożyła więc wymówienie i znalazła zatrudnienie w szkole. Uczyła angielskiego. Równocześnie, jako wolontariuszka, dyżurowała w telefonie zaufania. W tym czasie zaangażowała się również w Odnowę w Duchu Świętym i spotkania Klubu Inteligencji Katolickiej. Aktywnie włączyła się w działalność charytatywną dla rodzin więźniów politycznych stanu wojennego, prowadzoną w gdańskim kościele pw. św. Elżbiety. Powoli uświadamiała sobie, że Bóg oczekuje od niej czegoś więcej. Wtedy też zaczęła pisać pierwsze wiersze. Te poetyckie zapiski, pozbawione mdłej patetyczności, najlepiej ukazują jej wewnętrzną walkę, dojrzewanie do wiary, mozolne odpowiadanie sobie samej, co jest sensem. „Ja już się prawie nie boję (...) swego własnego ja o nieodgadnionej przyszłości. Szukam i pragnę tylko tej obecności, która zniewala wszelki lęk, a spokój czerpie z niepewności” – napisała rok przed podjęciem najważniejszej dla siebie decyzji. Razem z pallotynami jeździła w tamtym czasie na pielgrzymki, m.in. do Rzymu i Częstochowy. Po jednej z nich wróciła przekonana. Chociaż pewnie nie było jej łatwo podjąć tej decyzji. W duszpasterstwie poznała Jerzego. On chciał, by zostali parą. Odpowiedziała, że jej powołaniem jest życie zakonne. Zrozumiał. Później sam został duchownym. Jak rodzice zareagowali na postanowienie córki? – Bardzo się ucieszyliśmy. Ani przez moment nie mieliśmy takich myśli, że nie założy rodziny albo że marnuje sobie życie – mówią. Chociaż wśród znajomych zaczęły się szepty. „Pewnie jakaś zawiedziona miłość. Co to za córka, co rodziców zostawia?”. – Nie przejmowaliśmy się takim gadaniem – komentuje pan Mieczysław.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Dyskusja zakończona.

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama