Wtedy już trudno było jej złapać oddech. Chemia, którą przyjmowała, nie działała, za to pustoszyła jej organizm. Wypadały jej włosy, często wymiotowała. „Przyspieszony oddech, dzwonek, tlen, ukłucie – morfina. Ulga dla ciała, ból dla serca (...). Panie Jezu, te gwoździe, które powoli zdusiły Twój oddech, nawet nie zadrasnęły moich dłoni, a były tak blisko” – napisała kilka dni przed śmiercią. Tamtego dnia obok jej łóżka zgromadziła się najbliższa rodzina. Kasia przyjęła maleńki fragmencik Eucharystii. – Miała sine palce, a na twarzy maskę tlenową. Trzymałam ją za rękę, wyczuwałam tętno. W pewnym momencie spojrzałam na twarz córki. Widziałam, jak spod maski popłynęła jedna łza. W tym momencie jej serce przestało bić – mówi wzruszona pani Domicela, mama. – Byliśmy spokojni. Córka nas do swojej śmierci przygotowała – dodaje pan Mieczysław, tata. Rodzice wskazują na duże zdjęcie stojące w centralnym miejscu sopockiego mieszkania. Widać na nim piękną kobietę w habicie, w gigantycznych, nieco zabawnych okularach na nosie, która uśmiecha się od ucha do ucha. – To jej ostatnia fotografia – tłumaczą. – Zrobił ją jej kolega z liceum. Niewierzący. Dużo rozmawiali. Prawda, że piękny uśmiech? Ludzie kochali ją za ten uśmiech...
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








