Nowy numer 33/2018 Archiwum

Pryncypał z czerwonego gniazda

Duszpasterz, historyk, pisarz, więzień PRL, opozycjonista. W wieku 78 lat odszedł do Pana ks. Stanisław Bogdanowicz.

Brat przeszedł poważną operację usunięcia krwiaka mózgu. Udała się. Szło ku lepszemu, wyniki były bardzo optymistyczne, a jednak Stasiu czuł, że umiera. W pewnym momencie nachylił się do mnie i powiedział: „Wiesz, ja już bym chciał być u Pana” – opowiada Antoni Bogdanowicz. – Mimo ogromnego cierpienia, wujek do ostatnich chwil rozmawiał z personelem szpitala, zadawał pytania, uśmiechał się. Bił od niego ogromny spokój – wspomina Anna Kołakowska, siostrzenica. Ksiądz Bogdanowicz zmarł 20 października o godz. 17.50. W ostatniej drodze towarzyszyli mu ks. Ireneusz Bradtke, proboszcz bazyliki Mariackiej, oraz najbliższa rodzina.

Z Wileńszczyzny na Pomorze

Stanisław Bogdanowicz urodził się dwa miesiące po rozpoczęciu kampanii wrześniowej. Pierwsze lata dzieciństwa spędził na Wileńszczyźnie, jednak po wkroczeniu wojsk sowieckich rodzice postanowili przenieść się na Pomorze. – W 1946 r. z kilkoma walizkami trafiliśmy do Gdańska, by zacząć wszystko od zera. Pierwsze lata wspominam jako niezwykle trudne. Była nas piątka. Bracia Witold, Jan, Stanisław i ja oraz siostra Leontyna. Mama Stanisława zajmowała się domem. Utrzymywaliśmy się z jednej pensji taty Jana, który pracował na kolei – wspomina pan Antoni. Rodzina Bogdanowiczów zamieszkała na gdańskich Stogach. – Nasz dom zapamiętałem jako bardzo religijny i patriotyczny, a także ciepły i otwarty. Ja trzymałem się najbardziej właśnie ze Stasiem, który był ode mnie o 3,5 roku starszy. Razem bawiliśmy się na podwórku i służyliśmy do Mszy św. jako ministranci. Dzięki parafii braliśmy udział w różnych wyprawach – rowerowych i pieszych – opowiada brat. Przyszły duchowny był szkolnym prymusem. – Same bardzo dobre oceny od góry do dołu. Kiedy w klasie maturalnej oznajmił, że zamierza iść do seminarium, dyrektorka wezwała go „na dywanik” i zagroziła: „Jeśli to zrobisz, to o zdaniu matury możesz zapomnieć”. Wujek jednak nie dał się zastraszyć – opowiada A. Kołakowska.

Nie jakiś tam premier...

Święcenia kapłańskie Stanisław otrzymał z rąk bp. Edmunda Nowickiego w 1962 r. i od razu rozpoczął pracę duszpasterską w parafii pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w Pruszczu Gdańskim. Wówczas zarządzał nią ks. Józef Waląg, były akowiec, a także kapelan żołnierzy niezłomnych. Młodzi wikarzy bali się „wojskowego” drylu i często nazywali pobyt na plebanii u ks. Waląga „zesłaniem”. „Rzeczywiście, proboszcz żył bardzo skromnie i tego samego wymagał od swoich podwładnych. Pamiętam, że cały jego dobytek stanowił czarno-biały telewizor i zestaw talerzy, sztućców, misek, które i tak od czasu do czasu rekwirowane były przez komornika za domniemane wykroczenia ks. Waląga przeciw władzy” − wspominał przed kilkoma laty w rozmowie z „Gościem Niedzielnym” ks. Bogdanowicz. Mimo panującego w parafii rygoru, obaj duchowni szybko znaleźli wspólny język. „Wywiązywał się wzorowo z powierzonych mu obowiązków, był uczynny dla innych kapłanów, dbał o kapłańską wspólnotę i kochał książki” – napisał o ks. Stanisławie pruszczański proboszcz. W 1964 r. ks. Stanisław otrzymał skierowanie na dalsze studia w Rzymie. Do wyjazdu jednak nie doszło. Podczas odpustu św. Wojciecha młody kapłan powiedział podczas kazania: „Nie jakiś tam premier, nie jakiś tam prezydent czy pierwszy sekretarz posiada wszelką władzę na niebie i ziemi, ale władzę tę posiada tylko i wyłącznie Chrystus”. Raport SB z kazaniem trafił do Urzędu do Spraw Wyznań, który nie wydał niepokornemu księdzu paszportu. Wyjazd do Włoch został przekreślony. „Wygłoszona przeze mnie homilia wydawała mi się całkiem w porządku. Jednakże tajne służby PRL, które słuchały mojej wypowiedzi, wytoczyły mi proces administracyjny o tzw. szkodliwą działalność wobec państwa, który zakończył się wyrokiem. A ja, zamiast w Rzymie, wylądowałem na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim” − wspominał tamto wydarzenie ks. Bogdanowicz. Zatargów z komunistycznym reżimem miało być w życiu ks. Stanisława znacznie więcej...

Siedzi, zasłużył na to...

W 1966 r., po uroczystościach milenijnych w Lublinie, władze przechwyciły peregrynujący po Polsce wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej. Student Bogdanowicz wraz z kolegami udał się na miejsce zatrzymania obrazu. Został aresztowany za „rozpowszechnianie fałszywych wiadomości”. Trafił do cieszących się złą sławą aresztów śledczych w Zamku Lubelskim i Warszawie-Mokotowie. – Przez tydzień nie mieliśmy ze Stasiem żadnego kontaktu. Mama zaczęła się niepokoić i wysłała mnie do Lublina, żebym sprawdził, czy nic się nie stało. Kiedy zapytałem prokuratora o brata, usłyszałem: „Nie mam obowiązku z panem rozmawiać. Siedzi. Zasłużył na to”. Kiedy wróciłem do domu, od razu dostałem wypowiedzenie z pracy – opowiada pan Antoni. Po upokarzającym śledztwie wyrokiem sądu ks. Bogdanowicz został skazany na 10 miesięcy pozbawienia wolności. Podjął strajk głodowy i potajemnie pełnił posługę kapłańską dla współwięźniów. – Wspominał, że tzw. kryminalni odnosili się do niego z szacunkiem – mówi A. Kołakowska. – Jako mała dziewczynka pamiętam wujka jako bardzo pogodnego, uśmiechniętego kapłana. Uczył nas śmiesznych piosenek i robił nam różne psikusy. Komunistyczne więzienie go nie złamało – dodaje.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma