Nowy numer 42/2018 Archiwum

Automobiliści anarchiści

Na zdjęciach przedwojennej Gdyni ulice wydają się puste. Trudno się dziwić, skoro w 1938 r. aut było niewiele ponad 600. Niech jednak nie zmylą nas te, z dzisiejszej perspektywy, mało spektakularne statystyki. Miasto „z morza i marzeń” było bowiem… przedwojenną motoryzacyjną stolicą Polski.

W Gdyni przypadało wówczas więcej samochodów na jednego mieszkańca niż w Warszawie. To tu, w kilkunastu salonach, sprzedawane były najlepsze marki na świecie. Niemal w każdym punkcie miasta można było skorzystać z jednej z osiemnastu stacji benzynowych. Dotychczas o historii motoryzacji w Gdyni wiadomo było niewiele. Białą plamę postanowiła wypełnić treścią Małgorzata Sokołowska, znawczyni i popularyzatorka dziejów miasta. − Na przestrzeni dekad wokół tematu gdyńskiej motoryzacji narosło wiele legend. Na przykład nieprawdziwe stwierdzenie, że „pierwszy salon samochodowy otworzył w Gdyni Jan Skwiercz” uparcie pojawia się w artykułach znawców motoryzacji, książkach, ba, nawet w pracach magisterskich. Postanowiłam się z tymi mitami zmierzyć – tłumaczy.

Rada Gminna uchwaliła 7 kwietnia 1926 r., by „dopuścić do ruchu w Gdyni 15 samochodów najwyżej i to wyłącznie tylko takim właścicielom, którzy są stałymi mieszkańcami”. – W tamtym czasie w rodzącym się dopiero mieście były dwie polne drogi. Jednak w ciągu zaledwie paru lat przybyło kilkanaście szos brukowanych i asfaltowych oraz wiele ścieżek rowerowych. Dynamicznie rosła także liczba aut. W prasie można było znaleźć liczne oferty sprzedaży „dobrze utrzymanych opon i kiszek samochodowych”. Osobne grupy zawodowe tworzyli autodorożkarze, czyli ówcześni taksówkarze i szoferzy. Jak grzyby po deszczu pojawiały się kolejne stacje benzynowe oraz salony samochodowe i motocyklowe – wylicza M. Sokołowska.

Klienci mieli w czym wybierać − po mieście „z morza i marzeń” jeździły fordy, polskie fiaty, chev- rolety, ople, mercedesy. Uzyskanie prawa jazdy wcale nie było rzeczą prostą. Trzeba było mieć 18 lat i zdać egzamin teoretyczno-praktyczny, obejmujący m.in. wiedzę z budowy i działania pojazdu, umiejętność jego prowadzenia, znajomość przepisów. − Wynik egzaminu mógł być tylko raz negatywny, a egzamin tylko raz powtórzony, nie wcześniej niż po pół roku – podkreśla M. Sokołowska. Mimo restrykcyjnych wymagań oraz niewielkiej liczby aut w mieście do wypadków dochodziło… notorycznie. − Sytuacja na drogach, po których poruszało się w roku 1938 niewiele ponad 600 samochodów, 140 motocykli oraz blisko 9 tys. cyklistów, zdawała się trudna do opanowania. Auta wpadały na rowerzystów, a rowerzyści nierzadko uderzali w… słupy. Wszyscy wzajemnie oskarżali się o brak kultury − opowiada znawczyni dziejów Gdyni.

Przechodniów nazywano „analfabetami ulicy”, rowerzystów „plagą szos”, a kierowców „automobilistami anarchistami”. Z czego wynikała duża liczba wypadków? − Po pierwsze z powodu braku znajomości przepisów, szczególnie wśród przechodniów. Dlatego w 1937 r. dla niezdyscyplinowanych pieszych urządzono w Gdyni „Tydzień ruchu drogowego”, czyli naukę chodzenia po ulicy. Po drugie z powodu brawury i nonszalancji. Zamiast stosować się do przepisowych 20 km na godzinę, jeżdżono na przykład cztery razy szybciej – wyjaśnia M. Sokołowska. We wrześniu 1937 r. w walce z uliczną anarchią Komisariat Rządu w Gdyni uruchomił tzw. lotny Sąd Starościański, który urzędując w samochodzie, miał karać od razu na ulicach wszystkich przekraczających przepisy. Dwugodzinne działanie takiego „samochodowego sądu” dało wyniki nadzwyczajne – na jednej z ruchliwych szos ukarano 71 osób niestosujących się do przepisów drogowych.

Oddzielne środowiska tworzyli taksówkarze oraz zawodowi szoferzy. Ci ostatni zrzeszeni byli w Klubie Szoferów, którego jednym z najważniejszych postulatów było zaliczenie tej grupy zawodowej do rzemieślników, a nie do służby domowej. Szoferzy uskarżali się na złe traktowanie przez swoich pracodawców. I nierzadko mieli ku temu powody. „Samochód na bocznej jakiejś drodze ugrzązł w błocie. Wysiłki szofera, aby auto wyprowadzić z bajora, okazały się daremne. Zdenerwowało to w straszliwy sposób pana S., który wyciągnął rewolwer i pod groźba natychmiastowego zastrzelenia zmusił szofera do wejścia w błoto i wypchania auta” − opisywał historię z 1937 r. „Kurier Bałtycki”. Dwa lata później, w dniu rozpoczęcia II wojny światowej, nikt nie przejmował się już trudnym położeniem szoferów. Większość samochodów została zarekwirowana przez wojsko, a po kapitulacji – przez niemieckiego okupanta. Od 1945 do 1990 r. nie było w Gdyni ani jednego salonu sprzedaży samochodów.

Promocja książki Małgorzaty Sokołowskiej pt. „Opony i kiszki samochodowe” 22 maja o godz. 17.30 w InfoBoxie oraz 6 czerwca o godz. 18.30 w siedzibie Automobilklubu Morskiego. Wstęp wolny.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy