Nowy numer 43/2019 Archiwum

Wolność wyboru nie jest wolnością

O Sierpniu 1980 roku, długofalowych działaniach komunistycznej agentury w szeregach opozycji i dzisiejszych ich skutkach mówi Stanisław Fudakowski, psycholog, członek prezydium zarządu regionu pierwszej Solidarności, sekretarz Stowarzyszenia „Godność”.

Ks. Rafał Starkowicz: Jak zaczął się dla Pana tzw. festiwal Solidarności?

Stanisław Fudakowski: W sierpniu 1980 roku byłem zatrudniony w Pracowni Medycyny Pracy na Przymorzu. Zacząłem tam pracować zaraz po studiach na KUL i pracuję tam do dziś. W 1980 roku już nieco wcześniej czuliśmy, że coś się zbliża. Sierpniowy strajk poprzedziły wydarzenia w Lublinie i Tczewie. Kiedy okazało się, że w stoczni powstał komitet strajkowy z Lechem Wałęsą na czele, wówczas zaczął się ruch. Z całego Trójmiasta ludzie zaczęli walić do stoczni. Też tam pojechałem.

Jakie to było przeżycie?

Wtedy odczuwaliśmy to jako potężny rozbłysk światła. Zmieniło się wszystko. Pojawił się żar w oczach, zmieniła się gestykulacja. Opadła fasada strachu, w którym ludzie żyli od wojny. Można powiedzieć, że przez te wszystkie lata w ludziach narastał ból. Ból podeptanej godności, upokorzenia, niskich zarobków... Ten rozbłysk światła był jak eksplozja supernowej, która wyrzuciła ludzi na brzeg upragnionej wolności. Cała praca komunistów, polegająca na napuszczaniu jednych na drugich, na dzieleniu ludzi na inteligencję, chłopów i robotników – to wszystko w jednym momencie legło w gruzach. Wszyscy zobaczyli, że grają w jednej drużynie. I że grają o to samo. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie wybór Karola Wojtyły na papieża.

Jak wyglądały kolejne miesiące?

Kiedy 1 września rozpoczęły się zapisy do Solidarności, na zebraniu załogi zostałem wybrany wiceprzewodniczącym i delegatem na pierwszy regionalny zjazd w Gdyni. Wówczas też Wałęsa wybrał mnie do prezydium gdańskiej Solidarności. Zostałem szefem działu interwencji na region gdański. Później był ogólnokrajowy zjazd w hali Olivia. Uczestniczyłem w nim. Zostałem jednym z jego współprowadzących. Było nas 12. Tyle że było tam bardzo dużo kapusiów. Ale dowiedzieliśmy się o tym dopiero, gdy nadszedł stan wojenny. Moim zdaniem, prawdziwa Solidarność w krystalicznej postaci trwała ze dwa tygodnie.

Jak to? Przecież do wprowadzenia stanu wojennego dzieliło Was jeszcze 16 miesięcy...

Kiedy zakończył się strajk, zaczęliśmy organizować struktury. Rozpoczęły się wyjazdy Wałęsy do Warszawy. Zaczął się też wyścig szczurów do koryta. Wszystko było umiejętnie podsycane przez SB, a miało służyć temu, żeby ludzie zaczęli ze sobą walczyć. Pojawiły się konflikty, wzniecane przez umyślnych z SB, którzy w związek zostali wpompowani. Tylko że mało kto brał to pod uwagę. Nie mieściło się nam w głowach, że mogą być wokół nas ubecy, którzy podają nam rękę, prowokatorzy i im podobni...

Jak bardzo komunistyczne władze angażowały się w rozbicie Solidarności?

Esbecja doskonale wiedziała, że chce Solidarność podzielić. Od początku wraz z częścią opozycji przygotowywali sobie miękkie lądowanie w nowej rzeczywistości, która nazywa się demokracją. Udało im się to dzięki stanowi wojennemu i Okrągłemu Stołowi. Tyle że nasza świadomość była wówczas płytka. Staliśmy u podnóża góry. Dzisiaj wiemy, jak wyglądała ta cała tkanina od spodu.

Dzisiaj wśród ludzi Solidarności można usłyszeć słowa ogromnej goryczy. Warto było podjąć to wyzwanie Sierpnia?

Oczywiście, że było warto. Najważniejsze było to, że na murach stoczni pojawiły się symbole narodowe i religijne. Gdyby zabrakło tych obrazów, nie zjednoczylibyśmy się. Tylko moment religijny pozwolił nam stanąć powyżej naszego cierpienia i naszego ego. To był czynnik, który świadczył, że rodzi się restytucja II Rzeczypospolitej. Reakcje były różne. Spadkobiercom komunistów i układowej części Solidarności odbija się to do dzisiaj. Nie mogą znieść tego, że Polska odbudowuje polskość. Myślę o obecnej opozycji, która – moim zdaniem – wykonuje zadania zewnętrzne. Jednocześnie nie chce, żeby Polska miała siłę, była niepodległa i suwerenna, żeby żywiła się sokami chrześcijaństwa i miała swoją twarz. Żeby w Unii była podmiotem, a nie tylko żerowiskiem. Dlatego promują wolność wyboru, a nie wybór wolności. A tylko wybór wolności jest prawdziwą wolnością, ponieważ prowadzi do zobowiązań. Wolność wyboru nie jest wolnością. Można powiedzieć, że sprzedano nam wolność koncesjonowaną. Kiedy siedzimy tu, przy tym stole, trwa wojna. Ale nie trzeba już bombardować miast i zabijać ludzi. Celem tej wojny jest zniszczenie pola świadomości. Chodzi o zniszczenie tożsamości, suwerenności, odmóżdżenie i wykarczowanie wyboru wolności.

Co możemy zrobić w tej sytuacji?

Solidarność Polaków musi zacząć pracować na rzecz polskiej wspólnoty demokratycznej, czerpiąc z tradycji, obyczaju, wiary katolickiej, polskiej swoistości. Musimy w tej chwili budować siłę intelektualną, moralną, duchową, ale także organizacyjną, finansową oraz komunikację pomiędzy ludźmi. Do solidarności nie można zmusić. Nie można jej kupić ani zadekretować. A tak próbuje się zrobić w UE. Jeżeli nie będziemy się uczyć życia w dyscyplinie i osobistej odpowiedzialności, będziemy dużymi mężczyznami i kobietami o mentalności dziecka. Z takimi ludźmi nie można wygrać żadnej wojny. A piaskownica się skończyła.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama