Nowy numer 48/2020 Archiwum

Moim chrzestnym jest mój syn

– Na jednym ze spotkań ktoś powiedział, że ludzie w różnym wieku przyjmują chrzest. Niektórzy gdy czują, że śmierć się zbliża. Wszyscy popatrzyli na mnie, a ja się roześmiałam i odpowiedziałam, że mam nadzieję pożyć jeszcze ze 20–30 lat – mówi Halina Dąbrowska-Jagodzińska.

Przyzwyczailiśmy się, że do chrztu świętego rodzice przynoszą na rękach małe dziecko. Życie pisze jednak różne scenariusze. W środę 24 czerwca w archikatedrze oliwskiej do sakramentów inicjacji chrześcijańskiej, a więc chrztu, bierzmowania i Eucharystii przystąpiło 5 osób dorosłych. Wśród nich pani Halina.

Ateistyczne życie

– Urodziłam się w 1949 r. w Warszawie. Miałam jednego brata. Wychowywani byliśmy w duchu ateistycznym. Ojciec nie wierzył w Boga, a mama się do tego dostosowała i nie zajmowała żadnego stanowiska w kwestii wiary. Co ciekawe, oboje rodzice, urodzeni przed wojną, byli ochrzczeni i pochodzili z rodzin katolickich. Jak potoczyły się losy mojego ojca, z czego wynikał jego światopogląd, trudno mi powiedzieć. Wielokrotnie prezentował swoje materialistyczne i naukowe podejście do świata. Mama nie pracowała, a ojciec był wojskowym. To wiązało się z licznymi służbowymi przenosinami z miejsca na miejsce. Mieszkaliśmy w Warszawie, później przeprowadzaliśmy się do Lublina, Krakowa i Wałcza. Tam rozpoczęłam edukację w szkole podstawowej – wspomina H. Dąbrowska-Jagodzińska. Jako uczennica nie uczęszczała w Wałczu na religię.

– Katecheza była na jakiejś środkowej lekcji. Kiedy zobaczył to mój ojciec, a był na wysokim stanowisku, zainterweniował i plan zajęć został zmieniony, a religię przeniesiono na ostatnią lekcję. To sprawiło, że wracałam wcześniej do domu. Podobnie rzecz się miała, gdy później mieszkaliśmy w Grudziądzu. Plan lekcji był tak ułożony, by religia była albo na początku, albo na końcu zajęć. Z całej klasy tylko ja jedyna nie chodziłam w szkole na katechezę. Zdarzało się, że czasami ze strony kolegów czy koleżanek ktoś mi coś przygadał, a ja wtedy miałam na to ostrą odpowiedź. Dla mnie naturalną rzeczą było to, że nie uczęszczam na religię, bo Boga nie ma. Nad tym, czy On jest, czy Go nie ma, zaczęłam się zastanawiać w czasie studiów. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że... nie wiem, czy Bóg istnieje. Kolejne rozważania nad tą kwestią zeszły na dalszy plan. Praca zawodowa i działalność społeczna stały się priorytetem. Byłam działaczem Zrzeszenia Studentów Polskich, a potem Socjalistycznego Związku Studentów Polskich – mówi Halina. Po studiach rozpoczęła pracę na Uniwersytecie Gdańskim. Pewnego dnia pojechała do Krakowa na konferencję naukową dotyczącą ochrony środowiska. Tam poznała Krzysztofa.

– Był z Warszawy. Nasza znajomość zaczęła się dyskusją o... guzikach od jego marynarki. Strasznie mi się spodobały! Później pytał mnie, czym się zajmuję, więc odpowiedziałam, że pracuję na uniwersytecie. Kiedy ja zapytałam, co on robi, powiedział mi: „Szwendam się po politechnice”. Po konferencji przyjechał do mnie do Gdańska. Okazało się, że był bardzo młody, dopiero ukończył pierwszy rok studiów. Miał 19 lat i był ode mnie ponad 5 lat młodszy. Zanim się zgadaliśmy co do jego wieku, trochę czasu minęło, a ja już byłam w nim zakochana po uszy. Niezależnie od tego, co by mi o sobie powiedział, ja bym to zaakceptowała. Był bardzo przystojnym facetem – zaznacza H. Dąbrowska-Jagodzińska. – Pewnego razu oznajmił mi, że jest katolikiem. Odpowiedziałam mu, że ja wierzę w Związek Radziecki, a nie w Boga. O to kłóciliśmy się później 20 lat. Ani ja go nie przekonałam do swoich poglądów, ani on mnie – dodaje pani Halina.

Ślub kościelny

Po kilku latach znajomości Halina i Krzysztof postanowili się pobrać. – Mój mąż nalegał na ślub kościelny. Mnie na tym nie zależało, ale była to bardzo piękna uroczystość. W tym samym dniu, kilka godzin wcześniej, wzięliśmy ślub cywilny – wspomina H. Dąbrowska-Jagodzińska.

– Przed ślubem kościelnym musieliśmy mieć pozwolenie od biskupa. Zaproszono mnie do kurii. Nie pamiętam, z kim rozmawiałam, ale był to bardzo uprzejmy i kulturalny ksiądz. Doszliśmy do konsensusu, że skoro poślubiam katolika, dobrze by było, aby dzieci wychowywane były w wierze katolickiej i żebym ja w tym nie przeszkadzała. Uważałam, że jest to rozsądne i uczciwe postawienie sprawy. Nie chciałam pozbawiać naszych dzieci znajomości wiary katolickiej tak, jak mi to zabrano. Słowa dotrzymałam. Dzieci były ochrzczone. Pamiętam nawet, że gdy mój syn wagarował i nie chodził na religię, a groziło mu za to niedopuszczenie do Pierwszej Komunii św., prosiłam siostrę zakonną, aby go jeszcze raz przepytała, zadała coś dodatkowego. Dopilnowałam, aby dzieci przyjęły wszystkie sakramenty w odpowiednim czasie. W tej kwestii nie mam sobie nic do zarzucenia. Przyznam jednak szczerze, że do kościoła nie chodziliśmy – opowiada pani Halina. Ślub wzięli w kościele św. Andrzeja Boboli w Sopocie.

– Udzielał go nam nieżyjący już ks. Tadeusz Cabała. Później spotykaliśmy się kilkakrotnie, również prywatnie. Oceniałam go bardzo pozytywnie. Był pierwszym księdzem, którego poznałam osobiście – podkreśla H. Dąbrowska-Jagodzińska. – Prowadziłam do spółki z mężem działalność gospodarczą. Pracowaliśmy po 16 godzin na dobę. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, jaki to ma sens. Wiele lat temu na nowo zrodziło się w mojej głowie pytanie: „Czy Bóg jest, czy Boga nie ma?”. Potem jednak moje życie potoczyło się tak, że rozstałam się z mężem.

Biblia na imieniny

W 2017 r. pani Halina na imieniny dostała od syna i synowej niespodziewany prezent – Biblię. – To był pomysł Marysi – podkreśla Tomasz Jagodziński. Skąd taka inicjatywa? – Duch Święty przez nią przemówił – mówi pani Halina. – Wraz z żoną mówiliśmy mamie o Panu Bogu – że kiedy chcemy posłuchać, co ma nam do powiedzenia, to najlepiej wziąć Pismo Święte, otworzyć w dowolnym miejscu i czytać. To się sprawdza – zaznacza Tomasz.

– Gdy zobaczyłam, że dostałam Biblię, postanowiłam posłuchać Tomka i Marysi. Otworzyłam Pismo Święte i zaczęłam czytać na głos: „Dawid właśnie tak sobie myślał: »Oto czego się doczekałem za to, że na pustyni strzegłem wszystkiego, co należy do tego człowieka. Ja dbałem, żeby on nie poniósł żadnej szkody, i za to dobro on mi odpłacił taką niegodziwością«” (1 Sm 25,21). Kiedy to przeczytałam, przeraziłam się. Ten tekst był o mnie, pasował do mojej sytuacji życiowej. To mną wstrząsnęło. Wróciłam do domu z Pismem Świętym. Po kilku dniach zaczęłam szukać ponownie tego fragmentu. Wertowałam kartka po kartce. Teraz już dokładnie pamiętam, gdzie on jest. Później były momenty, że czasami zajrzałam do Biblii. Zaczęłam czytać od początku, jak zwykłą książkę, a więc od stworzenia świata. Później jednak Tomek podpowiedział mi, bym skupiła się najpierw na lekturze Nowego Testamentu. Przeczytałam już Ewangelię według św. Mateusza, św. Marka i św. Łukasza. Została mi jeszcze wersja Janowa. Obecnie jestem trochę zapracowana, ale Biblia leży u mnie na stole, ku zdziwieniu wielu – opowiada pani Halina.

Domowy Kościół

W 2018 r. w parafii św. Stanisława BM i bł. Karoliny Kózkówny w Leźnie, do której należą Tomasz i Maria, tworzył się kolejny krąg rodzin w ramach Domowego Kościoła.

– Od pewnego czasu miałam w sercu pragnienie, by wstąpić do jakiejś wspólnoty – opowiada Marysia. – Po Mszy św. w niedzielę podszedł do nas ksiądz proboszcz i trochę tak akwizycyjnie mówił: „Zapraszam, chodźcie, zobaczcie, porozmawiajmy”. W tamtym momencie byłem bardzo otwarty. Świadomie podjąłem decyzję o formacji w Domowym Kościele, ponieważ potrzebowałem wsparcia merytorycznego w rozmowie z osobami wierzącymi niepraktykującymi. A oprócz tego widzę, że jest to niezwykła pomoc we wzrastaniu w wierze całej naszej rodziny – mówi T. Jagodziński. Któregoś razu Tomek i Marysia zaproponowali mamie, by w niedzielę poszła razem z nimi na Mszę Świętą.

– Zgodziłam się, bo miałam taką chęć. Pamiętam to dobrze, bo będąc pierwszy raz w kościele, popłakałam się. Właściwie nie wiem, dlaczego. Ryczałam jak bóbr, łzy same mi płynęły. Później chodziłam do kościoła w miarę regularnie – opowiada pani Halina. A potem w parafii w Leźnie odbywały się rekolekcje wielkopostne. Prowadził je ks. Nikos Skuras. – Chodził z mikrofonem po kościele i w ramach głoszonej nauki zadał takie pytanie: „Z jakiego powodu tu jesteś? Po co przyszłaś/przyszedłeś dziś do kościoła?”. Nie wytrzymałam. Wstałam i powiedziałam, że jestem ateistką. Na co ksiądz zapytał mnie, co ja tu robię, dlaczego jestem w kościele. Odpowiedziałam, że interesują mnie inne poglądy. Ksiądz skomentował to tak: „Super, mnie w sumie też!”. Pamiętam, że zostałam wtedy posypana popiołem – wspomina pani Halina.

Chrzest święty

W końcu pani Halina dojrzała do decyzji o przyjęciu chrztu. – Wcześniej jednak chciałam się jeszcze upewnić i pojechałam na rozmowę do ks. Roberta Jahnsa, proboszcza z Leźna, któremu zadałam kilka pytań. Później dostałam kontakt do ks. Roberta Zielińskiego, odpowiedzialnego za przygotowanie katechumenów do chrztu. Wiedziałam, że będzie rok przygotowań. Początkowo uroczystość miała odbyć się podczas Wigilii Paschalnej. Przez pandemię plany się zmieniły. Przyjęłam chrzest w środę 24 czerwca w archikatedrze oliwskiej. Udzielił mi go bp Zbigniew Zieliński. To była piękna uroczystość. Dawno nie byłam taka szczęśliwa – mówi H. Dąbrowska-Jagodzińska. Chrzestnymi zostali syn Tomasz i synowa Maria.

– To wyszło spontanicznie, ale było to dla mnie oczywiste. Są mi najbliżsi. Byli i będą dla mnie wsparciem duchowym – dodaje pani Halina. – Ten moment przeżyłem niesamowicie. Mocno się wzruszyłem. To było zwieńczenie własnych pragnień. Czułem się, jakbym własne dziecko chrzcił. To jest trudne do opisania, bo jestem ojcem chrzestnym i świadkiem bierzmowania mojej mamy. Kiedyś powiedziałem jej: „Mamo, jak ja umrę, to jak ja tam ciebie znajdę? Ja sobie nie wyobrażam ciebie tam nie znaleźć!”. Od kilku dni te słowa nabierają zupełnie innego znaczenia – mówi Tomasz.

Zechcą, to im opowiem

– W niedzielę po przyjęciu chrztu św. odczuwałam w sercu potrzebę, żeby przyjechać do kościoła na Mszę św. Czułam, że powinnam tak zrobić. Mimo że Tomka i Marysi nie było akurat w domu. Cały czas nie czuję się pewnie w kościele. Boję się, że popełnię jakąś gafę. Uczę się modlitwy. Nazywam to raczej moimi przemowami do Pana Boga. Są takie życzenia, które bym miała, ale wstydzę się o to modlić, bo wydaje mi się to nie na miejscu, że proszę Pana Boga o załatwienie jakichś moich osobistych spraw czy problemów – opowiada pani Halina.

– Nie miałam jeszcze okazji pochwalić się, że przyjęłam chrzest św., ale niedługo zaproszę moich przyjaciół ateistów na imieniny. Wtedy chcę ich o tym poinformować. Nie wiem, jakie będą reakcje, bo nie chcę się z niczym narzucać. Jeżeli wyrażą zainteresowanie tematem, to wszystko im opowiem – mówi H. Dąbrowska-Jagodzińska.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama