Nowy numer 48/2020 Archiwum

Ostatni raz widziałam go na ganku...

– Wszechobecny terror, niepewność każdej chwili i ogromna potrzeba wolności – to były prawdziwe przyczyny wybuchu powstania. Żaden człowiek nie może żyć bez wolności. Jest w stanie walczyć o nią nawet gołymi rękami – mówi Krystyna Kodymowska. 76 lat temu jako nastolatka włączyła się w walkę powstańców w Warszawie.

Krystyna Kodymowska z domu Rafalska, gdynianka od ponad 60 lat. W podziemnym harcerstwie zastępowa 120. warszawskiej drużyny harcerskiej, ps. Stokrotka. Po wojnie radca prawny. Piękna, 92-letnia kobieta o szlachetnej twarzy. W swoim mieszkaniu przy skwerze Kościuszki zabiera nas w świat przedwojennej Polski i wojennego koszmaru, który los zgotował milionom takich jak ona.

Stokrotka traci dom

Pani Krystyna wraz z rodziną mieszkała przed wybuchem II wojny światowej w Bydgoszczy. Ojciec Stanisław był pracownikiem administracji Francusko-Polskiego Towarzystwa Kolejowego, firmy, która budowała w latach 30. magistralę węglową ze Śląska do Gdyni. Centrala spółki miała swoją siedzibę w Bydgoszczy. Krystyna z dwiema siostrami i rodzicami wiodła spokojne, beztroskie życie.

– Niczego nam nie brakowało. Mieliśmy duży dom z ogrodem przy kanałach na Brdzie. Chodziłam do szkoły powszechnej, uczyłam się grać na pianinie. Rodzice bardzo nas kochali i spędzali z nami każdą wolną chwilę – wspomina. Na fotografii, którą pokazuje, widać uśmiechnięte twarze i Krysię w białej sukience. To jej zdjęcie z dnia I Komunii Świętej. Jedna z niewielu pamiątek, którą udało się ocalić z rodzinnego domu. Bo kilka dni po wybuchu wojny wszystko się zmieniło. Okupanci zaproponowali mieszkańcom Bydgoszczy przyjęcie obywatelstwa niemieckiego. Stanisław Rafalski odmówił.

– Pamiętam to bardzo dokładnie. Siedzimy wszyscy przy stole, na nim przygotowany przez mamę obiad. Nagle łomotanie do drzwi. Ojciec otwiera i do mieszkania z impetem wchodzą Niemcy. „Familie Rafalski? In zehn Minuten raus!” – krzyczą. Łapaliśmy w ręce i pakowaliśmy zupełnie przypadkowe przedmioty. Ja z siostrą zabrałyśmy zdjęcia. Potem się okazało, że to były najcenniejsze przedmioty – mówi pani Krystyna. Niemcy wyrzucili Rafalskich z ich własnego domu i przesiedlili do Generalnego Gubernatorstwa. Najpierw rodzina znalazła schronienie w Ciechanowie u bliskich, potem trafili do Warszawy.

Stokrotka na Woli

W połowie 1940 r. Rafalscy byli już w stolicy w komplecie – wcześniej Niemcy zmusili ojca do pozostania na Pomorzu i przekazania im wszystkich spraw firmowych na kolei. Bydgoszczanie wynajęli mieszkanie przy ul. Górczewskiej na Woli. Wcześniej mieszkała w nim żydowska rodzina, którą zabrano do getta. Została w nim jedynie polska kucharka, która pracowała u nich.

– Mieszkanie było malutkie, praktycznie kawalerka z kuchenką i łazienką. Nie mieliśmy niczego, ale cieszyliśmy się, że jesteśmy razem. Mama strasznie się rozchorowała po naszym wysiedleniu z Bydgoszczy. Nie była w stanie pracować. Razem z siostrami pomagałyśmy ojcu w utrzymaniu domu – opowiada pani Krystyna. Ojciec zatrudnił się w jednej z warszawskich piekarni, gdzie – prócz prac administracyjnych – przyjął obowiązki piekarza. Dzięki temu rodzinie nie brakowało chleba. Krysia z siostrami chodziły do szkoły, a kiedy Niemcy ją zamknęli, dziewczęta brały udział w tajnych kompletach. – Skończyłam w ten sposób kolejne 3 klasy szkoły powszechnej. W wolnym czasie pomagałam, pracując. Uczyłam młodsze dzieci gry na pianinie. W zamian za to zarabiałam pieniądze, ale też jedna z rodzin szyła mi ubrania. I zostałam podziemną harcerką – mówi. W 120. drużynie warszawskich harcerzy Krysia Rafalska została zastępową i przyjęła pseudonim Stokrotka. Zajmowała się młodszymi dziewczętami z dwóch zastępów, ucząc harcerskich umiejętności. Drużyna wchodziła w skład Szarych Szeregów.

– To była prawdziwa konspiracja. Jeździłam często tramwajami z meldunkami. Towarzyszył mi strach, ale też ogromne poczucie obowiązku i ważności tego, co robiłam. Dzieci w czasie wojny bardzo szybko dojrzewają i stają się odpowiedzialne. Wiedziałam, że w razie wpadki Niemcy mogą mnie na miejscu zastrzelić, ale mimo to nie bałam się. Miałam dużo szczęścia – mówi Stokrotka. Drużyna pani Krystyny często wyjeżdżała na plenerowe ćwiczenia. W podwarszawskiej leśniczówce przez kilka dni harcerze przechodzili przeszkolenie terenowe, czytanie map, szkicowanie w terenie. Dziewczęta uczyły się tzw. samarytanki i podstawowych czynności medycznych. – To było praktyczne przygotowanie do tego, byśmy w razie potrzeby zostali żołnierzami i pomagali w walce – dodaje harcerka.

Stokrotka idzie po wolność

Z biegiem okupacyjnych lat życie w stolicy zamieniało się w koszmar. Niemcy nasilali coraz bardziej terror wobec Polaków, próbując w ten sposób złamać opór. W 1944 r. sytuacja stała się dramatyczna.

– Było tak źle, tak potwornie, że nie mieliśmy chwili wytchnienia od prześladowania. Codziennie widziałam śmierć niewinnych ludzi. Taka sytuacja z naszej najbliższej okolicy: na plac koło domu podjeżdżają ciężarówka wojskowa, motocykle. Niemcy wyciągają ludzi z samochodu. Stawiają na chodniku i rozstrzeliwują. Zostawiają ciała zabitych. Kolejny przykład. Idę do Śródmieścia. Na jednej z głównych ulic powieszony na latarni człowiek. Tego się nie dało dłużej znieść – wspomina. W lipcu 1944 r. wszystkie dziewczyny z drużyny dostały przydziały w razie wybuchu powstania. Gdy walki się rozpoczną, mają się zameldować w szpitalu przy Karolkowej. Mama Krysi schowała powołaniową kartkę. 1 sierpnia 1944 r. Krystyna pojechała wczesnym popołudniem z meldunkami do Śródmieścia. Po wykonaniu zadania zatrzymała się u stryjka na Łąkowej.

– Porozmawialiśmy, coś zjadłam. I nagle on wchodzi do pokoju i krzyczy na mnie. „Krysia, co ty tu jeszcze robisz?! Zaraz będzie godz. 17. Musisz wracać na Wolę. Powstanie wybuchło” – opowiada pani Krystyna. W Śródmieściu walki jeszcze nie rozgorzały. Stokrotka przebiegła głównymi ulicami, między szpalerem niemieckich czołgów, i dotarła do domu przy Górczewskiej. W tym czasie na Woli trwała regularna strzelanina. Nastolatka zdecydowała, że nie dotrze do szpitala na Karolkowej. Zamiast tego zgłosiła się do szpitala wolskiego na Płockiej. – Był za narożnikiem. Poszłam tam i pomagałam, ale przez kilka dni. Zajmowałam się rannymi, zmieniałam opatrunki. Robiłam wszystko to, do czego się przygotowywałam w harcerstwie. Po pracy w szpitalu wracałam do domu i kolejnego dnia na dyżur – wspomina.

Decyzja o pozostaniu na Woli była dla Stokrotki szczęśliwa. – Wszystkie moje koleżanki, które trafiły na Karolkową, zostały zamordowane w tym szpitalu. Ale los okazał się wkrótce okrutny także dla naszej rodziny – dodaje. 5 sierpnia 1944 r. dziś nazywany jest czarną sobotą. Na Wolę weszły wówczas oddziały SS wraz z towarzyszącymi im kolaborantami ze Wschodu. Stokrotka znalazła się w samym centrum piekła.

– Systematycznie wchodzili do kamienicy. Wyprowadzali wszystkich z mieszkań. Od razu oddzielali kobiety i mężczyzn, wśród nich nawet 12-letnich chłopców. Tak nas rozdzielili z ojcem. Ostatni raz widziałam go na ganku przed domem. Potem padły strzały. Pędzili nas Górczewską, przebiegałyśmy przez mój szpital. Tam też widok był koszmarny. Wszyscy lekarze z przestrzelonymi głowami leżeli na biurkach w swoich gabinetach – mówi Krystyna Kodymowska.

Stokrotka o zniewoleniu

Krystyna z mamą i siostrami została wyprowadzona z Warszawy. Niemcy wywieźli je do Legnicy, gdzie pracowały m.in. w fabryce granatów. Po wojnie wróciły do Bydgoszczy. Krystyna zdała maturę i pracowała w firmie kolejowej, tej samej, która zatrudniała przed wojną jej ojca. W 1948 r. rozpoczęła w Toruniu studia prawnicze. Została radcą prawnym i przeniosła się pod koniec lat 50. do Gdyni. Tutaj poznała swojego męża, notariusza. Tu też urodził się jej syn Jędrzej, muzyk, lider alternatywnego zespołu Apteka. Pani Krystyna cały czas jest czynnym radcą prawnym. Działa w Światowym Związku Żołnierzy AK, gdzie jest przewodniczącą Sądu Koleżeńskiego. W swoim gdyńskim mieszkaniu tłumaczy nam, dlaczego wybuchło powstanie warszawskie.

– Kiedy otacza cię terror, prześladowanie i ogromny ucisk, najbardziej cenisz wolność. I chcesz o nią walczyć. Zwyczajnie, jako człowiek. Nawet bez broni. Powstanie to był wielki wspólny ruch walczący o wolność. Bez względu na dzielące nas poglądy. Wszyscy chcieliśmy być wolni i unicestwić przeklętego wroga. Nic nas nie powstrzymało – tłumaczy Stokrotka. I udziela rady nam wszystkim: – Młodzi ludzie, kochając Polskę, powinni przede wszystkim zawsze walczyć o wolność, żeby utrzymać ją w każdym okresie swojego życia. Nie wolno dopuścić do zniewolenia. Każdy musi mieć prawo, aby myślał i mówił tak, jak czuje. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama