Nowy numer 3/2021 Archiwum

Im dłużej żyję, tym gorzej to znoszę

Masakra na ulicach Gdańska i Gdyni oczami dwudziestolatków sprzed pół wieku. Ewa, Jan, Stanisław i Henryk byli w centrum tych wydarzeń. Mimo upływu czasu wspominają je tak, jakby wydarzyły się wczoraj.

Grudzień 1970 roku. Rząd ogłosił podwyżki cen podstawowych produktów, niezbędnych do egzystencji. Tak, egzystencji. Bo ówczesne życie zwykłych Polaków to była wegetacja, odmierzanie czasu kolejnymi wypłatami. Niewiele można było za nie kupić i wiele towarów było praktycznie nieosiągalnych. W tej rzeczywistości obywatele PRL przygotowywali się do świąt Bożego Narodzenia. Narastały w nich gniew i bunt przeciwko komunistycznej beznadziei.

Gdyński telegraf nadaje

Ewa Jażdżewska pracowała wtedy na poczcie w Gdyni-Grabówku. Była telegrafistką i przesyłała telegramy dalekopisem. Od kilku lat zamężna, z trudem wiązała koniec z końcem, mimo że oboje z mężem pracowali. – Kiedy ogłoszono podwyżki, byliśmy najpierw zrozpaczeni, ale to uczucie zamieniło się w złość. Święta były coraz bliżej, a ceny ograniczały możliwości organizacji uroczystości dla rodziny. Przecież na świątecznym stole nie postawimy kaszanki, którą jedliśmy praktycznie na okrągło – wspomina kobieta.

Do Ewy szybko dotarły wiadomości, co się działo na ulicach Gdańska 15 i 16 grudnia. Informacje dostała z pierwszej ręki – jeden z pracowników poczty odbywał służbę wojskową w Pile. Jego jednostka została skierowana do Gdańska, by tłumić robotniczy bunt na ulicach. – Przybiegł na pocztę wieczorem, z kolegą. Był brudny, osmolony. Opowiedział z detalami, jak wyglądały walki. Mówił, że może stać się jeszcze coś gorszego – mówi pani Ewa. Nie mylił się. Dzień przed gdyńską masakrą na ulicach w mieszkaniu małżeństwa przy obecnej ul. Kapitańskiej całą noc trzęsły się wszystkie szklanki w gablocie. Czołgi nadjeżdżały do miasta m.in. z Kołobrzegu. W czwartek rano Jażdżewscy, mieszkający nieopodal kładki przy przystanku SKM Gdynia Stocznia, słyszeli w mieszkaniu strzały. Ewa wyszła godzinę później do pracy.

– Było ciemno, na ulicach błoto wymieszane ze śniegiem. Dopiero na poczcie dowiedziałam się, co się stało na pomoście. Do pomieszczenia wpadła jedna z pracownic i powiedziała: „Tam strzelają do ludzi jak do kaczek!”. Te słowa zapadły mi w pamięć – dodaje. Ewa siadła do telegrafu i rozesłała do urzędów pocztowych w kilku miastach depeszę: „W Gdyni mordują ludzi”. Potem wraz z kolegami wybiegła z urzędu w kierunku przystanku SKM. Był tam tłum ludzi, który nie mógł się ruszyć w żadnym kierunku. Od strony portu i stoczni stał kordon wojska, a kolejki SKM dojeżdżały tylko do przystanku i nie jechały dalej. – Kiedy zbliżaliśmy się do falującego tłumu, usłyszeliśmy kanonadę. Strzelali z broni maszynowej i były salwy armatnie. Uciekliśmy pod estakadę. Za chwilę zaczęto znosić rannych. Była wśród nich kobieta z wielką raną brzucha, ubrana podobnie jak moja siostra. Na szczęście to nie była ona – mówi E. Jażdżewska.

Chwilę później pod most zaczęto znosić zabitych. Według ówczesnej telegrafistki było ich ponad 20, wśród nich młody chłopak, którego niesiono na rękach. Tłum z zabitym ruszył w kierunku centrum. – Z pobliskich baraków kolejowych ktoś przyniósł drzwi. Położono na nich tego chłopaka. Na ul. 10 Lutego ktoś przyniósł krzyż z kościoła NSPJ. Szliśmy z nim w kierunku Urzędu Miasta, krzycząc: „Mordercy!”. A z helikopterów zrzucano na nas granaty z gazem łzawiącym – wspomina kobieta.

Pułkowa czarna owca

Jan Czajka do Gdyni wjechał czołgiem 16 grudnia wieczorem. Kołobrzeski pułk czołgów, w którym służył mieszkaniec Gliwic, już od dwóch dni był w drodze na Wybrzeże. – Ogłoszono alarm i wyjechaliśmy. Na drogach nie mijaliśmy żadnych cywilnych pojazdów. W mieście nasz pojazd został przydzielony do zabezpieczenia terenu przy sądzie. Stanęliśmy na wprost wyjścia ze stacji kolejowej – wspomina ówczesny czołgista. Jak mówi, widok jego czołgu w tym miejscu musiał zadziałać na wychodzących z budynku stacji jak płachta na byka. Była godz. 8.30. Przy stoczni padły właśnie kolejne strzały. Tłum z dworca ruszył w kierunku czołgu. Ludzie krzyczeli: „Przebierańcy, ruskie wojsko!”. W chwilę otoczyli pojazd. W wozie zrobiło się bardzo nerwowo. – Nasz dowódca, młody podporucznik prosto po szkole, spanikował. Wydał mi rozkaz: „Kierowca, uruchomić pojazd!”. Włączyłem silnik. Wrzuciłem bieg i maszyna była gotowa do jazdy. I wtedy stanął mi przed oczami straszny obraz. Zobaczyłem pod gąsienicami mojego czołgu ludzką miazgę. Słyszałem krzyki. To było coś jak sen. Za chwilę usłyszałem za plecami: Kierowca, naprzód!”. Tłum napierał na czołg. I ja nie wykonałem rozkazu. Wyłączyłem silnik. Gdybym ruszył, stałoby się to, co zobaczyłem wcześniej – mówi J. Czajka.

Kiedy silnik zamilkł, kierowca podniósł swój właz i wychylił się z pojazdu. – Zobaczyłem tłum, który na chwilę zamilkł. Zacząłem mówić, że jesteśmy polskim wojskiem, że nie przyjechaliśmy tu zabijać. I wtedy z tłumu wyszła dziewczynka ze szkolną tarczą na ramieniu. Zaczęła mówić, prawie krzykiem: „Ludzie, co wy robicie?! Przecież to są Polacy. Oni też mają rodziny. Mój brat jest teraz w wojsku i na pewno jest w podobnej sytuacji”. Nigdy jej nie zapomnę. Ona uspokoiła sytuację – wspomina pan Jan. To jedyny moment z grudniowej relacji czołgisty, gdy istniało duże zagrożenie zmasakrowania ludzi przez jego maszynę. Dwa dni później czołg został z załogą wycofany do jednostki wojskowej w Gdyni-Oksywiu. Stamtąd jeszcze przed świętami wojskowym eszelonem czołgista wrócił do macierzystej jednostki. Powitanie w Kołobrzegu nie było miłe.

– Dowódca pułku, mówiący z silnym rosyjskim akcentem, gratulował nam spełnienia patriotycznego obowiązku. I dodał: „Ale wśród was jest jedna czarna owca, która nie wykonała rozkazu. I teraz zajmiemy się nią” – mówi żołnierz. Jan Czajka został aresztowany i osadzony w pułkowym areszcie. Trafił potem na przesłuchanie do prokuratury wojskowej w Koszalinie. – Przesłuchiwał mnie prokurator w randze kapitana. Zapytał, dlaczego nie wykonałem rozkazu. Zapytałem go wtedy, czy będąc na moim miejscu, wjechałby czołgiem w swoją matkę, w czyjąś matkę, w drugiego człowieka. Zamilkł na długo i kazał mnie odwieźć do jednostki. Kilka tygodni przesiedziałem jeszcze w zamknięciu – dodaje J. Czajka. Wydarzenie z Gdyni spowodowało, że z wojska został zwolniony dopiero w lecie 1971 r., a nie – jak cały jego rocznik – w kwietniu.

Stoczniowcy spłacają dług pamięci

Henryk Knapiński i Stanisław Grzyb uczestniczyli w strajku w gdańskiej Stoczni im. Lenina. Po rządowej informacji o podwyżkach w zakładzie zawrzało. – Nasza praca była bardzo ciężka. Tutaj nie było miejsca na bumelowanie. Pracę trzeba było wykonywać rzetelnie. A mimo to płacono nam bardzo mało. Gdy usłyszeliśmy o podwyżkach, w każdym wydziale stoczni odbyło się spotkanie robotników. Tacy naładowani ruszyliśmy pod budynek dyrekcji, który znajdował się w centralnym punkcie zakładu – wspomina H. Knapiński. Jednak nikt z dyrekcji nie miał zamiaru rozmawiać ze stoczniowcami. Robotnicy ruszyli na miasto, pod budynek komitetu – tam również nikt do protestujących nie wyszedł.

Następnego dnia, we wtorek 15 grudnia, zapadła decyzja o strajku w stoczni i innych zakładach Gdańska, Gdyni i Elbląga. W nocy milicja aresztowała członków komitetu strajkowego ze stoczni. – To stało się głównym powodem naszego wyjścia na ulicę. Szliśmy najpierw w kierunku budynku KW PZPR na zapowiadany wiec. Już tam milicja zagrodziła nam drogę, ale udało nam się przedostać w kierunku wiaduktu nad torami kolejowymi. Szliśmy pod budynek komendy MO. Na moście padł pierwszy strzał. Milicjant zabił kolegę obok mnie. Bez żadnego słowa wyciągnął pistolet i strzelił mu w głowę. Chwilę później któryś z robotników wbił w głowę milicjanta pręt. Tłum go zlinczował. I tak zaczęła się masakra w Gdańsku – mówi S. Grzyb. Stoczniowiec widział tego dnia śmierć wielu ludzi. Ginęli pracownicy stoczni, zabici salwami wojska, rozjechani czołgiem, a żołnierze palili się w transporterach podpalonych przez robotników.

– Obrazy z masakry towarzyszą mi cały czas. Im dłużej żyję, tym gorzej je znoszę. Kilka lat temu lekarze stwierdzili u mnie syndrom stresu pourazowego – dodaje pan Stanisław. Obaj uczestnicy wydarzeń Grudnia ’70 krótko po tym poprzysięgli z innymi osobami zachowanie pamięci o ofiarach. Obaj byli członkami komitetu budowy pomnika Ofiar Grudnia. Dziś realizują ostatnie zadanie swojego zobowiązania. – W miejscach, gdzie polegli ludzie, zostaną zamontowane tablice upamiętniające ich ofiarę. Nie możemy zapomnieć o tej masakrze i nierozliczonej w sądzie zbrodni przeciwko narodowi – dodaje stoczniowiec.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama