Nowy numer 23/2021 Archiwum

Ślady pałek nosił do końca życia

– Nawoływanie do spokoju było jedynym możliwym rozwiązaniem. Chodziło przede wszystkim o bezpieczeństwo strajkujących i ich bliskich. W sytuacji bezpośredniego zagrożenia zdrowia i życia swoich parafian księża nie mogli się po prostu zachować inaczej – mówią dr Piotr Abryszeński i dr Daniel Gucewicz.

Podwyżka cen, ogłoszona 12 grudnia 1970 r., tuż przed świętami Bożego Narodzenia, wywołała społeczne oburzenie. Stocznia Gdańska im. Lenina zastrajkowała 14 grudnia. Demonstracje robotników w Gdyni rozpoczęły się dzień później. Krwawa pacyfikacja robotniczej rewolty przez władzę komunistyczną kosztowała na Pomorzu Gdańskim życie 29 osób. Śmierć robotników, studentów i uczniów wywarła ogromny wpływ na ks. Hilarego Jastaka. Kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, którego był proboszczem, stał się głównym punktem modlitw w intencji ofiar, a plebania – miejscem spotkań rodzin zabitych i rannych, punktem całodobowej wymiany informacji.

Proboszcz zorganizował też materialne wsparcie dla tych, którzy stracili najbliższych, oraz dla rodzin aresztowanych lub hospitalizowanych. „Gdynia stała się ofiarą niewinnego i niezawinionego męczeństwa, ofiarą bestialskich rozkazów” – wspominał po latach duchowny. To fakty powszechnie znane. Dotychczas świadomość społeczna dotycząca udziału i roli duchowieństwa w grudniowej rewolcie ograniczała się właśnie do aktywności ks. Jastaka. Najnowsza publikacja Instytutu Pamięci Narodowej „Grudniowa kolęda. Kościół katolicki w Trójmieście wobec Grudnia ‘70” poszerza naszą wiedzę o wiele nowych, nieznanych dotąd wątków.

Księża przy rannych

„W tłumie, demonstrującym dziś w Gdańsku pod wpływem ciemnych elementów w związku ze zmianą cen, zauważono sutanny” – tak miał się wyrazić przedstawiciel komunistycznych władz Józef Mazur, przysłany do bp. Edmunda Nowickiego 14 grudnia 1970 roku.

– Źródła milczą na temat obecności gdańskich księży w tłumie protestujących pierwszego dnia. Nie można jednak wykluczyć, że kilku duchownych w poniedziałek wyszło przed kościoły czy plebanie, by przyglądać się demonstracji przed gmachem KW PZPR. Udało się natomiast ustalić przypadki, gdy kapłani w kolejnych dniach uczestniczyli w protestach, zarówno na ulicach Gdańska, jak i Gdyni – podkreślają dr Abryszeński i dr Gucewicz, autorzy książki. Rzeczywiście, gdy walki w centrum Gdańska zaostrzyły się we wtorek 15 grudnia, miejscowi pallotyni, których dom przy kościele św. Elżbiety stał zaledwie kilkanaście metrów od Komitetu Wojewódzkiego, udzielali wsparcia ciężko rannym. „Byli to przejechani przez czołg (widziałem dwa przypadki), poturbowani przez milicję, ranieni przez lecące z pięter domu partii meble i urządzenia” – relacjonował ks. Władysław Ciastoń.

Duchowni udzielający pomocy sami nie uniknęli obrażeń. Ksiądz Ciastoń został trafiony kamieniem w głowę, lecz uderzenie „było lekkie i raczej przypadkowe”. Z kolei wśród pobitych znalazł się ks. Tadeusz Korbecki. Młody kapłan – według relacji innego duchownego ks. Jerzego Błaszczaka – miał brać udział w walkach ulicznych z milicją, odrzucał pociski gazowe i wciągał ludzi do kościoła, a „ślady pałek nosił do końca życia”. Rannymi i zabitymi, których przetransportowano do Akademii Medycznej, opiekował się z kolei ks. Leon Dąbski SAC z kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej w Gdańsku-Wrzeszczu. Zrelacjonował on, że zaopatrzył sakramentami dwóch zabitych.

Zbyszek Godlewski, modlitwy i krzyż

W reakcji na rewoltę grudniową bp Nowicki zarządził odprawienie podczas niedzielnych Mszy w Gdańsku i Sopocie specjalnej modlitwy o opiekę nad narodem. W „czarny czwartek” w Gdyni akcenty kościelne były jeszcze silniejsze. Pochód z niesionym na drzwiach ciałem Zbyszka Godlewskiego (pierwowzór tytułowego bohatera „Ballady o Janku Wiśniewskim”) zatrzymał się na chwilę obok kościoła NMP Królowej Polski. Kilka osób weszło do świątyni i wróciło z krzyżem, który umieszczono w nogach zabitego. Około południa centrum walk przeniosło się w okolice Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Atakowany tłum kilkakrotnie cofał się na wzgórze, gdzie stoi franciszkański kościół św. Antoniego, ale też nacierał na podchodzących milicjantów. – Wielu uciekających kryło się w świątyni, w której… trwały gorączkowe prace remontowe w dolnym kościele, ponieważ za kilka dni planowano jego uroczyste poświęcenie. Kościół ostrzelano pociskami gazowymi, a jeden z nich wpadł do środka. Do wyprowadzenia części ukrywających się wewnątrz osób posłużył podobno pogrzeb parafianki – mówi dr Gucewicz.

Powściągliwa postawa?

„Znieruchomiały dźwigi, cisza spłynęła na Wybrzeże (…). Nikt się nie przepychał na dworcach, przemysłowe sklepy nie notowały utargów. Tylko w zakrystiach kościołów tłoczyli się ludzie, zamawiając Msze. Tylko dzwony płakały nad miastem…” – w tak sugestywny sposób Barbara Seidler przedstawiła sytuację w spacyfikowanym Trójmieście 18 grudnia 1970 roku. W obliczu tragedii kapłani służyli wsparciem duchowym, moralnym i materialnym. Jednym z najistotniejszych wymiarów posługi duszpasterskiej były modlitwa, nabożeństwa okolicznościowe oraz Msze odprawiane w intencji zabitych i rannych, które „zgromadziły tysiące wiernych zbolałych i współczujących” – pisał pod koniec stycznia 1971 r. ks. Jastak do prymasa Stefana Wyszyńskiego.

Księża stawali się powiernikami osobistych historii, często naznaczonych cierpieniem i lękiem o przyszłość. Okazją do spotkań były wizyty duszpasterskie. „Grudniowa” kolęda 1970/1971 należała do najtrudniejszych w całym okresie powojennym. Dawała też możliwość poznania osób poszkodowanych i udzielenia im przez Kościół pomocy materialnej. Duszpasterskiej aktywności księży od początku starć towarzyszyło równolegle tonowanie nastrojów. – Choć prywatnie duchowni stali po stronie robotników, to w obliczu dezinformacji i kolejnych komunikatów o chuligańskich wybrykach, grabieżach i podpaleniach – nawet gdy nie wierzyli reżimowym mediom – musieli przynajmniej ważyć swoje przemyślenia, komentarze i zachowanie – mówi dr Abryszeński.

„Takie jest przecież zadanie Kościoła. Uczyć miłości. Gniew ludzi ujawniał się bardzo silnie. I trudno było go zanegować. Zresztą uważam, że była to zupełnie zdrowa reakcja. Ale mnie zależało wówczas na tym, by łagodzić sytuację, by inne, gorsze jeszcze nieszczęścia nie spadły na nasze miasto” – wspominał ks. Jastak. Łagodzenie gwałtownych reakcji mieszkańców Trójmiasta nie wykluczało nawiązań do „czarnego tygodnia”. Na przykład ks. Edward Godlewski, proboszcz parafii Matki Bożej Bolesnej w Gdańsku, 20 grudnia 1970 r. stwierdził: „W tym roku święta będziemy obchodzić w wielkiej tragedii, bólu i smutku. Bardziej boleśnie niż w 1939 r., bo w 1939 r. wkroczyły czołgi okupanta, a teraz nasi bracia… Zabraknie przy naszych stołach świątecznych tych, co zginęli w zajściach”.

– W historiografii przyjęło się nazywać postawę Kościoła w czasie Grudnia ‘70 jako powściągliwą, co brzmi dzisiaj niemal jak oskarżenie. Określenie to wydaje się jednak krzywdzące – sugeruje bowiem wycofanie się z poparcia dla słusznego protestu. Właściwiej jest mówić o ostrożności – zachowawcze postępowanie części duchownych zapewne wynikało z realizmu politycznego, który niejednokrotnie wyrażał kard. Wyszyński. Nie można też oczekiwać, by kapłani wzywali do otwartej walki przeciwko reżimowi, zwłaszcza w sytuacji, gdy posługiwał się on przemocą na tak wielką skalę – uważają dr Abryszeński i dr Gucewicz.

Karykatura pogrzebów

Smutnym zakończeniem grudniowego dramatu były organizowane w tajemnicy i pośpiechu pochówki ofiar. W obawie przed możliwymi manifestacjami władze nie chciały dopuścić do normalnych pogrzebów. Podobno Zenon Kliszko, najbliższy współpracownik Władysława Gomułki, nakazał wręcz chowanie „skrycie na cmentarzach, pod płotami, wyrównując ziemię”. – I choć ten makabryczny pomysł ostatecznie odrzucono, to i tak pochówki urągały wszelkiej tradycji, zwyczajom i prawu kościelnemu – zaznacza dr Gucewicz. Urzędnicy przychodzili w nocy, oznajmiali, że za chwilę odbędzie się pogrzeb, i dawali najbliższym kilkanaście minut na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Mimo prób komunistom nie udało się do uroczystości pogrzebowych zaangażować kapłanów diecezjalnych.

– Ich udział stanowiłby jawne przyzwolenie na zło i uczyniłby Kościół współwinnym tragedii i niegodnego potraktowania doczesnych szczątków poległych – twierdzi dr Abryszeński. Skorzystano więc z pomocy duchownych uległych i dyspozycyjnych – kapelanów wojskowych, członków ruchu „księży postępowych”, tajnych współpracowników SB. – W swoim sumieniu księża ci mogli to tłumaczyć obowiązkiem świadczenia uczynków miłosierdzia wobec ciała. Jednak ich udział bardziej był podobny do odegrania roli figurantów, którą się posłużono do uspokojenia bliskich ofiar – wyjaśniają autorzy książki.


Jan Hlebowicz, historyk, publicysta, autor książek, pracownik Instytutu Pamięci Narodowej – Oddział w Gdańsku.


Grudniowa kolęda

Książka autorstwa dr. Piotra Abryszeńskiego i dr. Daniela Gucewicza stanowi pierwszą próbę kompleksowego przedstawienia reakcji Kościoła katolickiego na rewoltę grudniową 1970 r. w Trójmieście. Opisano w niej również działania władz komunistycznych, które w obliczu kryzysu starały się wykorzystać autorytet duchowieństwa do własnych celów. Promocja wydawnictwa odbędzie się 16 grudnia o godz. 12.30 (relacja online przez IPNtv).

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama