Nowy numer 4/2021 Archiwum

Czuły barometr zdrowia

O problemach z zajściem w ciążę oraz interdyscyplinarnym leczeniu niepłodności mówi dr n. med. Aleksandra Kicińska, prowadząca klinikę InVivo, wykładowca na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym.

Ks. Maciej Świgoń: Bóg stał się człowiekiem. Podczas świąt pochylamy się nad wartością ludzkiego życia. Od kilkunastu lat zajmuje się Pani tematem niepłodności. To duży problem w społeczeństwie?

Dr n. med. Aleksandra Kicińska: Dane są niespójne. Mowa jest o ok. 20 proc. par, które są w wieku reprodukcyjnym i mają trudności z zajściem w ciążę. Można więc powiedzieć, że problem dotyczy co piątej pary. Trzeba jednak zauważyć, że niepłodność jest różnie definiowana. Jedni nie mogą doczekać się ciąży, drudzy natomiast nie mogą doczekać się narodzenia zdrowego dziecka i doświadczają nawykowych poronień. Problemy są więc bardzo zróżnicowane. Należy przy tym zaznaczyć, że mocno przesunął się wiek osób, które chcą zostać rodzicami. I to jest chyba największy problem, bo sama biologia rozrodu jest taka, że po 26. roku życia płodność spada. Nie oznacza to jednak, że medycyna rozkłada ręce i nie jest w stanie pomóc w sposób naturalny. Wręcz przeciwnie. Większość par zgłaszających się do naszego ośrodka, którym pomagamy zajść w ciążę naturalnie i urodzić dzieci, posługując się całą wiedzą medyczną, to osoby w wieku ok. 40. roku życia. Najstarsza mama, która z naszą pomocą urodziła dziecko, miała 47 lat. Druga – 45. Te osoby w późnym wieku zdecydowały się na założenie rodziny i potomstwo. Natomiast mamy też sporo pacjentek, które mają 30–35 lat i usłyszały diagnozę, bez uchwyconych konkretnych powodów niepłodności, że ich wiek biologiczny jest późny i pomóc im mogą tylko metody wspomaganego rozrodu, czyli in vitro lub inseminacja. Moje doświadczenie z takimi parami jest bardzo duże. W przeciągu 11 miesięcy w ciążę zachodzi prawie 65 proc., a po 24 miesiącach – niemal 75 procent.

Czy niepłodność się leczy?

Nie jest to choroba sama w sobie, ale raczej objaw wielu nieprawidłowości. Sama płodność jest bardzo czułym barometrem stanu naszego zdrowia. Często zaburzenia w narządach odległych od układu rozrodczego, które wydają się nie mieć żadnego związku z płodnością, mają na nią ogromny wpływ. Coraz częściej mówimy w medycynie o układzie neuro-hormono-immunologiczno-rozrodczym, ponieważ nie ma możliwości, żeby go rozdzielić. Z tego względu dojrzeliśmy do tego, że leczenie niepłodności powinno być interdyscyplinarne. Ginekolog jest tu obecny w sposób naturalny. Jest lekarzem, który prowadzi leczenie dróg rodnych kobiety, decyduje o konieczności zabiegów, ale nie jest on w stanie uporządkować organizmu na tyle, żeby doprowadzić go do ogólnoustrojowego ładu, czego efektem będzie powrót płodności i możliwość poczęcia w sposób naturalny. Interniści różnych specjalizacji szczegółowych mają tu wielkie pole do działania.

In vitro jest zatem drogą na skróty?

Tę metodę trudno nazwać drogą leczenia. Jest to raczej procedura, która zapewnia potomstwo w różnoraki sposób, nie tylko korzystając z własnych gamet małżonków, a więc plemnika i komórki jajowej, ale przekraczając pewne normy kulturowe oraz etyczne, gdyż wykorzystuje do tego banki nasienia, komórek jajowych, a nawet zarodków. Mamy tu również do czynienia ze śmiercią zarodków, wręcz eugeniką, gdzie jedne z pewnymi cechami są wybierane, a inne skazywane na śmierć. Jest to więc zupełnie inna droga myślenia. W tym momencie in vivo a in vitro to starcie dwóch kultur – życia i śmierci. Człowiek nie może stawiać się w roli Pana Boga. Płodność tak naprawdę nie jest rzeczą ludzką. Jest to sprawa Pana Boga, przejaw tego, że podzielił się z nami władzą współtworzenia. Lecząc niepłodność, szukamy dobra pacjenta, jego zdrowotnego dobrostanu.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama