GN 19/2022 Archiwum

Droga to jest coś dla mnie

– Jestem wdzięczna wspólnocie neokatechumenalnej, że dzięki niej mogę przeżywać moje życie jako przygodę z Panem Bogiem – mówi Dorota Litkowska, żona Marka, mama 11 dzieci.

Marek i Dorota Litkowscy od 25 lat są głównymi odpowiedzialnymi najstarszej w archidiecezji wspólnoty neokatechumenalnej, która aktualnie spotyka się przy kościele św. Ignacego w Gdańsku-Starych Szkotach. – Swoje życie widzę w kilku etapach interwencji Boga. Do Gdańska przyjechałem na studia. Byłem wtedy w bardzo ciężkim kryzysie. Nie widziałem sensu życia. Szukałem ucieczki w alkoholu, zabawie. Dzięki mojej dziewczynie (a obecnej żonie), która słuchała katechez, zetknąłem się z Drogą Neokatechumenalną. Zachęciła mnie, bym i ja ich posłuchał – mówi Marek. Dzieciństwo Doroty było traumatyczne.

– Mój ojciec, kiedy był trzeźwy, był czuły i opiekuńczy, natomiast po pijanemu całkowicie tracił nad sobą kontrolę. Potrafił nawet gonić nas po domu z siekierą. Nie pracował. W pewnym momencie trafił do więzienia, a mama nie powiedziała nam, dlaczego. Utrzymywała nas, szyjąc. Pomagali także dziadkowie. Byłam otoczona pogardą rówieśników, sąsiadów. Dzięki życzliwości ze strony niektórych nauczycieli zdecydowałam się pójść na studia. Po pewnym czasie zorientowałam się, że wszystkie moje kompleksy, lęki, nieprzystosowanie do życia poszły razem ze mną. Moja koleżanka zaprosiła mnie wtedy na katechezy i kiedy usłyszałam kerygmat, zrozumiałam, że Droga to jest coś dla mnie, że Jezus Chrystus chce mi dać życie wieczne i ja nie muszę się już martwić o życie tutaj, na ziemi – czy ono się uda, czy będę umiała je sobie ułożyć – zaznacza Dorota. – Życie biegło dalej. Chodziłam wtedy z Markiem i ta znajomość rozwijała się w złym kierunku. Weszliśmy w grzech nieczystości, który bardzo mnie upokarzał. Poczułam, że jestem nieszczęśliwa. Bóg okazał mi wtedy swoje miłosierdzie. Mój przyszły mąż wszedł na Drogę – dodaje.

Podczas katechez Marka bardzo mocno poruszyła „darmowość” Boga. – Usłyszałem, że Bóg kocha mnie za darmo i nie muszę zasłużyć sobie na tę miłość. To diametralnie zmieniło moje życie. Z kryzysu wyprowadził mnie Bóg i jestem Mu za to ciągle ogromnie wdzięczny. To spowodowało, że później chciałem ewangelizować, by inni usłyszeli tę darmową miłość Boga – wyjaśnia mężczyzna. Po 13 latach małżeństwa Marka dotknął kolejny kryzys. – Wydawało mi się, że życie mnie „przysypało”. Tego wszystkiego było za dużo – praca, rodzina. Urodziło się nam siódme dziecko. Nie radziłem sobie. Wtedy wewnętrznie poczułem, że spotkał mnie Jezus Chrystus. Usłyszałem Jego słowa: „Choćby opuścili cię ojciec i matka, Ja nie zapomnę o tobie, bo wypisałem ciebie na moich rękach”. Zrozumiałem, że to wypisanie na Jego rękach oznacza przybicie do krzyża. To mnie zreanimowało całkowicie. Chrystus tak bardzo mnie kocha, że za mnie umarł na krzyżu – podkreśla. Dwa lata temu, z dnia na dzień, po 34 latach Marek został zwolniony z pracy. – Wydawało mi się, że mój świat się zawalił, ale wcale tak nie było. Bóg wszystko już przygotował – następną pracę i wiele innych rzeczy. Teraz widzę, że przygotował nas, byśmy mogli służyć Kościołowi. Zostaliśmy wraz z żoną zaproszeni przez ojców dominikanów do prowadzenia kursów przedmałżeńskich. Przez kryzys Bóg doprowadził mnie do służenia innym – mówi M. Litkowski.

Początek w Gdańsku

W Polsce Droga Neokatechumenalna rozpoczęła się w 1975 r. w Lublinie. Pierwsze katechezy w Gdańsku odbyły się w 1981 roku. – Zaprosił nas śp. o. Tadeusz Pawlicki SJ, proboszcz parafii pw. Świętego Krzyża w Gdańsku-Wrzeszczu. Przyjechaliśmy z moją żoną Marylą, która była w ciąży z naszym pierwszym synem, oraz ze śp. ks. Zbigniewem Czerwińskim i śp. Tadeuszem, studentem z Krakowa. Było trudno, gdyż był to czas strajków. Mimo to odbyła się pierwsza konwiwencja i powstały dwie 50-osobowe wspólnoty – wspomina Janusz Stryjecki, katechista z Lublina. Pierwszych katechez w Gdańsku słuchali Stanisław i Maria Wilczyńscy.

– Byłam wtedy w poważnym kryzysie egzystencjalnym. Od wewnątrz niszczyła mnie nienawiść do mojego ojca. Doprowadziło mnie to do próby samobójczej. Dopiero na Drodze zrozumiałam, że Pan Bóg w cudowny sposób ją udaremnił. Pochodzę z rodziny katolickiej. Spowiadałam się z tej nienawiści i nic się nie zmieniało. W pewnym momencie stwierdziłam, że nie nadaję się do Kościoła i przestałam chodzić na Msze św. Po kilku miesiącach zostałam zaproszona na katechezy głoszone w mojej parafii. Podczas jednej usłyszałam, że mój grzech przybił Jezusa do krzyża. Ale On się na to zgodził, bo chciał, abym ja była od niego uwolniona. I że Bóg wskrzesił Chrystusa z martwych, bo kocha mnie i mojego ojca. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że jestem takim samym „biedakiem” jak mój ojciec. Doświadczyłam uwolnienia od tego grzechu. Poczułam, że to, co przygniatało mnie przez kilka lat, zostało mi zabrane. To było coś, co mnie wewnętrznie przekonało, żeby trwać na Drodze. Dzisiaj za to doświadczenie jestem Bogu ogromnie wdzięczna – opowiada Maria.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama