Nowy numer 33/2022 Archiwum

Pływał, mókł i marzł…

Był prekursorem polskiego żeglarstwa. Jednak – o czym niewielu dziś pamięta – zanim Bałtyk stał się treścią jego życia, pierwszą wielką miłością było Morze Czarne. W lipcu 2022 r. ponownie połączył Polaków i Ukraińców.

Na trasie Rewa–Mechelinki–Rewa 3 lipca odbyły się regaty żeglarskie im. gen. Mariusza Zaruskiego. Jedenaście lat z rzędu organizowano je w ukraińskim Chersoniu – mieście, które w momencie pisania tego artykułu wciąż okupowane jest przez wojska rosyjskie. Sytuacja ludności cywilnej jest dramatyczna. Rosjanie uniemożliwiają transport towarów pierwszej potrzeby z innych części kraju. Brakuje niemal wszystkiego: lekarstw, środków higienicznych i pielęgnacyjnych dla młodych matek i dzieci oraz żywności o długim terminie ważności.

Z tego powodu Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Gdańsku oraz Gmina Kosakowo – chcąc oddać hołd tym wszystkim, którzy co roku pamiętali o gen. Zaruskim − postanowili zorganizować regaty w Polsce. Ze strony IPN Gdańsk przez niemal cały czerwiec płynęła pomoc humanitarna dla Ukraińców. Kim był człowiek, który od lat inspiruje do działania mieszkańców Gdyni, Gdańska, Chersonia czy Odessy?

Z Robinsonem Crusoe w walizce

Do Odessy – największego portu Cesarstwa Rosyjskiego – młody Zaruski przybył wprost z Podola. Dla chłopaka, który dotąd nie widział nic poza stepowym krajobrazem, kosmopolityczne miasto jawiło się jako wielkie okno na świat. Z „Robinsonem Crusoe” i książkami Juliusza Verne’a w podręcznej walizce Zaruski marzył o morskich przygodach i dalekich podróżach po krańce ziemi. Zanim to nastąpiło, utrwalał na płótnie podpatrzone sceny z życia portowego i piękno fal morskich. Zachęcony udanymi próbami marynistycznymi wstąpił do odeskiej Szkoły Sztuk Pięknych. By w końcu spełnić swoje marzenia o realnych morskich wyprawach, w czasie studenckich wakacji zaciągał się do pracy na statkach handlowych.

Jako majtek okrętowy odbył wiele egzotycznych podróży do Syrii, Egiptu, Chin, Japonii i Indii. Zafascynowany rosyjskim twórcą Siemionem Nadsonem, Zaruski próbował swoich sił jako poeta. Wiersze opisujące jego morskie przygody nie wzbudziły większego zainteresowania. Nie zraził się jednak. Podczas jednej z podróży postanowił, że zostanie kapitanem żaglowca. Z tego powodu przerwał studia malarskie i rozpoczął naukę w Szkole Morskiej w Odessie. Student Zaruski szybko wsiąknął w rewolucyjną atmosferę portowego miasta. Jego mieszkanie przy ul. Bazarnej stało się jednym z miejsc spotkań konspiracyjnych. Na tajnych zebraniach czytano i omawiano przemycone z zagranicy manifesty polityczne i odezwy. Przede wszystkim jednak przygotowywano się do walki – pod pretekstem ćwiczeń gimnastycznych wprawiano się we władaniu bronią i wojskowej musztrze.

Równolegle utrzymywał kontakt z innymi organizacjami niepodległościowymi, m.in. z Ligą Polską i Polskim Towarzystwem Gimnastycznym „Sokół”. Działalność Zaruskiego ostatecznie została zdekonspirowana. W połowie 1894 roku grupę spiskowców aresztowano i osadzono w odeskiej tiurmie. Zaruski – oskarżony o udział w „polskich bezprawnych stowarzyszeniach” – został skazany na pięć lat zsyłki „pod ścisłym nadzorem”. W Archangielsku uzyskał zgodę miejscowego gubernatora na udział w rejsach dalekomorskich. Zamustrował się na szkunerze „Dierżawa” (Mocarstwo), kursującym do portów dalekiej północy z drewnem i futrem, a następnie rozpoczął służbę jako dowódca „Nadieżdy” (Nadziei), pływając w obszarze Arktyki.

Pan generał i ziemniaki

Po zakończeniu zsyłki powrócił do Odessy, by w niedługim czasie przenieść się do Krakowa. Potem było Zakopane i wielkie taternicze sukcesy – śmiałe przejście przez Zawrat, pierwsze zimowe wejście na Skrajną i Pośrednią Turnię, spektakularne zjazdy na nartach z Rysów czy Koziego Wierchu. Zaruskiemu brakowało jednak morskiej bryzy i szumu fal. Nieprzypadkowo więc po zakończeniu wojskowej kariery w stopniu generała brygady stanął w 1924 roku na czele stowarzyszenia Yacht Klub Polski – pierwszego zrzeszenia wodniaków w II RP z siedzibą w Gdyni.

To z jego inicjatywy kupiony został „Dar Pomorza” – fregata służąca studentom Szkoły Morskiej, a następnie duński szkuner „Petrea”, który po remoncie i nadaniu imienia „Zawisza Czarny” stał się flagowym jachtem Związku Harcerstwa Polskiego, a jednocześnie jedną z największych jednostek tego typu na świecie. Z Bałtykiem i wychowaniem morskim Zaruski związał swoje życie na kilkanaście lat, dowodząc 17 rejsami, które dotarły do 26 portów w 10 krajach. Pracę traktował jako misję, nie pobierał za nią wynagrodzenia. Dla swoich młodych podkomendnych pozostawał prawdziwym autorytetem. Z szacunku dla jego przeszłości i zasług załoganci zwracali się do niego nie „panie kapitanie”, lecz „panie generale”. Zaruski odwzajemniał się życzliwością i sprawiedliwym traktowaniem każdego bez wyjątku. „Pływałem, mokłem i marzłem na pokładach jachtów nie po to, aby z was uczynić sportowców (...), lecz dlatego, ażebyście wy, jako Polacy, poznali morze, uczuciem się z nim związali, uznali je za własną, bezcenną wartość, bez której nie ma życia dla dzisiejszej Polski” – tłumaczył swoim podopiecznym.

„Generał-Kapitan był wymagający, w wolnych chwilach siadał wśród grupy żeglarzy na pokładzie i wspólnie obierał ziemniaki (…). W takich chwilach byliśmy zasłuchani w jego opowieściach i opowiadaniach bądź z wypraw żeglarskich po morzach północy, bądź z wypraw na jachtach po Bałtyku” – wspominał jeden z uczestników rejsów „Zawiszy Czarnego”. Do legendy przeszła brawurowa odwaga Zaruskiego jako kapitana statku. Na przykład podczas rejsu do Visby na Gotlandii postanowił wejść do portu bez asysty holowników. W opinii jednego z uczestników tamtej wyprawy był to „czyn śmiały, niemal zuchwały”. Perfekcja wykonanego manewru wzbudziła entuzjazm zgromadzonych na nabrzeżu: „Wymachiwali czapkami nawet funkcjonariusze kapitanatu portu, piloci, marynarze statków znajdujących się w porcie, słowem wszyscy bez wyjątku, kto tylko był i widział”.

Co odpowiem św. Piotrowi?

Wielką morską pasję generała, którą realizował przede wszystkim jako opiekun polskich harcerzy, przerwała wojna. Planowany na koniec sierpnia 1939 roku rejs został odwołany. Zaruski wyjechał z Gdyni i mimo zaawansowanego wieku zgłosił się do służby w mobilizowanej polskiej armii. Nie przyjęto go, udał się więc do majątku przyjaciół na Wołyniu, a następnie do Lwowa. Tam harcerze ulokowali generała w ogrodzie botanicznym pod fałszywym nazwiskiem Spirydowicz (według innych źródeł Sidorowicz). Prawdopodobnie 10 grudnia 1939 roku (lub 31 marca roku następnego) ukrywającego się Zaruskiego aresztowało NKWD. Historia życia „pierwszego harcerza i żeglarza Rzeczpospolitej” zatoczyła krąg. Trafił do sowieckiego więzienia w Chersoniu niedaleko Odessy, gdzie pół wieku wcześniej rozpoczął przygodę z morzem.

Zarzucono mu, że „był oficerem byłej polskiej armii i posługiwał się fałszywymi dokumentami, pragnąc zataić swoją poprzednią działalność”. W trakcie śledztwa został uznany za „element społecznie niebezpieczny” i skazany na pięć lat łagru. Wiosną 1941 roku zachorował na krwawą dyzenterię i w ciężkim stanie trafił do szpitala więziennego. Mariusz Zaruski zmarł 8 kwietnia 1941 roku. „Trup męski prawidłowej budowy ciała rażąco wyniszczony złym odżywianiem (głodem)” – napisano w akcie wystawionym przez lekarza szpitala więziennego w Chersoniu. Kilka lat przed śmiercią na kartach „Wśród wichrów i fal” pisał: „Gdy stanę przed św. Piotrem i ten zapyta, jak mnie zameldować, odpowiem: »Łamałem młotem wrzeciądza niewoli, prowadziłem Polaków w góry i na morze, ażeby stali się twardzi jak granit, a dusze mieli czyste i głębokie jak morze«”.


Pisząc artykuł, korzystałem m.in. z publikacji pt. „Mariusz Zaruski” Bartosza Januszewskiego. dr Jan Hlebowicz, historyk, publicysta, pracownik IPN Gdańsk, w latach 2012−2018 dziennikarz „Gościa Niedzielnego”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama