W ciszy adoracji przed Najświętszym Sakramentem powierzali Bogu swoje pragnienia, pytania i często wieloletnie oczekiwanie. Jak każdego ósmego dnia miesiąca w sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej w gdańskim Matemblewie zgromadziły się małżeństwa starające się o dar potomstwa oraz ich bliscy.
Wstępne rozważanie poprowadził ks. Piotr Wiecki, proboszcz parafii św. Antoniego Padewskiego w Redzie. Nawiązał do czwartego przykazania: "Czcij ojca swego i matkę swoją". Jak podkreślił, hebrajskie znaczenie tego słowa jest głębsze niż polskie "czcić". Oznacza ono "dźwigać ciężar". - Wartość Boga jest w nas na tyle, na ile jest też ciężka - mówił. - Jadąc tutaj, zastanawiałem się, ile osób przyjdzie w taką zimową niedzielę, kiedy myśli się już o rozpoczynającym się tygodniu pracy. Pomyślałem, że trzeba mieć w sobie odpowiedni ciężar i cześć wobec daru życia, skoro jesteście tu co miesiąc - dodał.
Odwołał się do przeczytanych wcześniej słów z Ewangelii św. Mateusza i Kazania na Górze, zwracając uwagę na słowo "jesteście". - Wy jesteście solą ziemi. Wy jesteście światłem świata. Obrazy się zmieniają, ale to słowo pozostaje - podkreślał. Aby je zrozumieć, trzeba - jak mówił - przejść drogę ośmiu błogosławieństw. To one prowadzą do odkrycia dziewiątego: "Błogosławieni jesteście", czyli "szczęśliwi jesteście". - Człowiek jest szczęśliwy wtedy, gdy rozpozna, że jest - i kim jest. A jest nieszczęśliwy, gdy tego nie odkryje - mówił.
W kontekście małżeństw pragnących potomstwa pytanie "kim jestem?" wybrzmiało szczególnie mocno. - Gdy bardzo skupimy się na własnych pragnieniach, możemy utracić właściwy obraz Boga, a wtedy tracimy też obraz samych siebie - zauważył ks. Wiecki. Zachęcał, by w uwielbieniu pozwolić Bogu być Tym, który mówi: "Jestem, który jestem". - Gdy rozpoznamy Go jako obecnego, On przywróci nam właściwy obraz nas samych - dodał.
Podczas spotkania wybrzmiało również poruszające świadectwo Asi z Torunia, która przez ostatnie dwa lata pracowała w ośrodku adopcyjnym. - Przychodzę do was z dużą kruchością, ale nie mogę milczeć - rozpoczęła.
Podkreśliła, że dziś w Polsce na adopcję czeka około 80 tysięcy dzieci. - To nieprawda, że procedury trwają pięć lat. Dzieci jest bardzo dużo, rodziców - wciąż za mało. Noworodki potrafią czekać w szpitalach po dwa i pół miesiąca. Nikt nie zrozumie czekania tak jak dziecko, które czeka na mamę i tatę - mówiła.
Dodała, że pracowała w katolickim ośrodku adopcyjnym. - Jeszcze niedawno w Polsce było ich 26, dziś zostało osiem. W styczniu zamknął się kolejny. A liczba porzuconych dzieci nie maleje. Ustawa mówi, że dzieci poniżej 10. roku życia nie powinny przebywać w domach dziecka. A ja wchodzę do placówki, w której najstarsze dziecko ma pięć lat. Trzydzieścioro maluchów, w tym osiem niemowląt leżących obok siebie na dywaniku. Tego obrazu nie da się zapomnieć - głos jej drżał.
- Mówię o tym, bo wiem, że wielu ludzi boi się adopcji. Boją się procedur, nieznanego, własnych ograniczeń. A ja widzę, jak rodzi się więź. Rozmawiałam z wieloma kobietami, które przyjęły dzieci adopcyjne - i pojawiała się laktacja. Ciało odpowiadało na miłość. Słyszałam od ojca czwórki dzieci: "Dwoje adoptowaliśmy. Nie pamiętam które". To jest prawda o tej więzi - ona jest tak silna, że przestaje się widzieć różnicę - zapewniła.
Opowiadała, że po wakacjach zorganizowane zostało spotkanie dla dzieci, które w tym roku trafiły do rodzin. - Pytałam je, jak spędziły lato. Nie opowiadały o drogich wyjazdach. Staś powiedział: "Spałem z tatą pod starym dębem". Julka: "Tata nauczył mnie pływać". Inne wspominały wspólne gofry z mamą. One delektują się tym, że mogą powiedzieć: "moja mama", "mój tata" - mówiła.
Przyznaje, że wiele razy stała z dwiema kartami dzieci w ręku i wiedziała, że tylko jedno z nich pójdzie do rodziny. - Rodziców nie wystarcza dla wszystkich. Pamiętam czteroipółletniego Czarka, który po pierwszym spotkaniu z przyszłymi rodzicami wrócił do domu dziecka i powiedział do innych dzieci: "Widziałem mamę. Widziałem tatę. Oni istnieją" - wspomina.
- Dzieci inaczej przeżywają czas. Dorośli mówią: „po weekendzie”, „w poniedziałek”, „we wtorek”. A dziecko pyta: „Już jest piętnasta? Już poniedziałek? Już mama przyjdzie?”. Dla nich każdy dzień to ogromne czekanie. Dlatego wiem, że trzeba się spieszyć. Ja chcę zrobić wszystko, żeby w tym kraju było o jedno porzucone dziecko mniej. Może ktoś z was rozeznaje taką drogę. Może choć jedna para zrobi krok - zastanawiała się.
Ania i jej mąż Sławek kilkukrotnie przychodzili na adorację z modlitwą o uzdrowienie. - Nasza droga starania się o dziecko niektórym może wydać się krótka, bo tylko 3 lata, ale dla nas to było jak cała wieczność - mówi Ania. Pobrali się w 2018 roku. - Pamiętam, że już wtedy snuliśmy plany o dużej rodzinie, domu, psie. Taki obrazek mi się malował w głowie, kiedy wyobrażałam sobie szczęście - wspomina kobieta.
To szczęście jednak nie nadchodziło. - Początkowo myślałam, że to stres, oboje mieliśmy wymagające prace. Złota rada o wyjeździe na wakacje, wyluzowaniu i czystej głowie nic nie dała. Pamiętam, że każdego miesiąca przeżywałam stratę. To było okropne - mówi Ania.
- Nikła w oczach. Chodziła markotna, nic nie sprawiało jej radości, a wieści o ciążach znajomych bardzo bolały, chociaż wiem, że cieszyła się z nimi, ale przez łzy - mówi Sławek. Wtedy usłyszeli o Matemblewie. - Nie miałem pojęcia o tym sanktuarium, bo oboje nie jesteśmy z Gdańska i w sumie do kościoła w środku lasu nigdy nie trafiliśmy - uśmiecha się. Aż do momentu, kiedy znajomi wspomnieli im...o przepięknej trasie spacerowej. Postanowili to sprawdzić. I tak którejś niedzieli, przyjechali do Matemblewa. - Jak ja się wtedy rozkleiłam, kiedy na wzgórzu zobaczyłam Matkę Bożą Brzemienną. Płakałam jak bóbr, z żalu, złości, niemocy, szczęścia, nadziei - tych łeż był milion, ale po tym spotkaniu wróciłam do domu bardzo spokojna - wspomina Ania.
Trafiła do nich informacja o adoracjach 8. dnia miesiąca. Pojechali i wracali parokrotnie. - Ta świadomość, że nas - strających się - jest tak wielu dała mi kopa do znalezienia lekarza, zrobienia badań, wprowadzenia zmian w życiu i nie od razu, ale po pewnym czasie zobaczyliśmy te dwie upragnione kreski na teście, a następnie kolejne i jeśli się uda, chcemy te "kreski" zobaczyć jeszcze ze dwa razy - uśmiecha się Ania.
Wieczór w Matemblewie upłynął w atmosferze skupienia, modlitwy i wzajemnego wsparcia. Małżeństwa trwały przed Najświętszym Sakramentem, powierzając Bogu swoje pragnienie rodzicielstwa, ale też pytania o tożsamość, sens i zaufanie.
Adoracje z modlitwą o uzdrowienie dla małżeństw starających się o potomstwo odbywają się w matemblewskim sanktuarium każdego ósmego dnia miesiąca o 19.30.