Po raz pierwszy obchody rocznicy Zaślubin Polski z Morzem w Pucku zorganizowano dualistycznie: miasto z burmistrz na czele przygotowało własną formułę uroczystości, a działacze kaszubscy zaprotestowali i postanowili świętować tak, jak zawsze - 10 lutego. Spór o datę w istocie stał się sporem o wierność tradycji.
Jest w tym pewna prawidłowość, którą Puck zna od lat: jakkolwiek układały się państwowe scenariusze, osią obchodów zawsze pozostawał Kościół. Tam rocznica nabierała sensu, tam wracała po latach milczenia, tam przetrwała w PRL w formie głównie religijnej. Tak było i w tym roku.
Obchody w poniedziałek 9 lutego rozpoczęły się na puckim Starym Rynku. Następnie zebrani udali się do fary pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła, w której Eucharystii przewodniczył abp Tadeusz Wojda. W homilii zaczął od obrazu świątyni i Arki Przymierza, a potem przeniósł ten klucz na polską historię: wolność, która kosztuje, i pamięć, która nie może być tylko rocznicowym wzruszeniem.
Mówił szeroko o tym, że naród nie utrzymuje kierunku bez odniesienia do Boga, a relacja z Nim nie jest opowieścią ładną, tylko wymagającą, bo odsłania także niewierności człowieka. - Świątynia to historia ludu zgromadzonego wokół Przymierza, którego trwałą pamiątką jest Arka Pana. Świątynia to historia drogi ku wolności, którą wskazuje Bóg swojemu ludowi. Świątynia to wreszcie historia relacji pomiędzy Bogiem a ludem wybranym, naznaczona błogosławieństwem Bożym, ale też i cierpieniem ludu z powodu nieustannych jego słabości, upadków, niewierności i grzechu. Arka Przymierza, a w niej złożone 10 Przykazań Bożych, zapisanych na kamiennych tablicach, jest symbolem tego Przymierza - tłumaczył pasterz.
Od tego obrazu metropolita przeszedł do historii Polski - do rozbiorów i prób wykorzeniania języka, kultury i wiary. A potem do momentu, w którym odzyskana niepodległość domagała się dopełnienia. Bez morza, mówił, wolność pozostaje jakby "zaciśnięta", nie oddycha pełnią. Gest gen. Józefa Hallera wybrzmiał więc nie jako pamiątkowa scena, ale jako decyzja, która niesie konsekwencje.
- Zgromadziliśmy się w tej puckiej świątyni, nad brzegiem morza, w miejscu naznaczonym historią, modlitwą i odpowiedzialnością, by odnowić pamięć tamtego wydarzenia, ale także by zapytać się, czy jesteśmy dalej wierni zaciągniętym zobowiązaniom. Symbole mają sens, jeśli idzie z nimi odpowiedzialność. Właśnie dlatego możemy powiedzieć, że rocznica Zaślubin Polski z Morzem nie jest jedynie wspomnieniem wydarzenia sprzed lat. Jest żywą opowieścią o przymierzu: o decyzji narodu, o nadziei pośród ruin zniszczonej wówczas Polski, o spojrzeniu w przyszłość z wiarą, że Bóg prowadzi historię nawet wtedy, gdy fale są wysokie, a wiatr przeciwny - podsumował abp Wojda.
Drugi dzień był powrotem do rocznicy w jej właściwym miejscu. Słowa Hieronima Derdowskiego: "Nie ma Kaszëb bez Polonii, a bez Kaszëb Polści" stały się mottem kolejnych pokoleń Kaszubów, którzy zachowali polskość Pomorza aż do przejęcia tych ziem przez Błękitną Armię. W duchu tego hasła działacze kaszubscy 10 lutego uczcili odzyskanie dostępu do morza w 1920 r., podkreślając, że dało się pogodzić obchody 100-lecia Gdyni ze 106. rocznicą Zaślubin Polski z Morzem, choć oficjalnie przesunięcie miejskich uroczystości na dzień wcześniej tłumaczono właśnie jubileuszem Gdyni. Tego dnia do Pucka przyjechał także prezydent Karol Nawrocki, co nadało obchodom wyraźny wymiar państwowy. W tej postawie jest coś więcej niż spór z samorządem: przekonanie, że tradycja ocalała właśnie dlatego, że przez lata nie pozwolono jej rozmyć.
Centrum znów stanowiła Eucharystia w puckiej farze, którą celebrował bp Wiesław Szlachetka. Kapłan już na początku połączył motyw zaślubin z Ewangelią o Chrystusie, który rozpoczyna misję nad "morzem" Galilei, jakby przypominając, że woda bywa miejscem próby, odpowiedzialności i powołania. - Odczytana przed chwilą Ewangelia opowiada o początku publicznej działalności Jezusa. Tę działalność rozpoczął w Galilei, a dokładniej na ziemiach Zabulona i Neftalego, osiedlając się w Kafarnaum na północnym brzegu Jeziora Galilejskiego, zwanego też Morzem Tyberiadzkim. A więc ojczyzna Jezusa też miała swoje morze, które było świadkiem powołania pierwszych uczniów - zaznaczył biskup pomocniczy.
Potem duszpasterz przypomniał, że biblijna ciemność nie opisuje pogody ani geografii, ale duchowe zagubienie narodu. - W VIII w. przed Chrystusem te ziemie, jak i cała Galilea, zostały odbite przez Asyryjczyków, którzy uprowadzili do niewoli ludzi wykształconych, rzemieślników, artystów. Jedynie pozostawili tam lud prosty, który nie miał nic, prócz rąk do niewolniczej pracy na rzecz okupanta. Przyczyną tego dramatu narodu wybranego było porzucenie Boga i Jego praw - wyjaśnił.
W tym świetle zaślubiny odczytał jako wezwanie do przemiany sumienia. Najmocniej wybrzmiał wątek metanoi, czyli "zmiany myślenia". - Słyszeliśmy wołanie naszego Zbawiciela: "Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie". W oryginalnym zapisie tej Ewangelii, czyli w greckim jej tekście, czytamy metanoeite. To znaczy dosłownie: "zmieńcie myślenie" - mówił.
Dalej bp Szlachetka ostrzegł przed mentalnością, która usuwa granice dobra. - Bóg daje Dziesięć Przykazań. Szatan zaś daje tylko jedno, które jest zachętą: "Róbcie, co chcecie". Historia uczy, że zawsze, gdy ludzie zmieniają myślenie, gdy kształtują je według ducha Ewangelii, wtedy dokonują się wielkie rzeczy - podsumował. Podobnie jak dzień wcześniej u abp. Wojdy, rocznica nie była tu tylko wspomnieniem, ale pytaniem o odpowiedzialność. Metropolita mówił o przymierzu i wierności zobowiązaniom, bp Szlachetka o metanoi, czyli zmianie myślenia, i o granicach, które chronią wspólnotę. A centrum pozostało to samo: Kościół, gdzie pamięć nabiera ciężaru decyzji.
Po poniedziałkowej i wtorkowej liturgii wierni udali się do puckiego portu na dalszą część uroczystości, zwieńczoną złożeniem kwiatów i wiązanek pod pomnikiem gen. Hallera. 10 lutego kwiaty złożył także prezydent Karol Nawrocki.
Wioleta Żurawska /Foto Gość
Dlaczego Kościół jest od początku osią upamiętnienia Zaślubin Polski z Morzem? Rocznica żyje, bo ma stałe miejsce. A tym stałym miejscem dla Kaszubów od zawsze była świątynia. Zanim idzie się do portu, zanim wysłucha się przemówień i złoży kwiaty, najpierw jest Msza św., dziękczynienie, modlitwa za ojczyznę. To nie przypadek. To sposób, w jaki wspólnota celebruje własną historię.
Właśnie dlatego tak mocno brzmi pamięć o tym, co działo się w PRL. Wbrew władzy komunistycznej obchody wznowiono w latach 70. i w tamtym czasie miały one wyłącznie charakter kościelny. Zapoczątkował je ks. Hilary Jastak, nazywany "Królem Kaszubów", wraz z działaczami kaszubskimi Stanisławem Cygiertem, Pawłem Tarnowskim i Władysławem Torlińskim. Potem przyszedł rok 1985 i swoiste trzęsienie ziemi. 10 lutego do Pucka zjechała cała Polska. Homilię wygłosił kard. Józef Glemp, prymas Polski, a organizacyjnie całe przedsięwzięcie udźwignął młody lider Zygmunt Orzeł (dziś również obecny na uroczystościach).
W duchu tej pięknej historii i tradycji Kaszubi chcą, by 10 lutego został ustanowiony świętem państwowym - Narodowym Dniem Zaślubin Polski z Morzem, wzorem podobnych uroczystości obchodzonych w siostrzanych regionach - Wielkopolsce i na Śląsku. Nie po to, by "uroczyściej celebrować" rocznice, ale po to, by tej dacie dać rangę, której nie da się relatywizować ani przesuwać w kalendarzu według bieżącej wygody. Rozpoczęto już procedurę formalną - zgłoszono rejestrację komitetu ustanowienia 10 lutego Narodowym Dniem Zaślubin Polski z Morzem - świętem państwowym, pod wodzą działaczy kaszubskich Kazimierza Klawitra, wspomnianego wcześniej Z. Orła i Adama Śliwickiego. Wkrótce rozpocznie się zbiórka podpisów pod inicjatywą.
W tle jest prosta opowieść: 10 lutego 1920 r. gen. Haller wrzucił do Bałtyku pierścień, pieczętując powrót Polski nad morze. Dla Kaszubów to nie jest jedynie symboliczny gest, ale moment domykający wysiłek pokoleń, które w XIX i na początku XX w. broniły polskości, przeciwstawiały się germanizacji i po I wojnie światowej jasno opowiedziały się za Rzecząpospolitą.
Jest też drugi, ciemniejszy wymiar tej historii - choć samo przejęcie Pomorza odbyło się bez rozlewu krwi, bardzo wielu tych, którzy pracowali nad jego odbudową i umacnianiem, zostało zamordowanych przez Niemców na początku II wojny światowej. Pamięć o Piaśnicy, Szpęgawsku czy Stutthofie sprawia, że rocznica zaślubin nie jest tylko świętem sukcesu, ale także hołdem dla tych, którym odebrano życie.
Na koniec ta opowieść płynnie przechodzi w teraźniejszość. Morze wciąż ma znaczenie strategiczne, gospodarcze i symboliczne i znów mówi się o budowaniu silnej Polski morskiej: o portach, stoczniach, statkach, rozwoju marynarki. W tym ujęciu 10 lutego nie zamyka się w przeszłości. Ma przypominać, że wolność i suwerenność są pracą, którą trzeba wykonywać także dziś.
Tegoroczny "dwutor" w Pucku nie był tylko napięciem organizacyjnym. Był papierkiem lakmusowym. Pokazał, że 10 lutego to dla wielu nie data do negocjacji, tylko data do strzeżenia. Był też dodatkowym impulsem do podjęcia jeszcze większych starań o pielęgnowanie historii i tradycji zaślubin.