Nie chodziło tu o jubileuszową oprawę, lecz o coś znacznie bardziej wymagającego. W sobotni wieczór 7 marca w dolnym kościele parafii św. Andrzeja Boboli na gdyńskim Obłużu po raz trzeci zebrali się mieszkańcy, wspólnoty, młodzi i rodziny, by modlić się za Gdynię.
Trzeci Gdyński Wieczór Uwielbienia, organizowany przez Wspólnotę Radości Paschalnej i parafię, wpisał się w przeżywanie 100-lecia miasta, ale jego ton był wyraźny od początku: mniej akademii, więcej wołania do Boga o sens, pokój i dobrą przyszłość. W tym cyklu od początku nie format jest najważniejszy, ale intencja. Tak było w poprzednich spotkaniach i tak było również teraz.
Prowadzący przypomnieli, że chodzi o modlitwę za konkretne miejsce i konkretnych ludzi. Nie za abstrakcyjną "społeczność lokalną", ale za tych, którzy właśnie tutaj przeżywają życie. - Wierzymy w to, że Pan Bóg chce przychodzić do tego miasta, do tych, którzy tutaj mieszkają, którzy najważniejszy dzień przeżywają, którzy doświadczają wielu rzeczy właśnie w tym miejscu. I mają swoje trudności, mają swoje radości i czują, że właśnie to miejsce jest ich miejscem życia. Dlatego tym bardziej chcemy razem z wami dalej się modlić - mówił Ireneusz Trojanowicz.
Bardzo ważną częścią spotkania była prezentacja wspólnoty Rahamim, młodej grupy działającej przy parafii św. Andrzeja Boboli. Młodzi opowiadali o początkach wspólnoty, o drodze od spotkań przy herbacie i planszówkach do coraz głębszej formacji, adoracji, wyjazdów, przygotowania do bierzmowania i realnej odpowiedzialności za innych. Najmocniej wybrzmiała ich otwartość. - Nasze drzwi są cały czas otwarte. Jest w naszej wspólnocie trzon osób, które są w niej od początku albo prawie od początku. Jednocześnie nieustannie przychodzą do nas także osoby, zwłaszcza po przyjęciu sakramentu bierzmowania, które szukają swojego miejsca, wspólnoty, gdzie mogą dalej rozwijać się w wierze - mówili.
Młodzi opowiadali też o chwili, w której sami zaczęli wyraźniej widzieć sens bycia częścią większej całości - podczas prezentacji wszystkich grup działających w parafii. - Dopiero wtedy można było dostrzec, jak te wszystkie grupy wzajemnie się dopełniają i tworzą jeden wspólny organizm. Tym bardziej cieszę się, że możemy dziś, jako jedna z parafialnych wspólnot, uczestniczyć w spotkaniu organizowanym przez inną grupę i w ten sposób je wspierać, bo takie dzieła naprawdę warto wspierać - dodali. Właśnie w takich momentach widać, że gdyńskie spotkania nie są budowane na prostym schemacie "mówca i publiczność", ale na doświadczeniu Kościoła, który spotyka się sam ze sobą, rozpoznaje się i uczy wdzięczności za różnorodność darów.
Gościem wieczoru była Marta Miłuńska, psycholog, psychoterapeutka, liderka uwielbienia i prezes Fundacji "Projekt Przebudzenie", związana także ze Szkołą Uwielbienia w Warszawie. Temat spotkania został zaczerpnięty ze słów proroka Jeremiasza: "Ja bowiem znam zamiary, jakie mam wobec was". I właśnie to zdanie stało się osią całej konferencji. Prelegentka bardzo szybko zeszła jednak z poziomu samego hasła i weszła w to, co najbardziej osobiste. Zaczęła od pytania o tożsamość. Kim człowiek jest naprawdę, kiedy próbuje powiedzieć o sobie jedno najważniejsze zdanie? Nie zatrzymała się na swojej pracy, kompetencjach czy rolach. Poprowadziła słuchaczy w stronę tego, co dla wiary fundamentalne. - Jeśli mam się przedstawić i powiedzieć, kim jestem, to przede wszystkim jestem córką Boga, który ma wobec mnie konkretny zamysł. On zna te plany i wie również, jaka przyszłość jest przede mną. A ta przyszłość jest dobra, bo nie prowadzi ku zgubie, lecz ku dobru - podkreślała.
Szybko okazało się, że dla prelegentki to słowo z Jeremiasza nie jest pobożnym ozdobnikiem, ale obietnicą, z którą człowiek naprawdę musi się zmierzyć. Najbardziej poruszające fragmenty konferencji dotyczyły momentów, w których życie nie układa się według własnych planów. M. Miłuńska opowiadała o doświadczeniu porodu pierwszego dziecka, o rozczarowaniu, bezradności i o tym, jak łatwo w takiej chwili podważyć sens biblijnej obietnicy. Nie wygładzała tej historii. Nie próbowała robić z niej prostego świadectwa z gotową puentą. - Nie wiem, czy wszyscy tutaj mamy świetne życie i czy naprawdę nic złego nam się nie zdarza. Myślę jednak, że każdy z nas doświadcza czasem takich sytuacji, w których ma wrażenie, jakby ktoś ukradł mu to słowo z Jeremiasza 29. Że oczekiwałam czegoś zupełnie innego, a to, co przyszło, okazało się bardzo trudne. Nie wiem, czy macie takie doświadczenie. Ja mam - mówiła szczerze.
To był moment, w którym konferencja zyskała szczególną gęstość. Bo nagle przestała być ogólną opowieścią o wierze, a stała się zapisem bardzo ludzkiego zmagania z Bogiem, któremu człowiek próbuje zaufać, choć nie rozumie drogi. Właśnie tu ujawniła się siła tego wieczoru. Nie w emocji samej dla siebie, ale w uczciwości. Warszawianka pokazała, jak szybko człowiek potrafi po jednym bolesnym doświadczeniu wykreślić słowo obietnicy, jak łatwo zaczyna wierzyć bardziej własnemu lękowi niż Bogu. A jednocześnie prowadziła dalej - ku spojrzeniu na życie nie jako na pojedynczy epizod, ale jako na proces. Mówiła, że dopiero z czasem, oglądając własną drogę wstecz, zaczęła dostrzegać ciągłość Bożego prowadzenia.
Naturalnym przedłużeniem tej opowieści stał się temat przyszłości. I właśnie tu konferencja dotknęła czegoś bardzo współczesnego. Przyszłość dla wielu ludzi nie jest dziś przestrzenią nadziei, ale napięcia. - Ponieważ nie znam przyszłości, naturalnym odruchem człowieka niewierzącego staje się lęk. Pojawiają się pytania: "Czy w Polsce nie będzie wojny? Czy nie trzeba już na wszelki wypadek myśleć o wyjeździe, choćby do Hiszpanii?". Ja akurat nic tam nie mam, chociaż chętnie miałabym ze względu na słońce, ale przecież właśnie tak działa ten mechanizm: nawet jeśli brzmi to półżartem, gdzieś w tle pozostaje niepokój o przyszłość - tłumaczyła M. Miłuńska. W tym fragmencie było i rozbrojenie napięcia, i bardzo celna diagnoza. Współczesny człowiek często uznaje lęk za rozsądek, a ufność za naiwność. Tymczasem chrześcijańska nadzieja nie jest przecież brakiem realizmu. Jest decyzją, by nie oddawać przyszłości wyłącznie własnym scenariuszom i własnemu strachowi.
Właśnie dlatego III Gdyński Wieczór Uwielbienia wybrzmiał tak spójnie. Z jednej strony młoda wspólnota, która pokazywała, że Kościół w mieście żyje i zaprasza. Z drugiej strony konferencja, która nie pocieszała powierzchownie, ale prowadziła przez kruchość, zawód i pytania o jutro. A wszystko to domknięte modlitwą uwielbienia. Tą samą logiką, którą w tym cyklu dało się już rozpoznać bardzo wyraźnie: najpierw słowo, potem odpowiedź serca.