Mija 10 lat od śmierci ks. Jana Kaczkowskiego, ale w jego historii wciąż nie ma kropki. Został nie tylko w pamięci tych, którzy go znali, ale też w konkretnych miejscach, dziełach, słowach i ludzkich decyzjach. Wciąż wraca tam, gdzie trzeba przywrócić choremu godność, powiedzieć prawdę z miłością albo po prostu zostać przy człowieku, gdy robi się naprawdę trudno.
Rocznica śmierci duszpasterza była celebrowana 28 marca podczas Mszy św. w Kościele św. Jerzego w Sopocie, a wcześniej w Gdyni pokazano przedpremierowo poświęcony mu film. Ale pamięć o nim nie zatrzymała się na kalendarzu. W Trójmieście i daleko poza nim wciąż wraca jego sposób mówienia o życiu, chorobie, cierpieniu i wierze. Wraca też pytanie, które po nim zostało: czy naprawdę umiemy być przy człowieku wtedy, gdy kończą się łatwe słowa? To chyba najbardziej uderza po dekadzie. Ks. Jan nie zapisał się w naszej pamięci tylko dlatego, że był wyrazisty, błyskotliwy i medialny. W Polsce nie brakowało przecież duchownych, którzy potrafili dobrze mówić. On robił coś trudniejszego. Potrafił wejść w przestrzeń, której większość z nas instynktownie unika: w świat cierpienia, umierania, bezradności, lęku, rodzinnych napięć i pytań, na które nie ma wygodnych odpowiedzi. Nie lukrował tej rzeczywistości. Nie przykrywał jej religijnym banałem. A jednocześnie nie odbierał nadziei. Dlatego do dziś tak wielu ludzi, także tych stojących daleko od Kościoła, mówi o nim z wdzięcznością.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł