• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Jeśli masz doła, to...

    Jan Hlebowicz Jan Hlebowicz

    dodane 28.03.2017 11:00

    Ks. Jan Kaczkowski we wspomnieniach najbliższych w pierwszą rocznicę śmierci.

    Jeden z najbardziej znanych i szanowanych w Polsce duchownych, twórca puckiego hospicjum, bioetyk, autor książek i - jak sam o sobie mówił - "onkocelebryta" zmarł 28 marca 2016 r., w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy. Miał 38 lat. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Miłosierdzie, miłosierdzie, miłosierdzie"...

    Dla wielu Polaków ks. Jan był i nadal jest bardzo ważną osobą. Potrafił w prosty sposób mówić o trudnych sprawach. Dzisiaj, w pierwszą rocznicę jego śmierci, dzielimy się wspomnieniami jego najbliższych.

    Ks. prof. Jan Perszon, teolog, pierwszy proboszcz ks. Jana: - Głośne, rozlegające się w całej puckiej farze stukanie "na odchodne", czyli po rozgrzeszeniu, oznajmiało wszystkim, że "Jan spowiada". Wszystko wedle starego liturgicznego rytu: pobożnie, dokładnie, pięknie, ze czcią. W konfesjonale Jan, a właściwie Chrystus przez niego dokonywał cudów. Powyciągał z różnych uzależnień - narkotyków, alkoholu - całe grono młodych ludzi. Jego podopieczni wywodzili się z dysfunkcyjnych, bardzo często rozbitych rodzin. Dawał im swój numer telefonu i mówił: "Jeśli masz doła, to zadzwoń do mnie". Z komórką właściwie się nie rozstawał. Stał się dla młodych ludzi kierownikiem duchowym, a później zaangażował wielu z nich do pracy na rzecz hospicjum. Szli za nim jak w dym i w większości przypadków nie był to zapał, który kończył się po pierwszej charytatywnej akcji. Jego umiejętność gromadzenia ludzi wokół szlachetnej sprawy była wielkim darem od Pana Boga.

    Józef Kaczkowski, tata ks. Jana: - W pierwszym okresie, zaraz po diagnozie glejaka mózgu, widziałem u Jana rodzaj żalu, pretensji, ogromnego smutku. On jednak bardzo szybko się pozbierał i uporządkował własne myśli. Zaczął przygotowywać się do śmierci, żyjąc jednocześnie na - jak sam mówił - pełnej petardzie. Wykłady, "żebracze kazania" na rzecz hospicjum, udzielanie wywiadów, pisanie książek. Starałem się go wyhamować, ale bezskutecznie. Jednak w tym natłoku zajęć najważniejsi pozostali jego podopieczni, pacjenci. Potrafił odłożyć wszystko, żeby znaleźć się przy łóżku chorego.

    Jarosław Szydłak, manager zajmujący kierownicze stanowisko w jednym z banków, z wykształcenia filozof, członek Domowego Kościoła (z Janem poznali się w seminarium): - Ja nazywałem go "Kaczką", a on mnie "Kikołkiem". Kiedy przyszedłem na pierwszy rok, Jasiu zaczynał piąty. Kiedy ja żegnałem się z seminarium po paru miesiącach trzeciego, on był już wyświęcony. Były dwie rzeczy, które szczególnie ciągnęły mnie do Jasia. To, że miał (podobnie jak ja) pozytywnego bzika na punkcie liturgii. Po drugie - Jasiu był już wtedy uważany za postać kontrowersyjną. Przychodząc na pierwszy rok, wiedziałem, kim jest "ten Kaczkowski". Krążyły o nim rozmaite legendy. Jedne nieco prześmiewcze, wynikające z wady wzroku i problemów z poruszaniem się, inne związane z jego wybitną inteligencją i nieznającym strachu krytycyzmem. Pamiętam, jak na jedną z konferencji rekolekcyjnych demonstracyjnie wszedł spóźniony z... poduszką pod pachą. Nasze kontakty nasiliły się, kiedy na pół roku przejąłem funkcję seminaryjnego "kserowego". Janek przychodził do mnie, rzucał stos materiałów i mówił: "Kikołku, weź mi to na A3 zrób". Musiał mieć w takim rozmiarze, bo mniejszych nie był w stanie rozczytać. Podczas kserowania dużo gadaliśmy. O wszystkim: o życiu, rodzinie, Kościele, teologii, kapłaństwie i filozofii. Chyba wtedy się zaprzyjaźniliśmy.

    Marta Jacukiewicz, dziennikarka, znajoma ks. Kaczkowskiego: - Taka scena: po jednym z naszych wywiadów w puckim hospicjum pijemy kawę, luźno rozmawiamy, dopowiadamy pewne kwestie. Nagle do gabinetu wchodzi pielęgniarka: "Proszę księdza, pan Staszek umarł". Wtedy ks. Jan naprawdę się wściekł. Pierwszy raz go takim widziałam. "Nie może tak być, że ktoś z moich domowników umiera, a ja w tym czasie ucinam sobie pogawędkę, nawet z najmilszą dziennikarką. Dlaczego pani nie przyszła i nie powiadomiła mnie o sytuacji?!". "Nie chciałam przeszkadzać, bo ksiądz udzielał wywiadu". "Wywiad to bzdura w obliczu śmierci drugiego człowieka. Moim powołaniem jako księdza jest być przy umierającym, a nie rozmawiać z dziennikarzami. Niech pani to zapamięta i zawsze wchodzi, puka, krzyczy, woła, gdy którykolwiek z pacjentów będzie potrzebował pomocy".

    Więcej na temat życia i działalności ks. Jana Kaczkowskiego TUTAJ.

    Więcej na temat Mszy św. w intencji ks. Jana Kaczkowskiego TUTAJ.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół