• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Na pełnej petardzie!

    Jan Hlebowicz 


    |

    Gość Gdański 15/2016

    dodane 07.04.2016 00:00

    Wielki Czwartek. Łóżko ks. Kaczkowskiego otaczają najbliżsi. Rodzice trzymają syna za rękę. Ksiądz Jan jest już bardzo słaby, od kilku dni właściwie się nie odzywa. Jednak w pewnym momencie otwiera delikatnie usta i powtarza cicho: "Miłosierdzie, miłosierdzie, miłosierdzie...".

    To jego ostatnie słowa. – Wiedział doskonale, co go czeka, i że koniec jest nieuchronny. Jasiu był przygotowany do śmierci. Podobnie jak my. Oswajał nas i całą Polskę z tematem nieuleczalnej choroby, cierpienia, godnego odchodzenia. Swoją postawą, pozbawioną pretensji, żalu, pełną uśmiechu i poczucia humoru, dodawał siły nie tylko najbliższym, ale także swoim podopiecznym i ciężko chorym w całym kraju – mówi pan Józef, tata ks. Jana.

    Jeden z najbardziej znanych i szanowanych w Polsce duchownych, twórca puckiego hospicjum, bioetyk, autor książek i – jak sam o sobie mówił – „onkocelebryta” zmarł cztery dni później, w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy. Miał 38 lat. – W poniedziałek wykręciłam numer ks. Jana. Odebrał tata – opowiada Marta Jacukiewicz, dziennikarka i znajoma ks. Kaczkowskiego. – „Jest mi bardzo przykro” – powiedziałam, płacząc do słuchawki. Na to pan Józef odpowiedział spokojnie: „Kochana, nie smuć się”.


    I w bólach rodzić będziesz 


    Sopockie mieszkanie państwa Kaczkowskich, w którym Jan spędził pierwsze lata swojego życia, było nieco inne od pozostałych w bloku. Zamiast meblościanki w pokoju stały metalowe półki z książkami. Mama Helena – tłumaczka z francuskiego. Tata – inżynier. Umysł ścisły zafascynowany Mrożkiem. „Uwielbiał zabawy językowe, stale nam serwował oryginalne powiedzonka. Gdy w trakcie obiadu moje ręce błądziły pod stołem, pytał: »A co ty jesteś, Wenus z Milo?«”– wspominał dzieciństwo ks. Jan i dodawał, że powołanie do kapłaństwa z pewnością „nie wzięło się z domu, bo rodzice, mówiąc eufemistycznie, Panu Bogu się nie narzucali”. – Nigdy nie byłem wojującym ateistą. Całą rodziną obchodziliśmy święta Bożego Narodzenia czy Wielkanoc, wpisane w naszą kulturę i tradycję. Natomiast prawdą jest, że zawsze pozostawałem w dystansie do Kościoła – zaznacza pan Józef. Mimo to Pismo Święte w domu Kaczkowskich nie kurzyło się na półce. Mama prawie co wieczór czytała Jankowi opowieści ze Starego i Nowego Testamentu, które on następnie przedstawiał rówieśnikom w przedszkolu. – Te historie musiały wywrzeć na nim duże wrażenie, bo któregoś razu podszedł do jednej z wychowawczyń, która była w zaawansowanej ciąży, przysunął się do jej brzucha i wypalił: „Brzemienną jesteś i w bólach rodzić będziesz”. Doprowadził bidulkę do płaczu – opowiada pan Józef. Wczesne lata Janek wiele czasu spędzał u boku babci. – Razem chodzili do kościoła, choć po latach mama twierdzi, że to raczej Jasiu ją ciągnął – podkreśla pani Helena. Któregoś dnia w ręce Jana wpadł mocno zniszczony, przedsoborowy mszalik babci. Wyczytał z niego, co to jest Ofiara, symbole szat liturgicznych, co oznacza Msza św. – Jasiu jako dziecko fascynował się obrzędami, liturgią, strojami. Lubił bawić się z siostrą i jej koleżankami w... procesję. Ustawiał je jako swoje parafianki, a sam szedł na czele z krzyżem. Następnie budował ołtarze i odprawiał fikcyjne Eucharystie – wspominają rodzice ks. Kaczkowskiego. 


    Trochę jak pierdoła... 


    Mały Jasiu urodził się jako wcześniak. Prawdopodobnie na skutek urazu okołoporodowego miał niedowład lewej strony ciała i ogromne problemy ze wzrokiem. Operacja za operacją i długie pobyty w szpitalu – tak wyglądało jego dzieciństwo i wczesna młodość. – Potykał się o własne nogi, był pulchny i miał dużego zeza. Z tymi wielkimi i grubymi okularami na nosie wyglądał trochę jak pierdoła. A mimo to zawsze budził sympatię rówieśników. Pamiętam, że jedna koleżanka stanęła kiedyś w jego obronie. Pobiła jakichś gamoni, którzy się z Jasia naśmiewali – opowiada pan Józef. – Był oczytany, ciekawy świata, potrafił słuchać i nie bał się dyskutować. Może dlatego był tak lubiany – dodaje. Spotykał się z kumplami i przyjaciółkami. Imprezował. Typowy nastolatek. Wówczas przeszła mu już dziecinna fascynacja Kościołem. – Denerwowały go wszystkie formy duszpasterstwa dla młodzieży: „Klaszczmy w łapki, dobrze, że jesteś, Jezus cię kocha”. Wydawało mu się to bardzo banalne – mówi pani Helena. Przełom nastąpił w trzeciej klasie liceum. Jan pojechał na wycieczkę do Torunia. „Skuliśmy się którejś nocy jak Beduini wódką. Były jakieś panny, które klepaliśmy po zadkach, lataliśmy po dachach, wpadła dyrektorka, zabrała nam flaszki” – wspominał. Następnego dnia na kacu wstąpił na chwilę do kościoła jezuitów. Po 7 latach przerwy wyspowiadał się. – Po powrocie nawiązał kontakt z gdyńskimi jezuitami. To była fascynacja duchowa i intelektualna. Prowadził dysputy, rozważania – przypomina sobie tata ks. Jana. Po maturze podjął decyzję o wstąpieniu do zakonu. – Odmówili mu ze względu na wadę wzroku. Było mu przykro, ale nie poddał się. Złożył papiery do gdańskiego seminarium. I tam go przyjęli – kontynuuje pan Józef. – Nigdy nie odciągałem go od tej decyzji. Może przez krótką chwilę pomyślałem, że ten wybór to ucieczka przed życiem, światem. Może bał się, że nie poradzi sobie ze swoimi ułomnościami, a jako księdzu będzie mu z tym łatwiej? Ale pomyliłem się. To było prawdziwe powołanie. 


    Gość, który wiecznie prowokował 


    W seminarium dostał ksywkę „Skaner”. Gdy czytał bez okularów, przykładał tekst pod same oczy. Wyglądał, jakby wąchał kartki. Mimo że młody kleryk nie spełniał warunków zdrowotnych, jakie stawia Kościół, dotrwał do ostatniego roku. Przyszedł czas święceń kapłańskich. O przyszłości ks. Jana miała zdecydować rada profesorska. Zadawano uzasadnione pytanie, czy duchowny poradzi sobie w pracy duszpasterskiej, mając tak poważne problemy ze wzrokiem i poruszaniem się. – Pamiętam tamto spotkanie. Szepnąłem do kolegi siedzącego obok, że skoro pchali chłopaka z roku na rok, to teraz nie powinni robić mu problemu. Ówczesny arcybiskup Gocłowski zauważył, że coś szepczę na ucho, i poprosił, bym podzielił się ze wszystkimi swoją refleksją. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc zażartowałem: „A pieniądze widzi? Widzi! To święcić!”. To rozładowało atmosferę, a ks. Jan został kapłanem. Co ciekawe, arcybiskup wysłał go jako wikariusza na moją parafię – wspomina z uśmiechem ks. prof. Jan Perszon. Świeżo wyświęcony ksiądz trafił do parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Pucku. – To był człowiek zakochany w liturgii. Był niezwykle przywiązany do tradycji, do właściwych strojów, nabożnej dokładności. Był perfekcjonistą w sprawowaniu Najświętszej Ofiary. Jako dojrzały i doświadczony ksiądz mogłem się tej jego miłości do Jezusa Eucharystycznego uczyć. Ks. Jan był także bardzo cierpliwym spowiednikiem. Powyciągał z różnych uzależnień – narkotyków i alkoholu – całe grono młodych ludzi – podkreśla ks. Perszon. Pierwszy proboszcz ks. Jana nie miał lekko ze swoim podopiecznym, który bywał niepokorny i słynął z ciętej riposty. – To była dusza rogata i gość, który wiecznie prowokował. Nie pozwalał zaskorupić się w „kościółkowatości”. Pamiętam nasze burzliwe dyskusje, zazwyczaj podczas wspólnych posiłków. Jan spierał się głównie o sprawy pastoralne. Był nieprzejednanym krytykiem wyniosłego, sztywnego stylu duszpasterstwa. Potrafił zupełnie otwarcie krytykować metody pracy niektórych księży. Nierzadko miał rację – uzupełnia ks. Perszon.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół