Czy właśnie to tworzy swoisty genius loci tego miasta?
Gdynia powstała na kaszubskiej ziemi. To, co działo się tu wcześniej, stanowi rdzeń naszej tradycji i wartości. Zawsze o tym pamiętamy. Niezależnie od tego, skąd gdynianie przybywali, traktowali to z wielkim szacunkiem. Nad tą ziemią i tradycją pochylali się i ją akceptowali. Miałem przyjemność, już jako prezydent miasta, rozmawiać z Janem Skwierczem, przedstawicielem znamienitego kaszubskiego rodu. Opowiadał o tym, gdy jako 16-latek spacerował z Antonim Abrahamem dzisiejszymi ulicami Świętojańską i Starowiejską. Historia, wydawałoby się, bardzo odległa. Ale ten pomost historyczny istnieje.
Z tych opowieści wyłania się obraz miasta bez skazy i niesprawiedliwości. Czy taka właśnie Gdynia była?
Nie chcę idealizować tego świata. Podobnie, jak w miastach amerykańskich, był to trochę dziki zachód. Bogactwo sąsiadowało tutaj z biedą, po drodze był też kryzys gospodarczy... Ale miasto to miało niezwykłą dynamikę rozwojową. Gdy dzisiaj patrzę na Gdynię, na aktywność i nowoczesność mieszkańców, nie mam cienia wątpliwości, że korzenie tkwią w tamtym czasie. A wysiedleni w czasie wojny gdynianie po jej zakończeniu w ogromnej większości wrócili do swoich domostw. Dzięki temu udało się utrzymać tę tkankę społeczną budowaną w okresie międzywojennym. Potem pojawiały się różne momenty, które Gdynię znowu otwierały: stocznia, Polskie Linie Oceaniczne... Setki gdynian podróżowały po świecie. Tu, w Gdyni, nikt nikomu nie opowiadał, jak wygląda świat... Wszyscy wiedzieli, jak on wygląda. A praca na morzu kreowała także pewną zamożność.
Później przyszedł czas przemian...
Wybuch wolności w latach 90. trafił na bardzo dobry fundament. Gdynianom towarzyszyło poczucie, że żyją w bardzo szczególnym miejscu. Odczuwali symboliczną rolę Gdyni, to, że jest ona oknem na świat i symbolem wolnej Polski. Powodowało poczucie dumy mieszkańców. Dzisiaj chcemy o tym pamiętać, ale z drugiej budujemy nowoczesną rzeczywistość miasta.
Czym dzisiaj dla Polski jest Gdynia?
Mamy głęboką świadomość wspólnoty, którą tworzymy - państwa, narodu. Ale zawsze w historii świata występowały także czynniki wynikające ze swego rodzaju patriotyzmu lokalnego. On daje poczucie pewnej swoistości. Złą rzeczą jest to, gdy ta tożsamość przybiera kuriozalne formy i staje się ślepa na otoczenie, jeżeli prowadzi ku zamknięciu się człowieka i społeczeństwa.
Tak czasem opisuje się rywalizację Gdyni z Gdańskiem.
Lekkość dziennikarzy w budowaniu takiego opisu świata powoduje, że przekazywana refleksja i rzeczywistość dookoła to są dwie różne rzeczy. Dzisiaj, ze względu na nowe sposoby komunikowania się, często próbuje się opisywać tę rywalizację w sposób przypominający rozgrywki między Arką a Lechią. To nieprawdziwy obraz.
Ta rywalizacja nie istnieje?
Sopot, Gdynia, Wejherowo, Tczew, Pruszcz, Kościerzyna, Kartuzy, Puck, wiele pomorskich wspaniałych miast ma swoją tradycję i historię. One nie chcą się zlewać w jedno. To, że dbają o swoje dziedzictwo, jest ich potencjałem. Odwoływanie się do wartości, które tworzą te wspólnoty, to - moim zdaniem - rzecz pozytywna. Pokazuje drogi skuteczniejszego, lepszego niż inni rozwiązywania pewnych zagadnień. Trzeba pamiętać, że to, co tworzyło w historii pewien rodzaj rywalizacji, było w gruncie rzeczy jednym z najsilniejszych motorów napędowych rozwoju cywilizacji. To powodowało, że świat chciał się zmieniać, a ludzie szukali nowych, ciekawszych rozwiązań. Odwołam się do pierwszego z brzegu przykładu. Bardzo podoba mi się rywalizacja pomiędzy pomorskimi miastami w zakresie poziomu edukacji. Znakomite licea, próbując między sobą rywalizować, w gruncie rzeczy dodają pewną wartość wynikającą z budowania jakości.








