Nowy numer 3/2021 Archiwum

Jestem stary koń i idę naprzód

Rozmowa z kolegami i koleżankami, słuchanie muzyki, sprzątanie, pomaganie bratu, basen i... randki w ciemno – to największe radości Wiktora, który kilka dni temu skończył 25 lat. – Kocham rodziców, dziewczyny i Pana Boga – mówi.

Wiktor ma zespół Downa. Niepełnosprawność intelektualna go nie ogranicza. Więcej granic musiała przekroczyć... jego mama.

Trudne początki

Wiktor jest trzecim dzieckiem pani Wiesławy. O ciąży dowiedziała się, kiedy wraz z mężem była w Stanach Zjednoczonych. Na 3 miesiące przed rozwiązaniem przyleciała sama do Polski i nie wykonywała już żadnych badań prenatalnych. – Mój mąż Zbyszek nie chciał mieć więcej dzieci, więc ta ciąża nie była przez niego chciana i akceptowana. Ja natomiast zawsze planowałam mieć trójkę pociech i uparłam się, żeby urodzić to dziecko. Do Polski wróciłam we wrześniu, a Wiktor miał przyjść na świat w grudniu – wspomina.

Syn okazał się wcześniakiem. Urodził się w szpitalu w Gdyni miesiąc przed terminem i otrzymał 10 punktów w skali Apgar. – Nic nie wskazywało na jakiekolwiek schorzenia. Dopiero gdy dano mi Wiktorka do przytulenia, zauważyłam, że opadają mu rączki, a w mięśniach nie ma sprężystości. Nie chciał w ogóle jeść, więc zabrano go do inkubatora. Po dłuższej chwili zostałam wezwana do pani doktor, która powiedziała mi o podejrzeniu zespołu Downa. Do tego okazało się, że niezbędna jest krzyżówka krwi w Akademii Medycznej w Gdańsku. Przed wyjazdem ochrzciłam syna na oddziale – opowiada matka. – Nie mogłam pogodzić się z faktem, że urodziłam dziecko z zespołem Downa, i z rozpaczy waliłam głową o podłogę. Gdy stan Wiktora był już bardziej stabilny, zaczęłam szukać miejsca, gdzie mogłabym go umieścić. Chciałam zrzucić z siebie ten kłopot. Zadzwoniłam do Zbyszka i powiedziałam mu, że dziecko ma zespół Downa, na co on odpowiedział, że wraca do Polski ze Stanów. Zamierzałam pozbyć się tego problemu i oddać syna przed powrotem męża. Zatelefonowałam do Domu Pomocy Społecznej w Chełmnie, prowadzonego przez Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo. Telefon odebrała s. Jolanta, której powiedziałam, że nie akceptuję swojego chorego dziecka. Usłyszałam, że w każdej chwili mogę go przywieźć – mówi pani Wiesława.

Matkę z dzieckiem do Chełmna zawiózł samochodem najstarszy, 20-letni syn. – Gdy byliśmy już na miejscu, przed klasztorem, Darek zapytał mnie: „Mamusiu, czy musimy go tu zostawiać?”. Odpowiedziałam: „Tak, musimy”. Gdy oddałam Wiktora do sióstr, poczułam ulgę. Pani doktor, która uratowała życie mojego syna, nie mogła się z tym pogodzić. To było dla niej straszne – zaznacza kobieta. Po tygodniu do Polski wrócił mąż. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. – Cały czas nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Chodziłam do psychologa i psychiatry. To mi pomagało. Byłam zbuntowana. Później były momenty, że dzwoniłam do s. Jolanty i pytałam o Wiktorka – jak wygląda, czy jest zdrowy. Po jakimś czasie coś zaczęło mnie ciągnąć do Chełmna. Jeździłam odwiedzać syna raz w miesiącu, momentami częściej. Raz była taka sytuacja, że poczułam, iż muszę pojechać do sióstr, a Wiktor był wtedy chory i miał wysoką temperaturę. Zdarzało się, że zawoził mnie Zbyszek, ale on nigdy nie chciał wejść do środka, żeby zobaczyć syna. Uważam, że to był mój ogromny błąd. Gdyby Wiktor był w domu, mój mąż miałby okazję go zaakceptować, bo był prześlicznym dzieckiem – opowiada pani Wiesława.

Wypadek wszystko zmienił

Małżeństwo prowadziło w Wejherowie sklep odzieżowy. Co jakiś czas jeździli samochodem po towar do Zgierza w Łódzkiem. Gdy przejeżdżali przez Świecie, skręcali do Chełmna. Pani Wiesława miała pragnienie, by choć na chwilę zobaczyć syna, nawet późnym wieczorem, gdy spał. 7 kwietnia 1997 r. Zbyszek obchodził 41. urodziny. – Nocą, po rodzinnym spotkaniu, wyjechaliśmy wraz z mężem po towar. Wyjątkowo pojechała z nami moja siostra. Nigdy tego nie robiła. Zawsze dawała mi listę zakupów, bo również prowadziła działalność handlową w Rumi. Byliśmy trzeźwi, pogoda była śliczna, lecz ja byłam zmęczona i spałam w samochodzie. W Różynach, za Pruszczem Gdańskim, wpadliśmy w poślizg i stanęliśmy w poprzek drogi na przeciwległym pasie. W pewnym momencie uderzyła w nas skoda jadąca z naprzeciwka. Mąż zginął na miejscu. Ja wraz z siostrą w ciężkim stanie trafiłyśmy do Akademii Medycznej w Gdańsku. Miałam trepanację czaszki. Przez rok dochodziłam do siebie. Gdy wróciłam do domu, dzieci powiedziały mi, że jeździły do Chełmna. Po wypadku, kiedy odwiedziłam Wiktorka, poruszał się przy chodziku. Powiedziałam siostrze, że jak zacznie chodzić, a ja będę na siłach, zabiorę go do siebie. I tak się stało. Wiktor miał wtedy 2,5 roku – opowiada pani Wiesława.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama