• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Kawał dobrej drogi

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 34/2013

    dodane 22.08.2013 00:00

    – Służba to służba, pobieramy za nią pieniądze. Ale dla ludzi trzeba zrobić coś więcej. To daje mi potężnego kopa – mówił jeszcze przed wyruszeniem w trasę Paweł Cieślik.


    Dla laika realizacja tej inicjatywy mogła wydawać się nierealna. Próba przejechania na rowerze z Tychów do Gdańska w 24 godziny zakrawa na szaleństwo. Udało się. Co więcej, rowerzysta zawitał do Gdańska ponad 4 godziny szybciej niż zakładał ambitny plan. W trasie towarzyszyła mu ekipa techniczna. Wszystko po to, by zebrać pieniądze przeznaczone na pomoc Śląskiemu Hospicjum dla Dzieci.


    Czytanie ze zrozumieniem


    Ma 25 lat. Nikt z rodziny ani bliskich nie chorował na raka. Po prostu któregoś dnia zaczął czytać o chorych na nowotwory. Z zainteresowaniem poznawał idee opieki paliatywnej i opisy życia w hospicjach. Przyglądał się historiom samych chorych i ich bliskich. Jego serce poruszały zwłaszcza losy najmłodszych. Jak sam mówi, pomysł pokonania na rowerze 600 km w jedną dobę zrodził się właśnie tam – w sercu. – Gdyby był owocem kalkulacji, to pewnie nigdy do takiego przedsięwzięcia by nie doszło – stwierdza.


    Ekstremalny sportowiec


    Paweł startuje w tzw. biegach ultra. – To takie, których dystans przekracza 42 km – wyjaśnia. – Początkowo zaczęliśmy startować w zawodach na mniejszym dystansie – dodaje Mateusz Paszek, policjant z Nowej Sarzyny w powiecie leżajskim, który podczas morderczej trasy był jednym z członków ekipy technicznej. Poznali się z Pawłem podczas szkolenia podstawowego dla nowych funkcjonariuszy, które odbywało się w Katowicach. To Paweł zainspirował go do wzięcia udziału w biegach ekstremalnych. – Po raz pierwszy startowałem na dystansie 100 km
w Sudetach. Jeszcze przed tym biegiem Paweł przyjechał do mnie na Podkarpacie rowerem. Przebył ponad 300 km. Zrobił to w 14 godzin. Ale jechał z plecakiem – wspomina Mateusz. 


    Jak siostra Chmielewska


    – Lektura artykułów o hospicjach przekonała mnie, że ludzie tam pracujący robią kawał dobrej roboty – mówi Paweł. – Stwierdziłem, że mam pomysł, który może im pomóc. Dzisiaj myślę, że w jakiś sposób mi się udało. Znaleźliśmy zainteresowanie wśród sponsorów. Znajdą się pewnie jakieś pieniądze. Mam nadzieję, że pomogą w spełnieniu marzeń dzieci – dodaje.
Do działania zachęciły go osoba i przykład s. Chmielewskiej. – Ona otworzyła siedem domów dla bezdomnych i zatrudnia dzisiaj ponad 1000 osób. Ja jeszcze takiej roboty nie robię, ale będę się starał ludziom pomagać – deklaruje. – Wiedziałem, że Paweł będzie miał zawsze jakieś projekty, że kręcą go nowe wyzwania – mówi Mateusz. – Ale nie robi tego dla siebie. On swoją inicjatywą zwraca uwagę nie na siebie, ale na konkretny problem – zaznacza.


    Z kontuzją na rower


    – W tym roku męczę się z kontuzją kolana. Dlatego, żeby nie wyjść z formy, przerzuciłem się na rower. Widzę, że jestem w tym mocny. Dlatego postanowiłem wesprzeć hospicjum w ten właśnie sposób – wyznaje Paweł. Od pomysłu wyprawy do jego realizacji nie upłynęło wiele czasu. Dlatego na trasę wyjechał rowerem… górskim. – Nie myślałem o biciu rekordu Polski. Na co dzień jeżdżę tym rowerem do pracy – mówi z uśmiechem.


    Tak jak zawodowcy


    Po drodze zatrzymał się tylko raz. Posiłki jadł, nie przerywając pedałowania. Banany, ryż, miód, makaron. W ustaleniu diety pomogli mu zaprzyjaźnieni sportowcy – małżeństwo: Katarzyna Kwoka, mistrzyni polski w chodzie, i Jakub Burchardt, biegacz długodystansowy. – Na trasie prędkość ani razu nie spadła poniżej 35 km/h – mówi Piotr, drugi z członków ekipy technicznej. Niektórzy z kierowców denerwowali się, napotykając na swej drodze rowerzystę z towarzyszącym mu samochodem. Paweł mówi, że chciałby ich przeprosić. – Część kierowców pozdrawiała mnie i klaskała. To dodawało mi sił – dodaje.
Najtrudniej było na stromych podjazdach pomiędzy Świeciem a Gniewem. – Kiedy przyszedł kryzys, cały czas miałem w głowie to, że obiecałem, iż dojadę. A obietnice zawsze staram się spełniać. Nie mogłem nie dojechać – podkreśla. Ale Paweł ma już w głowie nowe pomysły. W przyszłym roku chce przebiec 50 maratonów w 50 dni, a przy okazji ustanowić w tej dziedzinie nowy rekord Polski. Dochód, tak jak w tym roku, zamierza przeznaczyć na hospicjum. Pozostaje tylko wyleczyć spuchnięte kolano.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół