• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Dookoła świata z Różańcem

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 10/2015

    dodane 05.03.2015 00:00

    Spotkał wilki i kojoty. Dwa razy omal nie utonął. zużył 15 par butów. W 365 dni pokonał 20 tys. kilometrów z modlitwą na ustach...

    Piotr Kuryło jest maratończykiem i zdobywcą Kolosa 2011, czyli najbardziej prestiżowej polskiej nagrody podróżniczej. 22 lutego w parafii pw. św. Brata Alberta na gdańskim Przymorzu opowiedział o swojej najtrudniejszej wyprawie. – W życiu nie zawsze postępowałem dobrze. Wielokrotnie upadałem, popełniałem błędy. Bożej łaski i mocy w szczególny sposób doświadczyłem, biegnąc dookoła Ziemi – rozpoczyna.

    Polski Forrest Gump

    Pochodzi z małej wioski pod Augustowem. Już jako dziecko biegał po polnych drogach i lesie „tak po prostu, dla zdrowia”. – Sąsiedzi, gdy mnie widzieli, pukali się w czoła. Myśleli chyba, że jakiś nienormalny jestem – mówi.

    Jednak dopiero po 30. urodzinach, kiedy usłyszał w telewizji o Maratonie Warszawskim, zajął się bieganiem „na poważnie”. W ciągu 8 lat pokonał ponad 50 maratonów i supermaratonów. W liczącym 246 km biegu z Aten do Sparty zajął 2. miejsce. W 2010 r. powiedział „stop”. – Długo trwało, zanim zrozumiałem, że płacę za to wszystko zbyt wysoką cenę. Chciałem bardziej poświęcić się rodzinie – przyznaje. Postanowił zakończyć karierę biegacza efektownie. Nie wiedział tylko jak. Któregoś razu wszedł do pokoju córek i zauważył leżący na biurku globus. Podniósł go i powiódł po nim palcem. Już wiedział. Z duszą na ramieniu oznajmił Izie, swojej żonie: „Obiecuję, że pobiegnę jeszcze jeden, jedyny raz... dookoła świata”. Swój najdłuższy maraton nazwał „Biegiem dla pokoju”. Chciał zwrócić uwagę na ciągłe konflikty zbrojne na świecie.

    Karteczka z modlitwą

    Rozpoczął przygotowania. Szukał sponsorów, kompletował sprzęt, trenował i... uczył się wiosłować. – Wymyśliłem, że czasami, by dać nogom odpocząć, wsiądę do kajaka i popłynę – tłumaczy. Kajak ciągnął ze sobą na specjalnym trójkołowym wózku. Niewiele brakowało, a zakończyłby eskapadę na samym początku. – Na Śniardwach złapała mnie burza, resztką sił dotarłem do najbliższego brzegu – opowiada. Kolejna przeszkoda czekała na Piotra w Hiszpanii. Próbował przepłynąć 80 km rzeką Tag. Niestety, na mapie, którą dysponował, nikt nie zaznaczył wodospadów. – W pewnym momencie spadłem z jednego z nich. Tonąłem, dusiłem się. W końcu jednak udało mi się wypłynąć na powierzchnię – relacjonuje. Stracił kajak, telefon i większość rzeczy. To, co zostało, zmieściło się w małym plecaku. W końcu dotarł do Portugalii, skąd miał odlecieć do USA. Był brudny, zarośnięty, bez sprzętu i pieniędzy. Wyglądał jak włóczęga. Ale żył. – Spojrzałem w lustro i pomyślałem: „Jesteś silny. Dzięki własnej determinacji dotarłeś tak daleko” – wspomina. Potem znalazł w kieszeni kamizelki karteczkę, którą dała mu żona, zanim wyszedł z domu. To była modlitwa do Maryi Ostrobramskiej. A na odwrocie ktoś napisał: „Ten, co będzie nosił tę modlitwę, nie utonie”. – Wtedy zrozumiałem, Komu zawdzięczam dwukrotne ocalenie i uświadomiłem sobie, że ja jestem jedynie słabym człowieczkiem.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół