• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • W kapłaństwo wszedłem latająco

    Dariusz Olejniczak

    |

    Gość Gdański 26/2013

    dodane 27.06.2013 00:00

    Z ks. Janem Wójcikiem, kapłanem parafii św. Kingi w Kowalach, którego pasją jest paralotniarstwo, rozmawia Dariusz Olejniczak.

    Dariusz Olejniczak: Co było najpierw: powołanie czy latanie? Ks. Jan Wójcik: Trudno powiedzieć, bo myśl o lataniu towarzyszyła mi zawsze, ale kurs paralotniarski zrobiłem, kończąc seminarium. Kiedy byłem młodszy, pasjonowałem się modelarstwem, składałem modele samolotów, niektóre nawet miały jakiś prosty napęd. W Gdańskim Seminarium Duchownym, do którego wstąpiłem w 2001 roku, bardziej skupiałem się jednak na nauce. Ale po pierwszym semestrze V roku wziąłem urlop dziekański i pojechałem do Anglii. Pobyt tam się przedłużył. Pracowałem w hospicjum. Po powrocie do kraju i na uczelnię zająłem się pisaniem pracy magisterskiej, ale miałem też trochę czasu właśnie na zrobienie kursu latania. Tak więc, otrzymując święcenia kapłańskie, miałem już licencję pilota w kieszeni, a za pieniądze zarobione za granicą mogłem kupić porządną paralotnię, silnik i całe oprzyrządowanie.

    Można powiedzieć, że ma Ksiądz silny charakter. Nie każdy jest gotów podjąć pracę w hospicjum albo zabrać się za paralotniarstwo…

    Coś w tym jest. Jeśli chodzi o hospicjum, to początkowo miałem ogromne obawy, jak sobie poradzę. Przerażała mnie opieka nad ludźmi często w bardzo ciężkim stanie. Zwykłe codzienne czynności, jak sprzątanie, mycie pacjentów, budziły we mnie lęk. Ale z czasem przełamałem opory. Te doświadczenia zaowocowały pracą magisterską, której tematem jest „Mentalność eutanazyjna a opieka paliatywna”. Przy jej pisaniu pomagał mi też ks. Jan Kaczkowski, założyciel i dyrektor hospicjum w Pucku. On pisał wtedy doktorat o podobnej tematyce i wiele rozmawialiśmy na ten temat.

    A jeśli chodzi o latanie, to czy każdy może się tego nauczyć?

    Moim zdaniem tak. Na kursach spotykałem młodzież z rodzicami i osoby starsze. Potrzeba pewnej sprawności fizycznej, na przykład zdrowych, mocnych kolan i trochę siły w rękach, ale nikt nie musi być mocarzem. Paralotniarze spotykają się na łąkach w Mrzezinie, Koleczkowie, startujemy z Helu i w innych miejscach. Co ciekawe, bardzo rzadko widuję latające panie. Paralotniarstwo to sport zdominowany przez mężczyzn. Choć wiem, że są i paralotniarki, które doskonale radzą sobie na rozmaitych zawodach.

    Wspomniał Ksiądz, że paralotniarstwo, przynajmniej na początku, wymaga sporych nakładów finansowych. Czy to sport elitarny?

    Finanse pewnie blokują dostęp do paralotniarstwa wielu ludziom, jak wszystkie sporty lotnicze czy wymagające użycia specjalistycznego sprzętu. Z drugiej strony jednak to doskonała dyscyplina, którą można uprawiać właściwie o każdej porze roku, niemal w dowolnym terenie i nie wymaga dodatkowych kosztów i obsługi. Silnik paralotni można złożyć na dwie części, zapakować do bagażnika nawet niedużego samochodu, wrzucić jeszcze zwinięty spadochron i wystarczy pojechać na łąkę, żeby polatać. Oczywiście powinno być jakieś wzniesienie, żeby wzbić się w powietrze. Dla przykładu powiem, że kiedy kończę wieczorną Mszę o 19.00, to zaraz potem pakuję sprzęt do samochodu, jadę na łąkę i w ciągu dziesięciu minut od przybycia na miejsce wzbijam się do lotu. Szybowiec takich możliwości już nie daje, bo wymaga hangaru, wyciągarki, obsługi i dodatkowych kosztów.

    Środowisko paralotniarskie zna Księdza. Jak ludzie reagują na to, że mają do czynienia z duchownym?

    Bezproblemowo. Zresztą jest  jeszcze jeden latający ksiądz, Piotr Wrzesiński z parafii pw. MB Nieustającej Pomocy w Pruszczu Gdańskim. Koledzy paralotniarze znają nas, niedawno ks. Piotr zorganizował Mszę świętą na rozpoczęcie sezonu lotów. Zdarzało się, że chrzciliśmy naszym kolegom „z łąki” dzieci, udzielaliśmy bierzmowania. Także moi uczniowie w szkole wiedzą, że latam. Niektórzy nawet widzieli mnie na paralotni. Ci, którzy mnie znają, już przyzwyczaili się do mojej pasji, a mnie samemu ona w niczym nie przeszkadza.

    Ale latanie na paralotni to jednak nie jest jogging czy marsz z kijkami. Zdarzało się Księdzu znaleźć w opałach?

    Przy tego rodzaju sporcie sytuacje potencjalnie niebezpieczne są chyba nieuniknione. Jednak doświadczenie pozwala radzić sobie w trudnych momentach. Przyznam, że parę razy modliłem się podczas lotu, bo było groźnie. Moi znajomi paralotniarze też miewają takie chwile. Można trochę żartobliwie powiedzieć, że w takich chwilach wiara w człowieku znacząco wzrasta.

    A jakie to są sytuacje potencjalnie niebezpieczne na paralotni?

    Turbulencje, na przykład, albo „awaryjne” lądowania spowodowane złymi warunkami atmosferycznymi. W takich chwilach przydają się i modlitwa, i doświadczenie zdobyte podczas wszystkich dotychczasowych lotów. Ja mam taką zasadę, że korzystam z obu źródeł wsparcia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Galanimek
      13.05.2015 13:27
      Latająco to ksiądz Piotr z Pruszcza pier..li cudze żony. Je..ka jakich mało. Mówię wam. Qrwa dawniej zwana żoną do dzisiaj ma zapewne mokro na samą myśl o nim. Na miejscu Piotra skontaktowałbym się z nią bo biedna miota się nie wiedząc jak go odnaleźć. Propozycja- niech kuria kupi bilet również niej na ten koniec świata, ponieważ ja jej w moim domu już nie chcę.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół