• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Lalka musiała zostać...

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 16/2015

    dodane 16.04.2015 00:00

    – Kiedy wyszliśmy z wagonu, naszym oczom ukazał się straszny widok. Gdańsk był kompletną ruiną. Jeszcze gdzieniegdzie unosił się dym, dogasały pożary. A my, z kilkoma walizkami, mieliśmy zacząć tu nowe życie – opowiada Maria Aldona Kozłowska.

    Przed panią Marią leży historia jej życia zapisana niebieskim atramentem. – To pamiętniki, mój największy skarb – zdradza. Otwiera jeden z napisem: „Rok 1945”. Przewraca kolejne pożółkłe kartki wypełnione drobnym pismem. W końcu znajduje właściwy fragment. – Najgorsze, że musieliśmy zostawić Lalkę, naszą ukochaną suczkę. Od tygodnia snuła się po domu osowiała. Czuła, co się święci...

    Ponary, raj utracony

    Ponary – niewielka osada letniskowa pod Wilnem – dla pani Marii były rajem na ziemi. – Razem z rodzicami przeprowadziliśmy się tam na początku lat 30. XX wieku. Zamieszkaliśmy w dużym, drewnianym domu – mówi. Ojciec pani Marii był urzędnikiem, a mama prowadziła sklep spożywczy, jedyny w miejscowości. – Od razu po szkole biegłam pomagać. Stałam za ladą i zagadywałam klientów – wspomina pani Maria. Po wypełnieniu swoich obowiązków razem z koleżankami i kolegami szła do lasu. Wchodziła na drzewa, pływała kajakiem, kąpała się w rzece. Ale największą atrakcją była zabawa na... kłodach. – Niedaleko osady działała papiernia, do której pociągi dowoziły ścięte drzewa. Skakaliśmy po nich i bawiliśmy się w berka – opowiada. – Później te chwile beztroski wydawały się jedynie wspaniałym snem – dodaje.

    Przyszedł rok 1939. Jako mieszkanka Ponar pani Maria była świadkiem ludobójstwa Polaków i Żydów dokonanego przez Litwinów i ich niemieckich zwierzchników. Sama została ofiarą łapanki. Cudem uniknęła śmierci. Widziała też, jak przez miejscowość przechodziły transporty ludzi wywożonych na Syberię. – Najpierw przyszli Sowieci, potem naziści i znowu Sowieci. Minęło 6 lat i wojna się skończyła. Dowiedzieliśmy się wtedy, że Wileńszczyzna stanie się częścią Związku Radzieckiego. Moi rodzice przeżyli w Rosji rewolucję październikową. Wiedzieli, że komunizm budowany jest na zbrodni i kłamstwie. Dlatego postanowili uciekać do Polski...

    Serce rozerwane na kawałki

    – W Ponarach gruchnęła wieść, że można zgłaszać się na transporty do kraju. Mówili nam, że Niemcy z zachodniej części Polski wrócą do siebie, a my możemy zająć ich miejsce. Jednak nie było przymusu wyjazdu – zaznacza. Z dnia na dzień trzeba było wszystko zostawić. Dom, ogród, przyjaciół, ulubione zabawki. Zabrali jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. – Kiedy obładowani tobołkami ruszyliśmy w kierunku dworca, Lalka, która zawsze biegła razem z nami, tym razem zatrzymała się w progu i tęsknym wzrokiem patrzyła, jak odchodzimy. Tak jakby zamierzała pilnować domu do naszego powrotu. Na szczęście znalazł się sąsiad, który obiecał się nią zaopiekować – wspomina pani Maria.

    Na peronie był płacz, niekończące się uściski i pocałunki. – Z nami jechało zaledwie kilka rodzin. Reszta Polaków została. Maszynista dał sygnał do odjazdu. Ostatnie spojrzenie na Ponary. W tym momencie moje serce rozerwało się na kawałki – mówi pani Maria, która w dniu wyjazdu miała 20 lat. W końcu weszli do wagonu. – Ledwo starczyło miejsca, bo wnętrze wypełnione było niemal po brzegi bagażem pasażerów. Każdy starał się znaleźć jakiś kącik dla siebie. Podróż w nieznane trwała 14 dni.

    Strych i kartoflanka

    Zatrzymali się na nieistniejącym już dworcu kolejowym Gdańsk-Kłodno. Był sierpień 1945 roku. – Przywitał nas przerażający widok. Z centrum miasta pozostały jedynie góry gruzów – relacjonuje pani Maria. Przez 3 tygodnie nocowali w wagonach stojących na stacji, a na gorącą zupę chodzili kilka kilometrów do baraków Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. Dzisiaj w tym miejscu stoi opera. Potem tata pani Marii zaczął szukać dachu nad głową. – Trafiliśmy na cały wolny dom w gdańskiej Oliwie. Jednak tatuś nie zdecydował się go zająć. „Bolszewicy i tak nam go odbiorą, a jeszcze do więzienia pójdziemy. Musimy wziąć coś skromniejszego” – powiedział.

    Zamieszkali na strychu. – Przez pierwsze pół roku było bardzo ciężko. Rodzice nie mieli pracy, a my niemal głodowaliśmy. Codziennie tylko kartoflanka i kartoflanka. Na szczęście tata dostał etat w Urzędzie Skarbowym. Od tego momentu zaczęło się poprawiać. Pani Maria we wrześniu poszła do szkoły – V LO. Pamięta, że chłopcy przychodzili na zajęcia prosto z lasu, w strojach partyzanckich. Zdała maturę, potem skończyła studia polonistyczne. Od 70 lat mieszka w Gdańsku. Jednak, jak podkreśla, gdańszczanką się nie czuje. – To nigdy nie będzie moje miejsce na ziemi. Zbyt dużo budynków z czerwonej cegły. W Wilnie i Ponarach takich nie było...

    Rok Kresowiaków

    – Po II wojnie światowej do Gdańska i Sopotu przybyło ok. 40 tys. osób pochodzących z dawnych Kresów Wschodnich II RP. Głównie z Wileńszczyzny, ale także z Ukrainy – mówi Bożena Kisiel, prezes Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej – Oddział Pomorski. – Wniosły one znaczący wkład w odbudowę i późniejszy rozwój miasta. Zasilili m.in. kadrę profesorską Akademii Medycznej i Politechniki Gdańskiej. Dzięki staraniom TMWiZW władze Gdańska ogłosiły rok 2015 „Rokiem Pamięci o tych, którzy przybyli do miasta z dawnych Kresów Wschodnich Polski”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół