• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Byle tylko tu nie wrócić

    Jan Hlebowicz


    |

    Gość Gdański 03/2016

    dodane 14.01.2016 00:00

    Pod kluczem. To opowieść o życiu za kratami, Różańcu w celi, cotygodniowym bólu rozstania z bliskimi, o grypsującym, który przestał grypsować, marzeniach i noworocznych postanowieniach.


    Marcin, w więzieniu od 4 lat: – Dlaczego siedzę? Za zło, które popełniłem. Konkretów nie powiem. Moje postanowienie noworoczne? By nigdy tu nie wrócić.
Mateusz, w więzieniu od 9 lat: – Nie chcę wracać do przeszłości. Odhaczam w kalendarzu kolejne dni, a jeszcze ich trochę zostało. Dokładnie: 1350. Mój cel w nowym roku? Wygrać z własną agresją.
Marek, w więzieniu od kilku miesięcy: – Zrobiłem coś, czego się wstydzę. Spieprzyłem życie sobie i swojej rodzinie. W styczniu mój syn Ignaś obchodzi pierwsze urodziny. Nie będzie mnie przy tym. Jakie mam postanowienie? Zrobić wszystko, by znowu znaleźć się blisko niego, obserwować, jak zasypia, czytać mu bajki na dobranoc...


    Koniec widzenia


    Zakład Karny w Gdańsku-Przeróbce. Na dłużej idą tu ci, którzy popełnili przestępstwo. Zazwyczaj muszą upłynąć miesiące, a często lata, zanim ponownie przekroczą ciężką, stalową więzienną bramę prowadzącą ku wolnej od drutu kolczastego codzienności. Rzeczywistość Zakładu Karnego to także chleb powszedni dla jego pracowników – członków administracji, strażników, psychologa i kapelana. Trochę rzadziej bywają tu bliscy skazanych, którzy kilka razy w miesiącu korzystają z prawa do odwiedzin. Oprócz tych przypadków Zakład Karny jest niedostępny dla osób z zewnątrz.


    Jednak bardzo rzadko robi się wyjątek i pozwala innym poznać rytm więziennego życia. My przekraczamy próg więzienia na przełomie roku. Dla wielu osadzonych to czas refleksji nad własnym życiem, wyciągania wniosków z popełnionych błędów, postanowień i wyznaczania celów. Na wstępie strażnik prosi nas o oddanie komórek. Potem jest przeszukanie i prześwietlenie torby specjalnym urządzeniem.

    
– Nie wnosimy gazów, broni białej, broni palnej i tych wszystkich przedmiotów, które mogą doprowadzić do ucieczki więźnia, napadu, rabunku – tłumaczy st. sierż. szt. Aleksander Świerczek. – Każdego wchodzącego skrupulatnie sprawdzamy. Niejednokrotnie zdarzały się próby przemytu na teren zakładu narkotyków czy alkoholu. Najczęściej środki odurzające ukrywane są w podeszwach butów – dodaje.

    Urządzenie prześwietlające tym razem niczego nie wykrywa, więc możemy iść dalej. Punkt pierwszy – sala odwiedzin. W dużym pomieszczeniu przy kilkudziesięciu stolikach więźniowie rozmawiają ze swoimi najbliższymi. Niektórzy uśmiechają się od ucha do ucha. Inną, ze spuszczonymi głowami, płaczą bezgłośnie. Co jakiś czas rozlega się głos dyżurującego strażnika: „Koniec widzenia”.

    
– Nienawidzę tego krótkiego zdania, które oznacza, że zobaczę swojego męża dopiero za tydzień – mówi z żalem Natalia, żona Marka. Trzyma na rękach niespełna rocznego Ignasia.
– Normalnie więźniom przysługują trzy odwiedziny w miesiącu. Każde trwa godzinę. My, ze względu na małe dziecko, mamy możliwość dodatkowego spotkania. Ale to i tak za mało. Nie widzę, jak mały rośnie, jak się zmienia, nie będzie mnie przy nim, gdy powie pierwsze słowo – opowiada Marek. – To dla mnie największa kara i zarazem ogromna motywacja, by nigdy więcej nie popełnić błędu, przez który tu trafiłem.


    Koniec z grypsowaniem


    Zakład Karny to małe miasteczko, oddzielone od reszty świata drutem kolczastym, w którym życie toczy się 24 godziny na dobę. Nie zatrudnia się tu sprzątaczek, stolarzy, ślusarzy. Wszystkie prace wykonują osadzeni pod nadzorem funkcjonariuszy z oddziału kwatermistrzowskiego. Więźniowie zajmują się budowlanką, remontami. Sami wybrukowali cały teren zakładu.


    – Praca to forma nagrody dla wszystkich, którzy przestrzegają regulaminu, odpowiednio się zachowują. W zakładzie organizujemy dla osadzonych kursy, m.in. malarza czy operatora wózka widłowego. W ten sposób dajemy naszym podopiecznym możliwość znalezienia uczciwej pracy po wyjściu na wolność – wyjaśnia mjr Robert Witkowski z Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Gdańsku.


    Część więźniów wychodzi poza mury zakładu, by pracować jako wolontariusze na rzecz różnych placówek miejskich i społecznych, m.in. w hospicjach prowadzonych przez gdańską Caritas. – Wielokrotnie obserwowałem, jak kontakt z ciężko chorymi, umierającymi zmieniał serca skazanych. Pamiętam Pawła i Mietka, którzy przygotowali przedstawienie teatralne dla pacjentów i ich rodzin. Obaj dostali warunkowe zwolnienie na tydzień przed premierą. Nie poszli pić z kumplami, nie wrócili do przestępczego półświatka, z którego się wywodzili. Zamiast tego, regularnie chodzili na próby. Zagrali w spektaklu jako wolni ludzie. Nigdy już nie wrócili do zakładu – wspomina.

    
Major Witkowski wierzy w resocjalizację. Niejednokrotnie był świadkiem wyjątkowych przemian. – Był taki Zenek. Grypsujący. Kiedyś niemal wzniecił bunt, bo mu jedzenie nie smakowało. Pewnego dnia przyszedł do mnie i mówi: „Nie chcę już dłużej brać w tym udziału. Chcę przestać grypsować. Co mam robić?”. Zaprzestanie grypsery jest niebezpieczne. Oznacza upadek na najniższy szczebel w hierarchii więziennej. Pomogliśmy mu. Zenek wyszedł na wolność. Dziś mieszka na Wyspach Kanaryjskich, założył rodzinę, pracuje jako złota rączka i jest szczęśliwy – opowiada. – Oczywiście, jest także cała rzesza skazanych, którzy nie chcą się zmienić, nie przestrzegają regulaminu, są agresywni wobec strażników. Niestety, tacy więźniowie bardzo często mają fatalny wpływ na pozostałych osadzonych.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół